W hołdzie kresowym bohaterom wojny z bolszewikami

W 100-lecie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku ze smutkiem przypominam hasło: Dziś, gdy na Ziemi Lubuskiej, wciąż dyskryminuje się naszą kresową przeszłość, warto o naszych przodkach mówić, pisać i przypominać. Lubuskie uczelnie, muzea, archiwa, biblioteki i inne instytucje państwowe nie chcą zajmować się przeszłością Kresowian, mimo że to właśnie tu osiedliło się ich najwięcej.

Oto Kazimierz Romański z Łuki spod Złoczowa. Losy jego i jego rodziny są nierozerwalnie splecione z dziejami wielu rodzin mieszkających na Ziemi Lubuskiej.

Absolwent słynnego zakładu w Chyrowie i student Uniwersytetu Wrocławskiego. Ziemianin.

W 1920 roku, jako rotmistrz 108 pułku ułanów, dowodząc skrwawionym ciężkimi walkami oddziałem liczącym zaledwie 50 szabel rozbija szaleńczą szarżą sowiecki pułk piechoty. Zdobywa w walce 3 taczanki, 3 wozy, kasę pułkową z 5 milionami rubli oraz sztandar 44 pułku piechoty sowieckiej. Bierze do niewoli 250 jeńców. Otrzymuje Order Wojenny Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. W czasie II wojny w dowództwie polskiej Samoobrony AK na Kozakach, która była jedną z najlepiej zorganizowanych jednostek na tym terenie. Po wojnie ograbiony z majątku, prześladowany przez komunistyczne władze, umiera w niewyjaśnionych okolicznościach. (W październiku ukaże się biografia majora Kazimierza Romańskiego).

W 1920 roku na froncie pod Warszawą walczy porucznik Józef Stojanowski. Urodzony na Kozakach pod Złoczowem, był pierwszym (z piętnaściorga) dzieci Marii z Wilków i Antoniego Stojanowskiego. Żołnierz Armii gen. Hallera, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, kapitan Wojska Polskiego (1932), uczestnik wojny obronnej 1939 roku. Uciekinier z niewoli sowieckiej, dzięki czemu uniknął egzekucji w Katyniu. W czasie II wojny św. ukrywa się przed NKWD na Kozakach, przed Gestapo w Legionowie, a od 1945 roku przed UB na Dolnym Śląsku. W 1963 roku w „Kraju Rad” ukazuje się cykl artykułów opisujących historię sprzed blisko dwudziestu lat, gdy narażając siebie i rodzinę Józef pomógł w 1944 roku strąconemu w bitwie powietrznej nad Warszawą radzieckiemu lotnikowi. Gdy zmarł w 1964 roku komunistyczne władze odmówiły rodzinie pochówku na Wojskowych Powązkach. Rodzeństwo Józefa po 1945 roku osiedliło się w Pyrzanach.

Mimo, że nie był żołnierzem, bohaterem wojny z bolszewikami był też spoczywający na cmentarzu w Pyrzanach ks. Michał Krall. Jako młody kapłan, wyświęcony w 1919 roku we Lwowie, trafia do Stojanowa (dek. Busk) i w 1920 roku po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej w obliczu zbliżającego się frontu pozostaje na wikariacie jako jedyny kapłan w powiecie opiekując się wiernymi. Był to wielki akt odwagi, gdyż bolszewicy zawsze mordowali księży. Ponad 20 lat później, w marcu 1944 roku ponownie wykazuje wielkie męstwo, wracając do walczących o życie parafian, w czasie próby pacyfikacji wsi Kozaki pod Złoczowem przez ukraiński policyjny pułk SS. Konsekwencją skutecznej polskiej obrony była rewizja we wsi w poszukiwaniu broni. Niemcy spędzili wszystkich mieszkańców Kozaków do kościoła i planowali egzekucję. Proboszcz Michał Krall, świetnie znający język niemiecki, po długich negocjacjach z Niemcami obronił swych wiernych przed kaźnią. W 1945 roku wyjechał wraz z parafianami na ziemie zachodnie – do Pyrzan. Zmarł w 1962 roku.

To zaledwie trzy postaci, które warto dziś przypomnieć. Osoby związane z jedną niewielką kresową miejscowością. A takich wsi czy miasteczek było tysiące. O ilu uczestnikach tamtej wojny nie wiemy? Bo bali się o tym mówić? Ilu, wciąż anonimowych bohaterów, którym zawdzięczamy Niepodległą spoczywa na lubuskich cmentarzach? Pytanie od 30 lat pozostaje bez odpowiedzi, gdyż przeszłość Kresowian nie interesuje lubuskich uczelni i instytucji.

Bogusław Mykietów, Zielona Góra, aka@mykietow.pl