Anna Olszyńska z Torosiewiczów. Urodziłam się w rodzinnym majątku, w pięknej wsi Podlipce niedaleko Złoczowa…

Czas pokazał, że najtrwalsze są paradoksalnie nie pamiątki materialne, lecz te, które przechowujemy w swojej pamięci.

Wspomnienia pochodzącej z Podlipiec koło Złoczowa Anny Olszyńskiej z Torosiewiczów to poprawiona wersja fragmentu wydanej w 2012 roku autobiografii zatytułowanej Życie serdeczne. Wspomnienia. (Anna Olszyńska, Życie serdeczne. Wspomnienia, Wydawnictwo Zachylina, Rabka Zdrój 2012, ISBN 978-83-931788-3-4).

Dedykowaną pamięci Jadwigi Torosiewiczówny (siostry autorki) opowieść wzbogaciliśmy o liczne fotografie otrzymane od rodziny Torosiewiczów / Olszyńskich. W nawiasie kwadratowym umieściliśmy dopowiedzenia / uzupełnienia. Liczymy na uzupełnienia – jest w materiale wiele anonimowych fotografii z rodzinnego albumu.

Ród. Torosiewiczowie

Im człowiek starszy, tym chętniej wraca do przeszłości. Obrazy z dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego same nasuwają się na myśl. Z czasem nabieramy przekonania, że nie można w pełni zrozumieć siebie samych, jeśli nie uświadomimy sobie, skąd przychodzimy, kim byli nasi przodkowie, co chłonął nasz młody umysł w rodzinnym domu, kto położył duchowe i mentalne podwaliny naszego życia. Poza tym, co dziś widzę ze szczególną ostrością, egzystencja każdego człowieka nabiera indywidualnego wyrazu i jasności dopiero wówczas, gdy dobijamy do drugiego brzegu. Powoli odkrywają się wszystkie karty, niezależne na pozór i często odległe od siebie zdarzenia jakimś sposobem nagle zaczynają tworzyć spójną całość, a wszystko nabiera sensu. Dlatego właśnie warto zadać sobie trud powrotu do przeszłości.

Moje wspomnienia przedstawiają trzy pokolenia rodziny Torosiewiczów: dziadków, rodziców oraz mojego. Los tak chciał, że jestem ostatnią z tego rodu i jedynie ja pamiętam z opowiadań rodziców, krewnych, rezydentek zamieszkałych w różnych majątkach rodzinnych, a także z własnego życia wydarzenia dotyczące naszej rozbudowanej niegdyś familii. Czas pokazał, że najtrwalsze są paradoksalnie nie pamiątki materialne, lecz te, które przechowujemy w swojej pamięci. Ileż cennych przedmiotów, nie tylko dotyczących mojej rodziny, zostało bezpowrotnie zniszczonych w czasie powstań, wojen i innych dziejowych zawieruch. Oczywiście, pamięć ludzka bywa zawodna, a przy tym rządzi się swoimi prawami. Czasami zachowuje wszystko w najdrobniejszych szczegółach, innym razem potrafi zaprzepaścić całe historie. Mimo to pozostaje jedynym azylem przeszłości. Warto więc podjąć trud retrospekcji, ponieważ zawsze przyniesie on jakieś owoce. Nawet jeśli wspomnienia nie będą kompletne, uratują choć małą część dawnego świata. Mam też nadzieję, że w połączeniu ze wspomnieniami innych ludzi także moje zapiski przyczynią się do odtworzenia panoramy dawnej Polski. Polski, której już nie ma, ale która, jak chcę wierzyć, nadal kształtuje naszą współczesność.

Ród Torosiewiczów wywodzi się z Armenii. Ormianie uciekali ze swego kraju ratując się przed najeźdźcami, którzy pustoszyli ich ojczyznę. Wielu znalazło schronienie na kresach dawnej Rzeczypospolitej. Zajmowali się głównie kupiectwem. Z czasem tak przylgnęli sercem do nowej ojczyzny, że nie szczędzili dla niej ofiar, w tym także tych największych. Wielu Ormian wsławiło się w wojnach i powstaniach w obronie Polski. Za bohaterstwo otrzymywali ziemie i szlachectwo, stając się tym samym pełnoprawnymi obywatelami.

Trudno jednoznacznie ocenić, kiedy moi przodkowie przybyli na ziemie polskie. Istnieją historyczne poświadczenia, że było to sześćset lat temu. W książce pt. „Żywoty sławnych Ormian w Polsce” ks. Sadok Wincenty Fereriusz Barącz za datę przybycia Torosiewiczów do Polski przyjmuje rok 1200, wydaje się mi jednak to przesadą. Pewnym jest natomiast, że w I połowie XVII wieku arcybiskupem katedry lwowskiej obrządku ormiańskiego był niejaki Mikołaj Torosiewicz (vel Torosowicz), któremu papież Klemens X za zasługi dla Kościoła nadał herb, przedstawiający sześciopromienną złotą gwiazdę zwieńczoną krzyżem. Innym znanym przedstawicielem rodu był żyjący we Lwowie na przełomie XVIII i XIX wieku Teodor Torosiewicz, słynny w swoim czasie chemik i farmaceuta oraz badacz wód mineralnych. Zasłynął jako współautor wydanego w 1849 roku dzieła pt. „Źródła mineralne w Królestwie Galicji i na Bukowinie pod względem fizyczno-chemicznych właściwości opisane”. Być może zainteresuje kogoś fakt, że to właśnie on pierwszy metodą badań naukowych udowodnił korzyści płynące z przechowywania leków w naczyniach z ciemnego szkła. Wprowadził ten zwyczaj w swojej aptece, która mieściła także jego prywatne, nowoczesne jak na owe czasy laboratorium.

W XIX wieku wyłoniły się dwie linie rodu. Jedna miała majątki na Podolu i w Zaleszczyckiem, druga zaś na Ziemi Sandomierskiej. W naszej podolskiej linii utrwaliła się tradycja nadawania męskim potomkom pierworodnym naprzemiennie powtarzających się imion: Kajetan bądź Józef.

Torosiewiczowie od zawsze słynęli z filantropii. Mądrze i z oddaniem wspomagali ubogich. Mój pradziadek, znany lwowski lekarz Józef Torosiewicz, ufundował zakład dla ubogich chłopców ormiańskich, znany pod nazwą „Bursa Torosiewicza”. Na cmentarzu Łyczakowskim do dziś stoi kamienny pomnik dłuta Edmunda Jaskólskiego, przedstawiający dostojnego starca tulącego dwoje małych dzieci. Aleksander Medyński w „Ilustrowanym przewodniku po cmentarzu Łyczakowskim” (1937) tak pomnik ów opisał: Do męża o twarzy wyrazistej i łagodnych rysach, w stroju polskim, tuli się dwoje dzieci-sierót, w koszulinach i bosych. Z nich jedno ma rozwartą książeczkę, drugie, jakby zasłuchane, wpatruje się w oblicze starca, obejmującego dzieci. Mówią o tym pomniku, że „głuchy kamień odzyskał mowę”, by przedstawić „symbol wzmożonej pracy nad uszlachetnieniem opuszczonych”.

[Józef Torosiewicz (1784-Lwów 1869) – założyciel Bursy Ormiańskiej był bezdzietny. Był raczej krewnym autorki – może bratem Jej pradziadka?]

Torosiewiczowie zawsze żenili się z miłości, nigdy z wyrachowania. Ich żony bywały różnej narodowości, najwięcej jednak było wśród nich Polek. Prababcia pochodziła z Rejów, babcia z Malczyńskich, mama zaś była Rosjanką, ale to już zupełnie inna historia…

Moi dziadkowie, Jadwiga z Malczyńskich i Kajetan Torosiewiczowie, mieli pięcioro pięknych i zdrowych dzieci; dwóch synów, Kajetana Józefa oraz Stanisława, i trzy córki: Zofię, po mężu Kostheim, Helenę, po mężu Gabryszewską, i Marię, po mężu de Laveaux.

Brat ojca ukończył studia prawnicze w Wiedniu, po czym wyjechał do Szwajcarii, gdzie studiował teologię w zakonnym seminarium duchownym. Jezuici jednak orzekli w krótkim czasie, że nie jest to materiał na księdza. Jednym z powodów mogła być jego uroda. Rzeczywiście, stryj był podobno bardzo przystojny, ale czy to mogło być przeszkodą? Przypuszczam, że ostatecznie on sam nie zdecydował się na życie konsekrowane. Widocznie zachwiało się w nim powołanie. Z teologią jednak nigdy nie zerwał. Nigdy też nie założył rodziny. Interesował się literaturą, serdecznie przyjaźnił z wybitnym poetą Leopoldem Staffem. Na początku XX wieku wyjechał do Ameryki i tam już osiadł na stałe. Poświęcił się nauce, wykładał teologię na Uniwersytecie Columbia, jednym z najstarszych w Stanach Zjednoczonych. Do Polski nie wrócił. Tęsknił za rodziną, pisał do nas, posyłał książki, abyśmy się uczyły angielskiego. Zmarł w 1947 roku w domu zakonnym, w którym mieszkał w ciągu całego pobytu w USA. O jego śmierci poinformowali nas zakonnicy. W kilka tygodni później przysłali nam jego cały dobytek, który mieścił się dwóch niewielkich paczkach. Były to głównie książki.

Mój ojciec, Kajetan Józef, był tylko dwa lata młodszy od Stanisława. Ta nieduża różnica wieku sprawiła, że młodość spędzili wspólnie. Obaj uczęszczali do gimnazjum jezuickiego w Chyrowie. Była to szkoła o bardzo rygorystycznych zasadach. Wiele wagi poświęcano wychowaniu. Wpajano chłopcom chrześcijańskie wartości oraz kształtowano ich patriotyzm. Wysoki poziom nauczania zapewniał absolwentom tej szkoły jak najlepszą opinię.

[Kajetan Józef Torosiewicz (1884-1960) uczył się w Chyrowie w latach 1893-1895 r. Stanisław Maria Torosiewicz (1882-1947) pobierał tam nauki w okresie 1893-1900 r.; matura z odznaczeniem w 1900 r. Dzięki jego staraniom utworzono pierwszą katedrę języków słowiańskich i literatury na Uniwersytecie katolickim w Waszyngtonie, którą kierował. Zob. Ludwik Grzebień, Jerzy Kochanowicz, Jan Niemiec, Chyrowiacy. Słownik biograficzny wychowanków Zakładu Naukowo-Wychowawczego OO. Jezuitów w Chyrowie, 1886-1939, Kraków 2000, s. 574.]

[Kajetan Józef Torosiewicz (1884-1960) – ziemianin, oficer. W trakcie studiów w Wiedniu brał udział w balu poświęconym tematycznie Księstwu Warszawskiemu, gdzie wystąpił w mundurze stylizowanym na okres Księstwa Warszawskiego, z wykorzystaniem oryginalnych elementów umundurowania i oporządzenia z trochę późniejszej epoki. Studiował rolnictwo, by być przygotowanym do prowadzenia rodzinnych majątków położonych w Sandomierskiem, Zaleszczyckiem i na Podolu. Uczestniczył w I wojnie światowej i wojnie z bolszewikami w 1920 roku. W 1944 roku ze Lwowa wyjechał z rodziną do Raby Wyżnej. Zob. Wiki.Ormianie – wolna encyklopedia Ormian w Polsce.]

Po maturze również i ojciec studiował w Wiedniu. Z zamiłowania przyrodnik, pragnący zdobyć przygotowanie do prowadzenia majątku, kształcił się na kierunku rolniczym. Korzystając z pobytu w stolicy obaj bracia bywali na słynących w całej ówczesnej Europie cesarskich balach. Byli doskonałymi tancerzami, wyróżniali się spośród innych nienaganną prezencją i oryginalną ormiańską urodą, nic więc dziwnego, że brylowali na cesarskich salonach. Możliwe było to jednak głównie dzięki wpływom krewnej Torosiewiczów, która będąc damą dworu cesarzowej Elżbiety (pięknej Sisi) mogła zapraszać swoich kuzynów do pałacu. Krewna ta pochodziła z węgierskiego rodu o nazwisku Irszaj, z którą łączyły nas nieznane mi już koligacje. Pamiętam, że po zakończeniu dworskiej kariery ciocia Irszaj zamieszkała z nami w Podlipcach. Zapamiętałam ją jako wysoką, postawną, trzymającą się prosto, niezwykle dystyngowaną panią, uwielbiającą jazdę konną. Świetnie radziła sobie także z powożeniem zaprzęgiem. Miała dużo rozmaitej wiedzy z różnych dziedzin życia, a jej pasją była medycyna. Z oddaniem leczyła mieszkańców okolicznych wsi oraz szerzyła wśród ludu zasady higieny.

Ojciec ukończył studia tuż przed wybuchem I wojny światowej. Nie zdążył więc w praktyce zweryfikować swej wiedzy, ponieważ został powołany do wojska. Służył na froncie w stopniu oficera armii austriackiej. W czasie jednej z bitew dostał się ze swym oddziałem do niewoli rosyjskiej. Wywieziony z pozostałymi jeńcami przebywał w obozie pod Carycynem niedaleko Moskwy. Tam też doczekał rewolucji.

W Rosji przedrewolucyjnej oficerów traktowano jak gentlemanów. Jeńcy tej rangi cieszyli się względną swobodą. Mogli na przykład uczestniczyć w życiu kulturalnym okolicy, mogli też składać wizyty w sąsiednich majątkach. Nigdy jednak nie bez towarzystwa strażników.

W tamtym czasie mój ojciec był już, jak to się dawniej mówiło, po słowie. Czekała na niego w jednym z pobliskich majątków młoda panna, z którą, gdyby nie wojna, zapewne stworzyłby wspólny dom. Los jednak sprawił inaczej. Pewnego razu, kiedy w kolumnie jeńców wracał z pracy do obozu, ujrzał na tarasie pewnego dworu dwie piękne panny suszące włosy w promieniach zachodzącego słońca. Szczególnie jedna z nich zrobiła na ojcu ogromne, piorunujące wręcz wrażenie. Od tego momentu nie mógł o niej zapomnieć. Od okolicznych ludzi rychło dowiedział się, że majątek należy do arystokratycznej rodziny o nazwisku Panow-Demidow. Ojciec postanowił złożyć jej wizytę. Rozpoczął uporczywe starania, aż wreszcie komendant pozwolił mu odwiedzić dom pięknych dziewcząt. Ich matka nie kryła zdumienia, gdy któregoś dnia u drzwi stanął przystojny brunet w pozbawionym dystynkcji mundurze wojskowym, a do tego w towarzystwie dwóch strażników. Kiedy jednak się przedstawił i w kilku zdaniach zaprezentował powód swej wizyty, pani domu, doceniając determinację młodzieńca, zgodziła się przyjąć go w salonie. Ujęta wysoką kulturą bycia i urokiem osobistym mojego ojca, przedstawiła go swoim córkom. Ojciec spodobał się starszej, Grecie, jednak on sam od pierwszego wejrzenia zakochał się w młodszej Natalii. I tak się zaczęła znajomość między moimi rodzicami. Ojciec bywał częstym gościem rodziny, która składała się z owdowiałej matki i dwóch córek. Pozostałe rodzeństwo, to jest dwie starsze siostry i czterech braci, przebywało w Moskwie.

Wkrótce nadeszła rewolucja. Kiedy bolszewicy opanowali okolice Carycyna, władze uwolniły jeńców. Nocą ojciec zjawił się w domu mojej mamy. Po długich namowach udało się mu wreszcie nakłonić babcię do opuszczenia majątku. W towarzystwie ojca i jego kolegi wszystkie trzy panie wyruszyły do Moskwy. W dużym pośpiechu ładowano do sań tę drobną część dorobku wielu pokoleń, która miała ułatwić początek nowego, pełnego niewiadomych etapu życia. Jak zwykle w takich okolicznościach, nie obeszło się bez rozdzierających scen. Ojciec mój, jak nam później opowiadał, ze wzruszeniem obserwował starego kamerdynera, który rzewnym płaczem żegnał swoje chlebodawczynie.

Trudna decyzja o wyjeździe z majątku była nie tylko słuszna, ale jak się rychło okazało, także podjęta w ostatniej chwili. Wkrótce bowiem wszystko zagarnęli bolszewicy, zaprowadzając swoje porządki. Była to ogromna tragedia dla wielu uczciwych i Bogu ducha winnych ludzi. Wielu rosyjskich ziemian zostało wówczas wymordowanych. Wśród nich byli także krewni mojej mamy, którzy nie zdążyli w porę uciec.

Rodzina matki dzięki szerokim koneksjom znalazła w miarę bezpieczne schronienie w Moskwie. Ojciec zamieszkał kątem w mieszkaniu kwaterunkowym, zarekwirowanym przez władze dawnym właścicielom. Poznał tam wszystkie „uroki” rewolucji. Ponieważ musiał z czegoś żyć, zatrudnił się jako robotnik fizyczny na kolei. Chciał za wszelką cenę jak najszybciej wrócić do Polski, co w tamtych warunkach nie było proste, ponieważ oprócz pieniędzy potrzebne były jeszcze zezwolenia, wydane przez nowo powstałe urzędy.

Kiedy już stać go było na powrót, ojciec postanowił, że nie wyjedzie z Moskwy bez swej ukochanej Natalii. Uzyskawszy zgodę matki, która chciała swoim córkom zapewnić bezpieczny los w tych niepewnych czasach, wziął ślub w cerkwi prawosławnej, a następnie także i ślub cywilny z szesnastoletnią wówczas mamą. Ponadto musiał jeszcze przysiąc babci, że do śmierci będzie się opiekował Natalią i nigdy jej nie opuści ani nie zawiedzie. Dopiero po tych potrójnych ślubach zgodziła się na wyjazd córki. Sytuacja w Rosji objętej rewolucją nie nastrajała optymistycznie. Kto mógł, uciekał. Z tego powodu z bólem serca, ale też i z pewną ulgą babcia pożegnała swoją najmłodszą córkę, która u boku męża wyjechała do dalekiej, nieznanej Polski.

Po trzech tygodniach uciążliwej podróży młodzi dotarli do zachodniej granicy Rosji, a po kilku dniach szczęśliwie znaleźli się w rodzinnym majątku. Kiedy ojciec z dumą przedstawił rodzinie swoją młodą, śliczną i bardzo onieśmieloną żonę, nastąpiła niemała konsternacja. Wszyscy przecież pamiętali, że w sąsiednim majątku czekała na niego narzeczona. On sam także był świadom tej sytuacji i zachował się jak na gentlemana przystało. Odbył szczerą rozmowę z panną, przeprosił, prosząc równocześnie o wyrozumiałość. Rozstali się w przyjaźni.

Cóż można było poradzić? Zdarzało się tak i zdarzać się będzie, bo, jak pisał Mickiewicz:

Serce nie jest sługa, nie zna, co to pany,

I nie da się przemocą okuwać w kajdany.

Z takiego obrotu sprawy najbardziej niezadowolona była ciocia Zosia, siostra taty, która ze szczególną pasją oddawała się dziełu reżyserowania bratu jego własnego życia. Ona to wyszukała mu świetną partię w sąsiedztwie, ona niejako w imieniu brata podtrzymywała kontakty, gdy ten przebywał na froncie, ona wreszcie snuła konkretne plany przyszłości tych dwojga. Mogę sobie tylko wyobrazić, z jakim niezadowoleniem musiała przyjąć do wiadomości fakt, że jej misterny plan upadnie, a brat, zamiast dawno zaakceptowanej przez rodzinę panienki z sąsiedztwa, poślubi, o zgrozo, Rosjankę! Mojej mamie także musiało być nielekko w nowej sytuacji. Czuła się jak roślina, którą wyrwano z korzeniami z jednego gruntu, by zasadzić na innym.

Mama miała typowo słowiańską urodę; piękne niebieskie oczy, długie blond włosy o złotawym odcieniu oraz jasną cerę z delikatnym rumieńcem. Łatwo pozyskiwała przyjaciół głównie za sprawą osobistego wdzięku, wrodzonej delikatności w obejściu i taktowi wyniesionemu z domu rodzinnego. Z całej jej postaci emanowała dobroć i łagodność. Trudy życia bogatego w wiele dramatycznych przeżyć nie zmieniły jej pogodnego usposobienia. W młodości bardzo lubiła grać w brydża i tańczyć. Nieraz wieczorami śpiewała (miała piękny, dźwięczny i mocny głos), akompaniując sobie na pianinie. Polski ani polskiego nie znała. Dopiero po zamążpójściu zaczęła uczyć się języka swej nowej rodziny. W naszych dworach nie było przyjęte, aby mówić po rosyjsku. Na początku więc z rodziną męża mama porozumiewała się po francusku. Wkrótce rodzice wzięli trzeci ślub w katedrze ormiańskiej, a mama przeszła na katolicyzm. Z czasem zdobyła serca wszystkich. Pokochali ją nie tylko za jej urodę, ale i za dobroć. Imponowała też znajomością literatury, wiedzą z dziedziny rolnictwa i prowadzenia domu. Od kiedy została panią Torosiewiczową, w jej życiu rozpoczął się zupełnie nowy rozdział. Została żoną i matką dwóch córek – Jadwigi i Anny.

Jak już wspominałam, mama moja przyszła na świat w rodzinnym majątku pod Carycynem jako najmłodsza z ośmiorga rodzeństwa. Jej rodzice, a moi dziadkowie, poznali się w bardzo nietypowy sposób. Dziadek, Grek z pochodzenia, studiował w Moskwie. Pewnej zimy, po świętach Bożego Narodzenia wracał na uniwersytet, jadąc saniami czwórką koni. W drodze zastała go okrutna zamieć, która sprawiła, że zboczył z drogi i zatrzymał się w okolicznym majątku. Tam poznał swoją przyszłą żonę.

Jak mi wiadomo z opowiadań, dziadek mało interesował się gospodarstwem. Nie wiedział nawet, ile posiada wsi i lasów. Sprawy domowe nudziły go śmiertelnie. Fakt, że majątek tak dobrze prosperował, był zasługą mojej przedsiębiorczej i zaradnej babci. Dziadek za to uwielbiał podróże. W domu bywał rzadkim gościem, ale nawet i wtedy większość czasu spędzał w bibliotece, snując plany kolejnych wypraw. Mimo to byli zgodnym i zdaje się dość szczęśliwym małżeństwem. Wychowali ośmioro dzieci; cztery córki i czterech synów, którzy w czasie rewolucji bolszewickiej zginęli na froncie jako żołnierze carskiej armii.

Mama, podobnie jak jej starsze siostry: Anna, Larisa i Greta, po latach domowej edukacji wyjechała do Moskwy, do tzw. „białej szkoły”, aby pobierać dalsze nauki, stosowne do płci i pochodzenia. Najstarsza siostra mamy, Anna, dzięki rodzinnym koneksjom została skierowana jako guwernantka do domu cara Rosji Mikołaja II. Zdobywszy zaufanie carycy Marii Fiodorowny wkrótce awansowała w pałacowej hierarchii i została towarzyszką zabaw córek cara. Do końca wierna swoim chlebodawcom, została zastrzelona wraz z carską rodziną 17 lipca 1918 roku w niechlubnie słynnej piwnicy domu Ipatiewa w Jekaterynburgu.

[Prawdopodobnie Anna, Larisa i Greta były kuzynkami Natalii, a nie jej siostrami. Natalia była z domu Pannow, córką Gabriela Pannow i Marii Demidow, zaś Anna Demidow była córką Stefana. Stefan mógł być bratem Marii Demidow. Pomyłka może wynikać z tego, że Natalia zapewne używała w opowieściach zwrotu: двоюродная сестра (dvoyurodnaya sestra) — co oznacza w języku rosyjskim kuzynkę, zaś w języku polskim użycie słowa siostra oznacza rodzeństwo.]

[Biogram wg polskiej i rosyjskiej Wikipedii: Anna Stiepanowna Demidowa (Демидова, Анна Степановна) – ur. 26 stycznia 1878 Czerepowiec, zm. 17 lipca 1918 w Jekaterynburgu – pokojówka carycy Aleksandry. Jej ojcem był mieszczanin i kupiec Stiepan (pol. Stefan) Aleksandrowicz Demidow z Czerepowca. Ukończyła Jarosławski Instytut Pokojówek. Znała kilka języków, grała na fortepianie. Przyjaźniła się z Jelizawietą Ersberg, pokojówką na carskim dworze i przez pewien czas była zaręczona z jej bratem Nikołajem. Dzięki wstawiennictwu Jelizawiety została zatrudniona na dworze w 1900 roku (pol. Wikipedia). Według innej wersji (ros. Wikipedia) trafiła na cesarski dwór w 1901 roku, gdy rosyjska imperatorowa zainteresowała się jej robótkami ręcznymi, które zobaczyła na wystawie klasztoru żeńskiego w Jarosławiu (tam uczyła się Anna). Za służbę dla cara rodzina Demidow otrzymała szlachectwo. Podczas służby na dworze podkochiwała się w Charlesie Gibbesie, nauczycielu języka angielskiego dzieci cara. Po abdykacji cara Mikołaja II pozostała przy rodzinie carskiej i towarzyszyła jej podczas więzienia przez bolszewików. 17 lipca 1918 została zamordowana w Jekaterynburgu razem z rodziną cara i towarzyszącymi im osobami. Nie zginęła od kul plutonu egzekucyjnego (miała wszyte w ubranie diamentową biżuterię carskiej rodziny), więc dobito ją bagnetami. W 1981 została uznana za świętą (wraz z innymi ofiarami mordu) przez Rosyjski Kościół Prawosławny poza granicami Rosji. W 2000 roku Rosyjska Cerkiew Prawosławna ponownie kanonizowała carską rodzinę, tym razem bez innych ofiar – w tym Anny. W 1998 roku w ceremonii pogrzebowej carskiej rodziny i jej służących w soborze Piotra i Pawła w Petersburgu uczestniczyła wnuczka Anny – Natalia Demidowa.]

Druga siostra mojej mamy, Larisa, wyszła za księcia Oboleńskiego, przedstawiciela jednego z najstarszych rodów Rosji. Niestety, wraz z rodziną padła ofiarą rewolucji. Trzecia, Greta, wyjechała do Paryża studiować malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych. Później wróciła do Rosji, która zawsze, nawet w trudnych czasach porewolucyjnych, umiała docenić artystów. Pracowała jako scenograf w moskiewskich teatrach.

Przez wzgląd na pozycję siostry moja mama, młoda wówczas panienka, została raz zaproszona do Petersburga, na coroczny bal karnawałowy wyprawiany przez cara Rosji. Bezpośrednie zetknięcie się z majestatem władzy imperialnej, a równocześnie z niewyobrażalnym przepychem carskich pałaców było dla niej niezapomnianym przeżyciem, które wspominała do końca swoich dni.

Rosja była jej ojczyzną, rosyjski mową rodzinną, pokochała jednak Polaka i jemu poświęciła swe życie. Znała swoją powinność. Z całą pewnością nie było jej łatwo rozstać się z najbliższymi i wyjechać w daleki, nieznany świat. Wiadomo też, jakie nastawienie mają Polacy do Rosji, naszego surowego zaborcy. Szczególnie w patriotycznych rodzinach ziemiańskich pieczołowicie podtrzymywano kult powstań antyrosyjskich, które pochłonęły tak wiele ofiar. Także w rodzinie mojego ojca wszystko, co rosyjskie, budziło zrozumiałą niechęć. A tu nagle Rosjanka staje się częścią familii! I do tego zajmuje miejsce miłej panny z sąsiedniego majątku. Nie była to łatwa sytuacja dla żadnej ze stron, ale dziś widzę, że najwięcej wyrzeczeń kosztowała ona moją mamę. Mimo to nigdy nie słyszałam, aby żaliła się na swoje życie. Jedynie wielka miłość mogła sprawić, że Rosjanka poślubiwszy Polaka, zdecydowała się zamieszkać w jego domu, rozstając się z najbliższymi, ze swoją mową oraz ze swym wyznaniem. Taka właśnie miłość połączyła mamę i ojca na dobre i na złe.

Mimo ciężkich czasów i wielu trudnych doświadczeń moi rodzice przeżyli ze sobą blisko czterdzieści lat w miłości, zgodzie i wzajemnym szacunku Najwyraźniej byli sobie pisani i żadne przeciwności nie były w stanie ich rozdzielić.

Dom.

Urodziłam się w rodzinnym majątku, w pięknej wsi Podlipce niedaleko Złoczowa, w województwie tarnopolskim. Dziś te tereny należą do Ukrainy. Moje dzieciństwo upływało w towarzystwie rodziców, siostry, ciotek, kuzynów oraz dalszych krewnych rezydujących we dworze. Wiele ciepłych wspomnień zawdzięczam mieszkającym z nami wujostwu Kosthaimom – cioci Zosi i jej mężowi, dobrotliwemu wujowi Stanisławowi. Z sentymentem i wdzięcznością wspominam także nasze dwie pokojówki, kucharkę Teosię i stangreta Buńkę. Byli to bardzo życzliwi i mili ludzie.

[Z akt metrykalnych parafii Zazule-Kozaki (księga Podlipce) wynika, że Jan Rola Janicki, właściciel dóbr mieszkający pod numerem Podlipce 1 (taki numer zwyczajowo miał dwór), urodzony w 1838 roku, zmarł ze starości w Podlipcach 2 stycznia 1931 roku. Gdy umierał miał 93 lata, więc gdy był chrzestnym Anny miał lat 87. Zob. Archiwum Diecezjalne w Zielonej Górze , Akta parafii katolickiej Zazule-Kozaki, zespół 214, sygnatura PZK-kat 6.]

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam moją fascynację końmi. Ku powszechnemu zdziwieniu jako mała dziewczynka nie bałam się ich, lecz przeciwnie, w każdej sposobnej chwili biegłam ku nim i obserwowałam je z największym podziwem. One chyba odwzajemniały moją sympatię, ponieważ żaden nigdy nie zrobił mi najmniejszej krzywdy. A były to konie rozmaite: zarodowe, cugowe, robocze, wierzchowce; klacze i ogiery. Kochałam je wszystkie bez wyjątku. Szybko też opanowałam jazdę konną. Pod czujnym okiem kochanego Buńki jeździłam na oklep do wodopoju lub naokoło gazonu. Kiedy już nabrałam wystarczającej wprawy, otrzymałam od ojca skórzane siodło i ulubionego konia do własnej dyspozycji.

Nasz dwór był drewniany, otoczony starodrzewem. Do domu prowadziła wysadzana lipami aleja. Wjeżdżające powozy, karety czy bryczki zatrzymywały się przed frontonem na wygodnym, poprowadzonym szerokim łukiem zajeździe. Na ganku ktoś z gospodarzy zawsze serdecznie witał przybyłych.

Z trzech stron dwór był otulony ogrodem, który dalej przekształcał się w duży park, pełen alejek niknących w cieniu drzew. Z letniej jadalni wychodziło się wprost na taras, a z niego na obszerny i starannie utrzymany gazon z fontanną pośrodku. Soczysta zieleń przystrzyżonych trawników kontrastowała z kolorowymi, bujnie ukwieconymi rabatami. Ojciec pasjonował się ogrodnictwem. Sprowadzał z Holandii nieznane wówczas odmiany kwiatów oraz stosowną literaturę fachową. Osobiście doglądał pielęgnacji roślin. Nic więc dziwnego, że podlipiecki ogród o każdej porze roku prezentował się wspaniale, a w domu nigdy nie brakowało świeżych bukietów.

Moje beztroskie dzieciństwo nie trwało jednak długo. Nie zaznałam także zbyt wiele tzw. domowej edukacji, ponieważ już jako sześcioletnie dziecko wyjechałam do Lwowa i do wybuchu wojny przebywałam z moją starszą o pięć lat siostrą Jadwigą w internacie u sióstr urszulanek. Ponieważ od wczesnego dzieciństwa zdradzałam dość duże poczucie rytmu, rodzice postanowili zapisać mnie do słynnej lwowskiej szkoły baletowej Lody Halamy. Edukacja tego typu pomagała w wypracowaniu nienagannej sylwetki, dawała także elegancję ruchów. Zajęcia bardzo przypadły mi do gustu. Zawsze byłam ruchliwym i energicznym dzieckiem. Po przyjeździe do miasta i zamieszkaniu u sióstr brakowało mi ruchu i przestrzeni. Taniec skutecznie pozwalał wyładować nadmiar energii. Po dwóch latach nauki baletu wystąpiłam wraz z koleżankami Basią Bitner i siostrami Hornug we lwowskim przedstawieniu opery „Aida” Giuseppe Verdiego. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Taniec stał się moją pasją.

Kajetan Kraszewski w liście do swego sławnego brata Józefa Ignacego pisał:

Do siego roku życząc Panu Bratu,

Kiedy w rozłące pędzim dni ostatek,

Choć dziś ten zwyczaj obojętny światu,

Ślę Ci opłatek.

Dla nas on zawsze świętość wyobraża,

Pamiątkę łaski udzielonej z nieba,

A oprócz skarbu branego z ołtarza,

Własny kęs chleba.

Ojców to naszych obyczaj prastary,

Codziennej niwy maluje dostatek.

Symbol braterstwa, miłości i wiary,

Święty opłatek.

Moje ostatnie święta Bożego Narodzenia w rodzinnym domu spędziłam przeszło siedemdziesiąt lat temu. Był rok 1938. Nikt z nas wówczas nie przypuszczał, że już nigdy później nie zasiądziemy w takim gronie do wspólnego stołu. Zapewne gdyby nie wojna, nasz dom trwałby jeszcze wiele lat.

Mój dom rodzinny… dzielą mnie od niego całe lata świetlne. Moje dzieciństwo działo się w zupełnie innym świecie, z którego nie pozostało już nic, poza wspomnieniami.

Nasz dwór w Podlipcach był przestronny i wygodny. Parterowy, rozłożysty, przygotowany na wszelkie okoliczności przetrwał niejedną burzę. Trzy duże kuchnie (letnia, zimowa i dla służby) i takiż kredens, dwie jadalnie – duża ze stołem na 24 osoby, z której wychodziło się bezpośrednio na taras, oraz mniejsza dla 12 biesiadników, obszerny salon z wiśniowo- złotymi wiedeńskimi tapetami, z powodzeniem przejmujący funkcję sali balowej, gabinet, kancelaria, pokoje rodziców, nasze, wujostwa, rezydentów, pokoje dla gości, dwie łazienki – a wszystko to ułożone w dwu równoległych amfiladach.

Tak wielki dom wymagał troski. O porządek dbały dwie pokojówki ze wsi – pamiętam je obie. Młodsza, Polka, odznaczała się niezwykłą wręcz urodą. Miała na imię Hania. Pamiętam, że wyszła za mąż za najprzystojniejszego chłopca w okolicy. Starsza, Ukrainka, miała już swoją rodzinę, a praca we dworze pomagała w jej utrzymaniu. Do ich obowiązków należało m.in. codzienne żmudne czyszczenie żyrandoli, a było ich w domu kilkanaście. Każdy składał się z licznych podobnych do świec lampek naftowych, w których elementy szklane zachodziły sadzą. To była chyba najprzykrzejsza z prac, a przy tym nie było urlopu ani latem, ani zimą.

Ważnym miejscem w każdym domu jest kuchnia. U nas była ona królestwem kucharki Teosi. Pamiętam ją jako siwą, korpulentną, niewysoką kobietę o jasnych oczach, łagodnym uśmiechu i zawsze ciepłych dłoniach. Kiedy tylko się dało, biegłyśmy z Jagą do kuchni. Teosia zawsze witała nas z radością i częstowała łakociami. Była to ogromna atrakcja tym bardziej, że w domu panował ścisły rytm posiłków, pomiędzy którymi nie było mowy o jakimkolwiek podjadaniu. Niestety, nasza kochana Teosia została po latach zastąpiona przez surową i nieprzystępną Niemkę o imieniu Greta. Wraz z jej nastaniem potrawy zyskały na wykwintności, ale też, co dla mojej siostry i dla mnie było o wiele ważniejsze, skończyły się nasze potajemne wyprawy do kuchni, która wraz z odejściem starej kucharki straciła dla nas wszelki powab.

Jak już wspominałam, w domu panował określony porządek w zakresie posiłków. Dzień rozpoczynało śniadanie. Przynoszono je do pokojów punktualnie o ósmej. Składało się ono z kawy zbożowej, mleka oraz świeżego pieczywa (najczęściej niesłodkiej bułki, czasami z miodem lub z konfiturami). Drugie śniadanie o jedenastej przygotowywano już w jadalni. Jego podstawę stanowiły owoce. Nie siadano też do stołu, lecz tylko częstowano się jego obfitością (coś na kształt dzisiejszego „szwedzkiego bufetu”). Pierwszym wspólnym posiłkiem był dopiero obiad, podawany zawsze o punktualnie o trzynastej. Nie wolno było się nań spóźnić. Mojej wiecznie czymś zaabsorbowanej siostrze czasami nie udawało się zdążyć na czas i nieraz zastawała swoje krzesło przechylone tak, że oparciem dotykało blatu stołu. Był to wyraźny znak, że nie ma po co wchodzić do jadalni, gdyż rozpoczęto już obiadowanie i nikt więcej nie jest oczekiwany.

Gdyby nie miłosierna Teosia, byłaby to dotkliwa sankcja, ponieważ dwa pierwsze posiłki jedynie pobudzały apetyt. Obiad składał się z zupy oraz dwu drugich dań. Na pierwsze podawano zwykle pieczyste lub inny rodzaj mięsa, na drugie natomiast jarzyny w rozmaitej postaci. Posiłek wieńczył deser – najczęściej było to kawałek ciasta. Na stole stały karafki z wodą, którą można było pić do woli. Kiedy podejmowano gości dania stawały się wykwintniejsze i zwiększała się także ich liczba. Kolejnym wspólnym posiłkiem przy stole był podwieczorek, zawsze o siedemnastej. Podawano pieczywo, masło, sery, wędliny, owoce, a także nastawiano wielki samowar ze wspaniałą aromatyczną czarną herbatą. Dzień zamykała wspólna dość późna kolacja, bo serwowana dopiero o dwudziestej pierwszej. Składała się zawsze z ciepłego posiłku oraz – jak dobrze pamiętam – ziemniaków z kwaśnym mlekiem.

Po kolacji wszyscy jeszcze jakiś czas siedzieliśmy przy stole. Był to czas przeznaczony na rozmowy, w których jako dzieci nie mogłyśmy czynnie uczestniczyć, albo też na głośną lekturę książek. Czytano Mickiewicza, Sienkiewicza, Rodziewiczównę. Wspominano dawne czasy, opowiadano anegdoty lub poważne, nierzadko patriotyczne historie. Był to rodzaj bezcennej rodzinnej edukacji, dzięki której wchodzi się w świat z mocnym poczuciem własnej tożsamości. To, co wyniosłam z tych wieczorów, to cały mój majątek, który wielokrotnie procentował w moim dorosłym życiu, choć wojna sprawiła, że nie potoczyło się ono tradycyjnym torem.

Stół w naszym domu gromadził niemal całą rodzinę mojego ojca. Jak już wspomniałam, wspólnie z nami mieszkała jego siostra – ciocia Zofia Kostheimowa. Była to pedantka o surowych zasadach, do których bezskutecznie próbowała nagiąć moją niepokorną siostrę Jagę. Według cioci odpowiednio wdrażana dyscyplina w wychowaniu oraz ścisłe przestrzeganie etykiety w młodości miały zaowocować w dalszym życiu młodej panienki pełnym przygotowaniem do roli żony i matki. Gdybyż tylko wiedziała, jaka przyszłość przed nami…

Przy całej swej skrupulatności i szczerym zamiłowaniu do porządku ciocia posiadała artystyczną duszę. Na przykład pięknie haftowała i to według wzorów własnego projektu. Zgodnie ze zwyczajem uczyła i nas haftu. W tamtych bowiem czasach wychodząca za mąż panna składała w kościele dar w postaci własnoręcznie haftowanego ornatu, kapy, komży lub choćby obrusu czy alby. Wszystko zależnie od stanu majętności. Zapobiegliwa ciocia przezornie wdrażała nas więc od najmłodszych lat do tej przyszłej, zaszczytnej powinności. Nie przypuszczała, że żadnej z nas nie będzie dane dochować tej pięknej tradycji.

Czasami w tajemnicy przed dorosłymi wymykałyśmy się z siostrą do mieszkań służby. Najbardziej lubiłyśmy się bawić z dziećmi starszej pokojówki. Podobnie jak inni pracownicy dworscy i ona miała swój dom we wsi. Pamiętam, że zawsze było u nich bardzo wesoło. Schodziły się tam ukraińskie dziewczęta. Chętnie śpiewały swoje tęskne i melodyjne pieśni głosami, które brzmiały surowo, ale równocześnie jakoś tak przejmująco, że nieraz dreszcze przechodziły mi po plecach. Zdaje mi się, że jeszcze teraz słyszę ten śpiew, jakby rozbrzmiewał tuż obok.

Oj kukała zazułeńka u lisi na łypci,

Szto myj myłyj taki fajnyj nad siły Podlipcie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zapis niewiele ma wspólnego z poprawnością, ale tak właśnie zapamiętałam te słowa, tak brzmią one w mojej pamięci.

W czasie wizyt w domu pokojówki bardzo mnie dziwiło, dlaczego nawet w czasie świąt cała jej liczna rodzina kładzie się spać na przyrzuconej słomą podłodze, podczas gdy łóżko ze stertą wykrochmalonych poduszek stało nietknięte. Nigdy jednak o to nie pytałam.

Boże Narodzenie to najpiękniejsze, najserdeczniejsze, najmilsze, ale i najdłuższe święta. Przygotowywano się do nich już od listopada. W adwencie pod bacznym okiem cioci Zosi robiłyśmy ozdoby na choinkę. Co roku należało na nowo przemienić stosy kolorowej bibuły, pieczołowicie wybrane i odłożone specjalnie do tego celu długie i proste źdźbła kruchej, złotawej słomy oraz mnóstwo różnobarwnych, błyszczących koralików w niekończące się łańcuchy, którymi następnie owijano choinkę od gwiazdy na szpicu po drewniany stojak u podstawy. Oprócz robienia łańcuchów ciocia nauczyła nas, jak wycinać z białej bibuły delikatne gwiazdki. Jeśli się udały, na tle zielonych gałęzi jodły wyglądały jak płatki śniegu. Robiłyśmy także lalki i pajace, jeże i kwiaty, i choć bardzo się starałyśmy, daleko nam było do naszej nauczycielki. Ciocia ku naszemu zachwytowi potrafiła wyczarować istne arcydzieła. Wszystkie te cuda trafiały do specjalnych, obszernych pudeł i tam czekały na swój czas.

Świąteczne zakupy robiliśmy najczęściej w Złoczowie, a czasami także we Lwowie lub Tarnopolu. Ze sklepów kolonialnych przywożono orzechy, migdały, rodzynki, laski wanilii, cynamon, szafran, cykaty, czyli kandyzowane owoce (morele, daktyle, figi, brzoskwinie), cytrusy, suszone jabłka i śliwki oraz inne frykasy. Spiżarnie i kredensy pękały w szwach. Dosłownie i w przenośni kusiły zakazanym owocem. Na próżno. Ciocia Zosia twardą ręką dzierżyła klucz.

Podstawą dawnej polskiej kuchni było mięso. Pochodziło ono zarówno z gospodarstwa, jak i z dworskich lasów. Jesień to czas polowań. Lasy i łąki pełne były saren, dzików, zajęcy, bażantów i innej zwierzyny. Coroczny kontrolowany odstrzał sprzyjał utrzymaniu równowagi w naturze, polowania zaś ze swymi zwyczajami i odwiecznym, uświęconym tradycją rytuałem należały do obyczajowości polskiego dworu. Do wybranego majątku zjeżdżali się myśliwi z różnych stron. Wcześniej gospodarz po naradzie ze swymi leśnymi ustalał plan łowów. W dniu polowania przedstawiał go zebranym, a następnie rozdzielał stanowiska według zasług i godności myśliwych. Uprzednio zgodzeni naganiacze czekali już w lesie na sygnał rogu. Ruszało polowanie.

Polowanie w Podlipcach.

Ambicją każdego gospodarza było, aby zgromadzić pierwsze strzelby z całej okolicy. Od rangi myśliwych zależał prestiż polowania. Bardzo źle widziano strzelców niewprawnych, którzy ranili zwierza, zadając mu niepotrzebne cierpienie, a przy tym zakłócali wcześniej ustalony porządek. Ustrzeloną zwierzynę zwożono fornalkami w jedno miejsce, a następnie patroszono i układano w pokot. Ten myśliwy, który trafiał najcelniej lub ustrzelił najgrubszego zwierza, zostawał królem polowania. Po powrocie do domu gospodarz podejmował wszystkich wystawnym obiadem, przy którym opowiadano o myśliwskich przygodach. W karnawale nierzadko polowania kończyły się huczną zabawą z tańcami.

Już pod koniec listopada marynowano lub bejcowano dziczyznę przeznaczoną na świąteczny stół. Podobnie obchodzono się z cielęciną i wieprzowiną, którą później przerabiano na smakowite wędliny. Nad wszystkim czuwała kucharka Teosia pod bacznym okiem cioci Zosi. W drugiej połowie grudnia zabierano się do pieczenia wonnych, korzenno-miodowych pierników oraz kruchych ciasteczek, przeznaczonych na choinkę. W tygodniu przedświątecznym wypiekano makowce, przekładańce z masą migdałową, orzechową, różą i cykatami. Wszystko musiało być robione z najlepszych produktów, a do tego na wielką skalę. Na święta przybywali goście, niektórzy zjawiali się wcześniej i pozostawali z nami do Trzech Króli lub nawet dłużej. Dom był pełen. Wszystkie pokoje zapełniały się ludźmi, wszędzie panował ruch i gwar, zewsząd dochodziły śmiechy i odgłos radosnej, świątecznej krzątaniny.

W Podlipcach z dawien dawna panował zwyczaj wspierania potrzebujących. Co roku dzień przed Wigilią ładowano na dwa wozy rozmaite towary, które następnie rozwożono po wsi. Ojciec osobiście nadzorował te prace. Było dla wszystkich oczywiste, że w święta nikt nie powinien cierpieć z powodu głodu. W dniu wigilijnym rodzice i wujostwo składali życzenia i dzielili się opłatkiem z pracownikami majątku oraz z domową służbą. Z tej okazji każdy otrzymywał drobny prezencik. Ten gest uświadamiał nam, dzieciom, że chociaż ludzie na co dzień zajmują różne miejsca w hierarchii, w istocie są sobie równi, bo takimi widzi nas Bóg.

Kiedy na niebie rozbłysła pierwsza gwiazda, wszyscy domownicy i goście byli już zebrani w jasno oświetlonej dużej jadalni. Poza zwykłymi lampami naftowymi zapalano świece na dwóch sześcioramiennych kandelabrach. Zapach topionego pszczelego wosku rozchodził się po całym dworze. Do rogu jadalni wstawiano okazały snop zboża, który symbolizował urodzaj i gospodarność, miał też zapewnić dobrobyt na przyszły rok. Stół nakrywano śnieżnobiałym, pięknie i bogato wyszywanym obrusem, pod który w kilku miejscach kładziono pachnące sianko. Na tę szczególną ucztę wyjmowano najpiękniejszą porcelanową zastawę i komplet srebrnych sztućców herbowych. Między nakryciami mama układała gałązki jodełki. Ich świeży, balsamiczny zapach zmieszany z wonią palących się świec oraz z aromatem wigilijnych potraw do końca życia będzie się mi kojarzył ze świętami w moim rodzinnym domu na kresach.

Wieczerzę rozpoczynaliśmy od modlitwy, po której dzieliliśmy się opłatkiem i zasiadali do stołu. Na kolację wigilijną podawano trzy rodzaje zup: barszcz z uszkami, zupę grzybową z łazankami oraz zupę migdałową z piankami. Na specjalnych oryginalnych muszlach serwowano móżdżek rybi z sokiem z cytryny. Karpia przyrządzano na trzy sposoby: po żydowsku, w galarecie i smażony w panierce. W skład wigilijnego menu wchodziły także sałatka jarzynowa i kluski z makiem. Wieczerzę wieńczyła kutia z ciasteczkami.

Przed drugą wojna światową przestrzegano zwyczaju, że w domach magnackich na wigilię podawano dwanaście potraw, w domach szlacheckich dziewięć, a w chłopskich siedem. Zawsze na stole wigilijnym stawiano o jedno nakrycie więcej dla nieoczekiwanego gościa, zdrożonego podróżnego, kogoś, kto zapuka do drzwi i z pewnością w ten wieczór zostanie zaproszony do stołu. Ta tradycja utrzymała się do dnia dzisiejszego. Starano się również, by do wigilijnej wieczerzy zasiadała parzysta liczba osób. Miało to biesiadników chronić przed nieszczęściem w kolejnym roku.

Po kolacji wszyscy, a szczególnie my, dzieci, czekaliśmy na dźwięk dzwonka, który zwiastował, że anioł złożył nam już wizytę i zostawił pod choinką prezenty. Dziś wiem, że to dzwoniła ciocia Helunia, druga siostra mojego ojca. Wówczas jednak byłyśmy zbyt podekscytowane chwilą, aby zauważyć, kiedy dyskretnie opuszczała jadalnię i znikała w gabinecie, tym bardziej, że po zadzwonieniu wchodziła innymi drzwiami i dołączała do nas niepostrzeżenie. Kiedy otworzono drzwi, naszym oczom ukazała się migocząca ognikami świec, zielona, strojna w setki kolorowych ozdób, pachnąca choinka. Pod nią leżały prezenty. Wszyscy siadali wokół drzewka, a moja mama i ciocia Helunia wyręczały nieobecnego już aniołka i rozdawały świąteczne upominki.

Prezenty… Dla nas były to: wózeczki, lalki, mechaniczne zabawki, karuzele, słodycze. Panie dostawały drobne, gustowne drobiazgi; jedwabne apaszki, wysmukłe flakoniki eleganckich perfum lub coś z biżuterii. Panowie zazwyczaj znajdowali w swych paczuszkach cygara, zestawy do ręcznego robienia papierosów, książki lub albumy. Na każdego czekał jakiś miły upominek, czasem przydatny, czasem zabawny. Zawsze było przy tym dużo radości i śmiechu. Kiedy już zaspokoiliśmy ciekawość i emocje nieco opadły, wszyscy rozsiadaliśmy się wygodnie na rozstawionych wkoło fotelach i krzesłach i rozpoczynał się prawdziwy koncert kolęd, który trwał do późna.

Zazwyczaj nie jeździliśmy na pasterkę, ponieważ często trudno byłoby przebić się nocą przez śniegi do odległego Złoczowa. W pierwszy dzień świąt natomiast, niezależnie od warunków, jechaliśmy do kościoła, najczęściej saniami. Po powrocie zasiadaliśmy do uroczystego obiadu. Trwał on znacznie dłużej niż zazwyczaj, a poza domowymi gośćmi często podejmowaliśmy także naszych sąsiadów. Oczywiście najbardziej cieszyłam się z wizyt rodzin z dziećmi. Nareszcie było się z kim pobawić. W ten dzień urządzano dla nas odrębny stół ze smakołykami, lodami waniliowymi, cykatami, gorącą czekoladą i innymi frykasami. Drugi dzień świąt upływał już spokojniej, zazwyczaj w gronie domowników i rodziny.

Dziś staram się odtworzyć choć namiastkę dawnych wigilijnych zwyczajów dla moich dzieci i wnuków. Dziękuję Bogu, że mogę cieszyć się nimi i przeżywać wspólnie kolejne święta Bożego Narodzenia, które w śnieżnej oprawie są niezmiennie jednakowo piękne.

Była wiosna 1939 roku. Nadchodziła Wielkanoc, a wraz z nią ferie. W wyczekiwanym z utęsknieniem dniu zakończenia nauki, jak zawsze siostra Felicja odprowadziła nas na stację, wsadziła do pociągu i czekała aż odjedzie. W Zarwanicy czekał już na nas powóz i stary stangret Buńko. W niecałą godzinę dojeżdżaliśmy do Podlipiec. Na ganku jak zawsze czekali wypatrujący nas stęsknieni rodzice.

W domu czuć już było święta. Przygotowania trwały długo, lecz ich kulminacja przypadała w ostatnim tygodniu Wielkiego Postu. Przyjeżdżałyśmy w środę, tuż przed Triduum. Wówczas cały dom już lśnił specyficzną przedświąteczną czystością. W Wielki Czwartek, jak co roku, szykowano świąteczne dary dla najuboższych. Przed kuchnię zajeżdżały furmanki, na których układano wędliny, mięsa, ciasta i inne produkty, a następnie rozwożono je do najbiedniejszych rodzin we wsi.

Kuchnia pracowała na pełnych obrotach. Nasza kochana Teosia pod czujnym okiem cioci Zosi, a także naszej mamy, przy pomocy kilku dziewcząt podkuchennych przygotowywała świąteczne menu. Na wielkich stołach czekały kopy jaj, garnce z masłem i miodem, worki z mąką, słoje z aromatycznymi przyprawami, z szafranem i anyżem na czele, opłatki, na których robiono mazurki, kandyzowane owoce, pachnące laski wanilii, brązowe pojemniki z kakao przywiezione z lwowskich sklepów kolonialnych.

Osobną wręcz ceremonią przedświąteczną był wypiek drożdżowych bab. Zajmowała się tym mama. Pamiętam, że pięknie wyrośnięte złocisto-żółte, lekko pachnące cytryną ciasto drożdżowe wkładano do kamiennych form w kształcie wysokich walców, a te, po ponownym wyrośnięciu ciasta, lokowano w nagrzanym piecu. Po wyjęciu należało bardzo ostrożnie przenieść je do chłodniejszego miejsca, aby ostygły, ale broń Boże nie opadły. W tym czasie nie wolno było nie tylko otwierać drzwi, ale nawet głośno rozmawiać. Następnie polewano je lukrem lub posypywano kolorowym maczkiem i układano w spiżarni, gdzie czekały swych dni bez uszczerbku na świeżości. Przed podaniem najpierw krojono je w poprzek, odcinając grube plastry, które następnie dzielono na mniejsze kawałki. Później natomiast, kiedy już straciły na wysokości, krojono je tak, jak kroi się tort. Jakież one były smaczne! Do dziś te wysokie, pachnące i puszyste wielkanocne baby o złotej skórce i szafranowym wnętrzu są dla mnie symbolem bujności życia w dawnym polskim dworze.

Dla nas, dzieci, też znalazło się zajęcie. Wraz z ciocią Zosią malowałyśmy pisanki. Podobnie jak przy robieniu ozdób choinkowych, tak i przy tej czynności nikt nawet nie próbował jej dorównać. Tylko ona umiała na małej powierzchni jajka zmieścić całe ogrody, tylko spod jej piórka wychodziły najpiękniejsze, misterne esy-floresy kładzione pewną ręką na delikatnej skorupce wydmuszki. Było to absolutnie zdumiewające. Mimo starań nigdy żadnej z nas nie udało się doścignąć cioci w jej artystycznej biegłości.

W Wielki Piątek już od południa w dużej jadalni przygotowywano stół do święcenia. Na haftowanym, białym obrusie w odpowiednim, od lat niezmiennym porządku układano baby lukrowane i posypywane kolorowym makiem, czternaście rodzajów mazurków świątecznych i pięknie ozdobione torty o różnych smakach. W jednym końcu stołu niepodzielnie królował pieczony, udekorowany smalcem świński łeb z bukszpanem w pysku. Na srebrnych półmiskach pyszniły się świeżo wędzone kiełbasy, pasztety z dziczyzny, gotowane szynki oraz inne wędliny, a także pieczyste z drobiu różnego gatunku. Tradycyjnie nie mogło zabraknąć chrzanu, zarówno tartego, jak i w kawałkach. Całości dopełniały kolorowe pisanki. Inną ozdobą stołu były donice z zielonym owsem, wśród którego leżał wypiekany z ciasta baranek, kopce drobnej rzeżuchy oraz wiązki wiecznie zielonego bukszpanu. Mimo tej obfitości w Wielki Piątek obowiązywał ścisły post. Jedliśmy tylko pieczone ziemniaki oraz śledzie w oliwie.

W Wielką Sobotę rano cały podjazd przed dworem zapełniał się ludźmi ze wsi. Były to przeważnie kobiety z dziećmi. Każda z nich przynosiła koszyk ze święconym, przykryty pięknie wyszywaną serwetą. Zamożni gospodarze mieli zasobne koszyki, ubożsi korzystali z dworskich darów, dzięki czemu wszystkie rodziny podlipieckie gromadziły się tego dnia na dworskim podjeździe w oczekiwaniu na księdza. Około godziny dziesiątej przyjeżdżał wikary. Najpierw wstępował do dworu, gdzie po odmówieniu modlitwy święcił stół wielkanocny. Krople święconej wody wprawione w lot zamaszystym ruchem księżego ramienia dosięgały nie tylko potraw, ale także rosiły nasze włosy i twarze. Witaliśmy je znakiem krzyża. Następnie ksiądz wychodził na ganek i święcił koszyki, które przyniosły kobiety ze wsi. Po tej ceremonii czasami dawał się zaprosić na skromne śniadanie lub filiżankę herbaty, zawsze jednak w pośpiechu, ponieważ bryczka z następnej wsi już na niego czekała.

[Informacja, że pokarmy święcił wikary, może wskazywać, że przyjeżdżał on ze Złoczowa. W parafii Zazule-Kozaki, która obejmowała też Podlipce, nie było wikarego.]

Drugim po święceniu potraw ważnym wydarzeniem tego dnia był przywóz gości. Od rana co jakiś czas słychać było gromkie wołania pokojówki do stangreta: „Zapryhaj! Zajeżdżaj!”, co oznaczało, że nadeszła pora, kiedy trzeba jechać na stację kolejową, bo właśnie pociąg przywiózł nowych gości. Jak w każde święta powoli dom zapełniał się ludźmi.

Wieczorem wszyscy jechaliśmy w kilka zaprzęgów do kościoła na rezurekcję. Czasami, kiedy święta przypadały później, w czasie procesji czuło się już zapach nadchodzącej wiosny. Po Mszy Świętej szliśmy na plebanię, by złożyć życzenia księdzu proboszczowi. [W Podlipcach nie było plebanii, co może wskazywać, że na rezurekcję jechano do Złoczowa lub na Kozaki]. W domu po krótkim odpoczynku wszyscy spotykaliśmy się w dużej jadalni. Tam składaliśmy sobie życzenia, dzieląc się przy tym święconym jajkiem. Następnie zasiadaliśmy do stołu.

W ten czas radosnego triumfu nad śmiercią, w noc Zmartwychwstania Pańskiego, wśród budzącej się wiosny nasze myśli biegły ku Bogu z wdzięcznością za dar życia, dar rodziny, dar domu. Byłam wówczas zbyt młoda, aby poważniej zastanowić się nad umykającym czasem i kruchością naszego ziemskiego bytowania. Kiedy jednak dziś z perspektywy tylu lat patrzę na te ostatnie przedwojenne święta, ostanie takie święta w moim życiu, wdzięczna jestem za to, że wówczas mogliśmy je celebrować bez świadomości tego, co miało rychło nastąpić i ostatecznie zniszczyć nasz świat. Jak ważne jest, aby człowiek umiał cieszyć się chwilą!

W niedzielę Wielkanocną zwykle składali nam wizytę sąsiedzi z okolicznych majątków. Znowu mogłam się bawić w gronie rówieśników. Dorośli natomiast wykorzystywali spotkanie na stale obecne w polskich domach dyskusje polityczne, ale nie tylko. Ważne było także to, co działo się w gospodarce, w rolnictwie, co dotyczyło wszystkich ziemian. Trzeba było również omówić najnowsze wydarzenia towarzyskie, być może nawet skojarzyć jakieś małżeństwo bądź tylko stworzyć dogodne warunki do poznania się młodych ludzi. Słowem przy okazji można było dowiedzieć się o wszystkim, czym żyła okolica, i wyrobić sobie zdanie na niejeden temat.

W Poniedziałek Wielkanocny już od samego rana rozlegały się po domu i wokół niego śmiechy, krzyki i odgłosy bieganiny. Szczególnie młodzież była rozbrykana. W pokojach, na korytarzach i w parku polewano się wodą bez obaw o konsekwencje. Upoważniał do tego śmigus-dyngus.

Wszystko, co dobre, rychło się kończy. We wtorek rano żegnaliśmy rodzinę, ale i same szykowałyśmy się do wyjazdu. Choć było nam przykro opuszczać dom, musiałyśmy wracać do szkoły. Pozostawała nam tylko nadzieja, że wkrótce będą wakacje.

Jaga

Przed wojną wraz z siostrą pobierałyśmy nauki na pensji u sióstr urszulanek we Lwowie. Mieszkałyśmy w klasztornym internacie. Miałyśmy wspólny pokój, bardzo gustownie i przytulnie urządzony. Obecność siostry pomagała mi znieść rozłąkę z rodzicami, a bardzo za nimi tęskniłam. Moje dzieciństwo domowe trwało tylko sześć lat. Do dziś pamiętam, jakim przerażeniem napawały mnie początkowo klasztorne korytarze oraz wysokie, surowe w wystroju sale naszej szkoły. Codziennie rano przed lekcjami biegłyśmy do kaplicy na obowiązkową Mszę Świętą. Także w ciągu dnia zdarzało się nam tam zaglądać, zwłaszcza gdy trzeba było szukać pomocy w rozwiązywaniu różnych nie tylko szkolnych problemów. Lwów nie był dla nas miastem obcym. Mieszkała w nim nasza kochana ciocia Helunia, którą odwiedzaliśmy wspólnie z rodzicami jeszcze zanim zapisano mnie do szkoły. Mimo to tęskniłam za domem, mamą, tatą i Podlipcami.

Jadwiga, moja jedyna siostra, była w trzeciej klasie licealnej, a ja w szóstej podstawowej. W tym samym okresie, we Lwowie studiował nasz daleki kuzyn. Często wieczorami umówionym wcześniej sposobem stukał o bruk ulicy dając znać, że jest pod naszym oknem. Oczywiście nie zależało mu na moim towarzystwie. Chciał widywać się z Jagą, która była bardzo piękną dziewczyną, a przy tym zaradną, odważną, i przedsiębiorczą. Nawet ciocia Zosia skapitulowała wobec jej uporu i odstąpiła od prób przykrojenia bujnego temperamentu mojej siostry do ideału panienki z dobrego domu. Ciocia jednak była tylko słabą istotą w porównaniu z całym zastępem sióstr czuwających nad każdym krokiem powierzonych im w opiekę pensjonarek. Ale w naszej Jadze trudności tylko wzmagały fantazję. Używała więc różnych sztuczek, by móc wyjść na zewnątrz i spotkać się z przystojnym kuzynem. Wiązała na przykład prześcieradła i zjeżdżała z okna wprost na ulicę św. Jacka. Nie tylko zresztą Jadze, również i innym starszym koleżankom udawało się nie raz i nie dwa, wydostać z budynku mimo zdwojonych straży. „Na wolności” spotykały się z przyjaciółmi i całą paczką przechadzali się po lwowskich uliczkach lub spędzali wesoło czas w cukierni.

Przełożona lub dama klasowa miały zwyczaj, a może też i obowiązek, obchodzić wieczorem pokoje i wyrywkowo sprawdzać, czy wszystkie podopieczne śpią we własnych łóżkach. Po dwudziestej uczennicom nie wolno było już wędrować po korytarzach. Jakież więc było zdumienie, gdy pewnego wieczoru przełożona ze zgrozą stwierdziła, że mojej siostry nie ma w pokoju, a jej łóżko jest nie tylko puste, ale także zasłane tak, jakby w ogóle nikt nie planował w nim spać tej nocy. Liczyła, że wszystkiego dowie się ode mnie, ale ja milczałam jak grób. Po pierwsze honor nakazywał mi powściągliwość, po drugie zaś Jaga nie miała w zwyczaju wtajemniczać mnie w swoje plany, co znacznie ułatwiało mi trwanie w siostrzanej solidarności. Ponieważ naprawdę nie wiedziałam, dokąd poszła, i nie umiałam udzielić żadnych wyjaśnień, zaniepokojona, ale też i zirytowana zakonnica postanowiła osobiście zaczekać do powrotu winowajczyni, mnie zaś nakazała wracać do łóżka i spać. Wiadomo, że w tych warunkach nie mogłam zasnąć. Choć w skrytości ducha zawsze zazdrościłam Jadze jej eskapad, kiedy pomyślałam, jaka ją dziś czeka niespodzianka, zrobiło się mi jej szczerze żal. Nic już nie dało się zrobić. Około 23 skrzypnęły okienne kwatery i niczego nie spodziewająca się Jaga wślizgnęła się do pokoju. Kiedy przy swoim łóżku ujrzała słynącą z surowości i zamiłowania do dyscypliny przełożoną, straciła mowę. Z tego też powodu siostra przełożona nie dowiedziała się także od Jagi ani tego, gdzie była tego wieczoru, ani też tego, co robiła w czasie swej nieobecności w klasztorze. Mojej siostrze najzupełniej odebrało mowę. Przełożona straciła nadzieję, że doczeka dziś jakichkolwiek wyjaśnień. Do tego zrobiło się już naprawdę późno. Nie widząc lepszego rozwiązania, zganiła Jagę ostro za karygodny występek, nakazała jej natychmiast iść spać i opuściła nasz pokój.

Na drugi dzień uznano, że należy bezzwłocznie wezwać naszych rodziców. Przełożona napisała do nich długi list. Przedstawiwszy w nim wydarzenia ostatniego wieczoru, poinformowała o decyzji bezwarunkowego relegowania Jagi ze szkoły. Prosiła też, by jak najszybciej zgłosili się po córkę.

Kiedy ojciec przyjechał i wysłuchał szczegółowej relacji siostry przełożonej o wyczynach swej pierworodnej, bardzo się zmartwił. Pensja u urszulanek była ostatnią szansą na to, by Jaga zdobyła wykształcenie. Była to już jej trzecia szkoła, a z dwóch poprzednich usuwano ją przed upływem roku. Zakonnice ze swą klasztorną dyscypliną zdawały się gwarantować sukces wychowawczy. I rzeczywiście Jaga utrzymała się tu najdłużej. Szkoda było tych lat, zwłaszcza że do matury zostało już bardzo niewiele czasu. Wobec gorących próśb ojca i solennych obietnic złożonych w imieniu córki, wezwano główną winowajczynię. Widząc determinację taty, Jaga złożyła uroczyste przyrzeczenie poprawy. Siostry także wykazały zrozumienie (być może zrobiło się im żal rodziców) i wyraziły zgodę na warunkowe pozostanie nieposłusznej uczennicy w szkole. Mogła kontynuować naukę. Trzeba było jednak przysiąść fałdów. Zbliżał się koniec roku szkolnego, a wraz z nim egzaminy. Jaga znowu nie sypiała nocami, tym razem jednak stało się to głównie za sprawą łaciny, matematyki i historii. Warto było. Obie odniosłyśmy sukces: ja zdałam do pierwszej licealnej, a siostra przeszła do klasy maturalnej.

Wreszcie nadeszły upragnione wakacje. Po kilku dniach od przyjazdu do Podlipiec, w czasie obiadu dowiedziałyśmy się, że za miesiąc w naszej okolicy odbędą się manewry wojskowe. Nie mogłyśmy się ich doczekać, choć każda z nas zapewne inaczej projektowała sobie tę atrakcję. Ja liczyłam na przegląd pięknych koni, które zawsze kochałam. O czym myślała Jaga, można się tylko domyślać.

Nie wiadomo kiedy zleciał nam miesiąc i pewnego ranka usłyszałyśmy pod dworem głośne rozmowy. Jaga podbiegła do okna i aż podskoczyła z radości! Nareszcie są! W istocie zaczęły się z dawna zapowiadane manewry, a żołnierze rozbili tymczasowy obóz niedaleko dworu. Kiedy siostra zobaczyła tylu pięknych chłopców w mundurach, oświadczyła, że chyba pokocha ich wszystkich.

Tego dnia w jadalni zauważyłyśmy, że stół został nakryty dla większej niż zwykle liczby osób. Po chwili z gabinetu w towarzystwie ojca wyszło kilku oficerów. Nastąpiła oficjalna prezentacja. Także nam przedstawiono wojskowych, co sprawiło mi ogromną radość. Poczułam się niemal jak dorosła panna, prawie jak moja niedościgła siostra. Byłam oczarowana. Pierwszy raz widziałam prawdziwych żołnierzy w mundurach. Nie mogłam od nich oderwać wzroku, choć wiedziałam, że panience w ogóle nie wypada się gapić, a cóż dopiero na młodych przystojnych mężczyzn! Co innego młodzi przystojni mężczyźni. W czasie posiłku nie uszło mojej uwadze, że w Jagę ciągle wpatruje się ciemnooki szatyn.

W kilka dni potem rodzice wyjechali na parę dni do Lwowa, a pieczę nad nami objęła, jak zawsze w takich razach, ciocia Zosia. Ona także zauważyła, co się święci. Co wieczór po kolacji Jaga otwierała okno i rozmawiała z oficerem do późna w nocy, zupełnie nie przejmując się tym, że tego lata, ze względu na gości, pokój dzieliła ze mną, a ja chciałam spać. Ponieważ moje prośby nie przynosiły efektów, postanowiłam poskarżyć się cioci. Nie trzeba było długo czekać na konsekwencje. Ciocia nałożyła na Jagę areszt domowy; przez dwa dni nie wolno jej było opuszczać pokoju, nawet na posiłki. Była to bardzo dotkliwa kara. Najpierw więc siostra na mnie wyładowała całą frustrację, w mojej niewinnej osobie upatrując źródeł swego nieszczęścia. Nie dość że zlała mnie na kwaśne jabłko, to jeszcze zagroziła, że jeżeli i o tym doniosę cioci, spotka nie coś daleko bardziej przykrego. Przezornie wolałam milczeć. Przyznam też, że żal mi było Jagi, która chyba naprawdę zakochała się w Tadeuszu, bo tak miał na imię ów przystojny oficer. Serce mi się krajało, kiedy widziałam jej cierpienie.

Kiedy nareszcie kara dobiegła końca i Jaga ponownie mogła wyjść na dwór, natychmiast spotkała się ze swym oficerem. Oboje postanowili wynaleźć chłopaka wojskowego, który by się mną zajął, dzięki czemu uwolniliby się wreszcie od mojego towarzystwa. Jaga dodatkowo próbowała przekupić mnie dwiema tabliczkami czekolady. Czekoladę przyjęłam, ale bynajmniej nie czułam się przekupiona. Otrzymawszy rozkaz od oficera, żołnierzyk zabawiał mnie, jak umiał, choć zapewne od wojskowych manewrów oczekiwał innych wyzwań niż opieka nad dwunastoletnią panienką. Ja natomiast byłam całkiem zadowolona. Prowizoryczny obóz wojskowy bardzo mnie zainteresował. Najbardziej lubiłam kręcić się przy kotle polowym, gdzie kucharz gotował dla wojska. Nieraz byłam częstowana żołnierskim jadłem, a później przy stole dziwiono się, że nie mam apetytu.

Kiedy rodzice wrócili, ciocia Zosia kategorycznie zapowiedziała, że już nie będzie się nigdy więcej opiekować Jagą, bo jej niesubordynacja przerasta wszelkie wyobrażenie Na koniec przemowy lojalnie ostrzegła, że będzie z tego nieszczęście, bo kto to widział, aby tak otwarcie łamać wszelkie zasady i w biały dzień romansować z jednym z oficerów. Rodzice myśleli, że ciocia jak zwykle przesadza. Kiedy jednak manewry miały się ku końcowi, w gabinecie ojca stawiła się Tadeusz i najzwyczajniej w świecie oświadczył się o rękę Jadwigi. Miał już nawet gotowy plan – pobiorą się po maturze Jagi. Nie wziął tylko pod uwagę, że mogło to oznaczać dość odległy termin.

Ojciec był nieco zdumiony tak szybką i zdecydowaną deklaracją młodzieńca. Powiedział, że jego zdaniem za mało czasu spędzili wspólnie, poza tym nasze rodziny w ogóle się jeszcze nie znają, więc w tej sytuacji przedwcześnie byłoby mówić o małżeństwie. By jednak załagodzić nieco sytuację, dodał, że po maturze, jeżeli Jaga się zgodzi, to i on również nie będzie przeciwny, aby młodzi kontynuowali znajomość. To wystarczyło, by poczuli się szczęśliwi i pewni swej przyszłości.

Wakacje zbliżały się ku końcowi i trzeba było wracać do szkoły. Uczucie Jadwigi i Tadeusza okazało się trwalsze, niż wszyscy przypuszczali. Jaga również wzięła się rzetelnie do nauki, by w terminie przekroczyć próg dojrzałości. W okresie Bożego Narodzenia Tadeusz przyjechał do nas wraz z rodzicami, byśmy się mogli wszyscy lepiej poznać. Na cześć 1939 roku, po którym spodziewano się tyle szczęścia, urządzono huczny kulig do sąsiednich majątków. Ogłoszono także zaręczyny Jagi i Tadeusza. Ślub wyznaczono na jesień.

W następnym roku Jaga wraz z wujostwem została wywieziona do Kazachstanu i w nieznanych do dziś okolicznościach zaginęła. Tadeusz poległ w kampanii wrześniowej. Pozostały tylko wspomnienia i ogromny żal, że tych dwoje nie doczekało wspólnego szczęścia, a była z nich taka piękna para…

Wojna

Był ciepły, lekko zamglony poranek 21 września 1939 roku, gdy na teren naszego majątku wkroczyło wojsko sowieckie. Trzy godziny wcześniej ze wsi wyjechał oddział wojska polskiego z Poznańskiego, wycofując się w kierunku Zaleszczyk. Niestety, wszyscy wpadli w zasadzkę. Wtargnąwszy do domu, Rosjanie rozpoczęli od rewizji w poszukiwaniu broni, niszcząc przy okazji wszystko, co wpadło im w ręce. Wiadomo, że w każdym dworze był sprzęt myśliwski, w tym także sztucery i dubeltówki. Hania, nasza pokojówka, gdy spostrzegła, że żołnierze szukają broni, ukryła całą myśliwską kolekcję w spiżarni za półkami z przetworami. Miejsce to na nasze szczęście przeszukiwał widocznie jakiś niespecjalnie bystry czy też gorliwy żołnierz, ponieważ niczego nie odkrył. Nie znalazłszy niczego, żołnierze urządzili na gazonie wielkie ognisko, do którego wrzucali cenne meble, obrazy i książki gromadzone od pokoleń w naszej bibliotece. Nie wiem, dlaczego z takim zapałem niszczyli dorobek naszej rodziny. Przecież nie musieli tego robić. Szukali broni, nie znaleźli jej, mogli odejść, zostawiając nas w spokoju. Niestety, jakaś wojenna histeria połączona z wpajaną przez lata nienawiścią kazały im niszczyć wszystko, co składało się na polską kulturę.

Po rewizji nie pozwolono nam wracać do dworu. Dowódca oddziału wskazując na wóz drabiniasty powiedział, że możemy go załadować do pełna, ale niczego ponad to, co się nań zmieści, nie wolno nam zabrać z naszego rodzinnego majątku, gromadzonego przez tyle pokoleń. W ciągu kilku godzin odbył się sąd ostateczny nad rzeczami. Co nie dostało się na wóz, było skazane na zagładę. Wybór był trudny. Czym się kierować? Co zostawić? Jak w ciągu kilku chwil zdecydować, co jest niezbędne, skoro do tej pory wszystko było potrzebne? Teraz najwyraźniej zacznie się jakieś nowe, nieznane życie.

Nikt jednak nie wiedział, co w tym nowym życiu okaże się przydatne. Pośpiech nie tyle ułatwiał decyzje, co je usprawiedliwiał. Po dwóch godzinach wóz był pełen.

Wujostwo Kostheimowie wyjechali do Złoczowa, gdzie zamieszkali na plebanii u znajomego proboszcza. My zaś udaliśmy się do Lwowa. Początkowo zatrzymaliśmy się u cioci Heluni. Po kilku tygodniach ojciec znalazł mieszkanie i przeprowadziliśmy się na ul. Tarnowskiego 72.

W mieście panował głód. Po żywność trzeba było stać w kolejce kilkanaście godzin. Kwitnął co prawda nielegalny handel, lecz mało kogo było stać na to, by kupować towary po czarnorynkowych cenach. Ponieważ byłam w wieku szkolnym, zaczęłam uczęszczać do powstałej dziesięciolatki. Moja dawna szkoła sióstr urszulanek została upaństwowiona, a wszystkie siostry usunięto z internatu. Zmienił się także program nauczania. Obowiązkowo uczono nas języka rosyjskiego. Niemiecki, ukraiński i polski taktowano na równi. W niedługim czasie rozeszła się wiadomości o powszechnych aresztowaniach. Gęstniała atmosfera strachu i coraz mocniej doskwierającej niepewności jutra. Nikt w tym czasie nie spał spokojnie we własnym domu, który przestał być bezpiecznym schronieniem. Wielu polskich wojskowych, policjantów, intelektualistów i działaczy rozstrzelano. Wiele rodzin wywieziono w głąb ZSRR.

W niedługim czasie po naszym przybyciu do miasta aresztowano mamę. Zdaniem władz, jako rosyjska arystokratka zagrażała komunizmowi. Dopiero na skutek interwencji, które głównie sprowadzały się do dania odpowiednim osobom wysokich łapówek, po trzech tygodniach wyczerpujących przesłuchań wypuszczono ją na wolność. Niestety, nasza radość nie trwała długo.

Zatroskana o los cioci i wuja Jaga w tym czasie często odwiedzała plebanię w Złoczowie. Spędzała tam z wujostwem całe tygodnie. Pewnego razu nie wróciła z kolejnej wizyty. Zaginął po niej wszelki ślad. W kilka miesięcy później otrzymaliśmy wiadomość, że wraz z Kostheimami i innymi rezydentami plebanii została wywieziona prawdopodobnie do Kazachstanu. Rodzice nie chcieli dopuścić do siebie myśli o stracie córki. Nigdy też nie zostali oficjalnie zawiadomieni o jej śmierci. Mama do końca życia wierzyła, że Jaga się odnajdzie. Do końca swoich dni żyła nadzieją. Jak się okazało, była to nadzieja próżna.

Jakiś czas później dotarły do nas informacje, że wuj nie przetrzymał surowych warunków życia, jakie zgotowano tam zesłańcom z Polski. Zmarł po kilku miesiącach cierpienia głodu i zimna. Ciocia Zosia miała więcej szczęścia. Wraz z trzydziestoma innymi osobami, po interwencji Ambasady Japonii, została wywieziona do Teheranu. Niestety, zmarła tam w jednym ze szpitali. O Jadze nie mieliśmy żadnych wiadomości.

W najtrudniejszym okresie okupacji, w 1943 roku, w obawie przed łapankami na ulicach Lwowa rodzice znaleźli dla mnie i moich kuzynek bezpieczne schronienie w majątku Ścianka nad rzeką Zbrucz [Ścianka Rasztowiecka, parafia Touste, gmina Touste, powiat Skałat]. Dobra te należały do ciotecznej siostry ojca, cioci Mazurkowej, która za zgodą władz mogła pozostać w majątku i zamieszkać w leśniczówce. Dla nas, dzieci, był to prawdziwy raj. Przyzwyczajone do smutnego i sterroryzowanego miasta, wśród bujnej natury podolskiej wsi odzyskiwałyśmy utraconą radość życia. Sama leśniczówka była pełna tajemniczego uroku. Drewniana, stojąca na uboczu, z dala od wsi, otoczona lasem z jednej, a starym sadem z drugiej strony, dawała poczucie bezpieczeństwa. Nie przypuszczałyśmy, aby ktoś zły mógłby nas tu odnaleźć. Wkrótce dojechało jeszcze kilka osób, w tym gronie nasi rodzice, i pustawy wcześniej dom się zaludnił. Ciocia Mazurkowa miała zapewne nie lada problem z tym, jak nas wszystkich wyżywić. Czuliśmy się jak na wakacjach i prawie można byłoby zapomnieć, że gdzieś trwa wojna, gdyby nie patrol niemiecki, który codziennie rano przechodził obok domu. Czasami nawet i oni wpadali do cioci na herbatkę. Nic nie znamionowało wrogości.

Jedna z kuzynek, Anna Tatarkiewicz, ułożyła wierszyk, który oddaje trafnie nasze ówczesne nastroje. Jego fragment pamiętam do dziś:

Na wakacje do ciotuni

Przyjechały trzy paniusie,

Przyjechały Hanki trzy

Z dalekich miast.

A że wkrótce były sławne

Owe panny trzy powabne,

Pokochało je aż pięciu chłopców wraz.

I ten jeden, co był chudy,

I ten drugi, co był rudy,

I ten trzeci co na koniu lubił gnać…

Pewnego dnia jeden z patrolujących Niemców ostrzegł ciocię przed rewizją. Ktoś doniósł, że w leśniczówce jest radio. Mogły z tego wyniknąć bardzo poważne konsekwencje. Ciocia jednak zdążyła ukryć odbiornik i obmyślić sprytny plan, dzięki któremu dom został oczyszczony z podejrzeń. Kiedy Niemcy przyszli rewidować leśniczówkę, ciocia poczęstowała ich herbatą. Tymczasem my w sąsiednim pokoju urządziliśmy przedstawienie. W garnkach na głowie (dla zniekształcenia głosu), rozmawiając w różnych językach udawaliśmy audycję radiową. Jeden z Niemców wpadł do pokoju pewien, że zastanie włączony odbiornik. Kiedy nas zobaczył, roześmiał się i zawołał swoich kolegów. Ciocia wytłumaczyła im, że dzieci wieczorami zabawiają się w dziennikarzy radiowych i w ten sposób utrwalają sobie znajomość języków. Rozbawieni żandarmi zrezygnowali z rewizji, a my mogliśmy spokojnie słuchać co wieczór wiadomości ze świata. Całe szczęście, że trafiliśmy na ludzi z poczuciem humoru.

W jakiś czas po tym incydencie siedzieliśmy po kolacji przy stole, gdy nagle usłyszeliśmy natarczywe pukanie do drzwi. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna w mocno sfatygowanym szynelu. Był to rosyjski partyzant. Przyszedł nas ostrzec. Według ich wywiadu Niemcy planują atak na kryjących się w lesie radzieckich żołnierzy. Stojąca na linii ognia leśniczówka znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie. Nie było na co czekać. W ciągu kilku godzin spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i jeszcze tego wieczoru przenieśliśmy się do wsi. Zamieszkaliśmy w dwóch domach folwarcznych należących do majątku. Nazajutrz późnym popołudniem usłyszeliśmy warkot silników. Kolumna niemieckich samochodów zatrzymała się nieopodal wsi na głównej drodze. Żołnierze zajęli stanowiska po obu stronach szosy. W jednym z domostw zakwaterowano sztab.

Był pogodny koniec lipca. Łany zbóż szumiały, falując pod delikatnym tchnieniem ciepłego wiatru. Powietrze było przesycone wonią kwitnących ziół i miodnym zapachem nawłoci. Powoli zapadał zmierzch. Nagle powietrze rozdarł przerażający huk, a po chwili na niebie rozbłysły rakiety. Zaczęła się strzelanina. Ze strachem skryliśmy się w domach.

Okazało się później, że rosyjscy partyzanci nie czekali, aż wróg ich okrąży, lecz sami zaatakowali, przedostawszy się uprzednio do sąsiedniego lasu. Niemcy ponieśli duże straty, nie osiągnąwszy celu. Jednego rannego partyzanta przyniesiono do naszego domu. Był wśród nas lekarz. Rannemu trzeba było usunąć odłamek pocisku, który utkwił w górnej części uda. Pamiętam, że rana krwawiła obficie. Istniało niebezpieczeństwo uszkodzenia tętnicy. Trzeba było natychmiast operować. Wówczas po raz pierwszy zetknęłam się z medycyną i to w dość drastycznym, polowym wydaniu. Asystowałam przy zabiegu, który był wykonywany w bardzo prymitywnych warunkach. Mimo to pacjent przeżył. Nad ranem jeszcze nie w pełni przytomnego koledzy zabrali go do lasu.

O świcie Niemcy otoczyli sąsiadującą wieś o nazwie Rasztowce [powiat Skałat], podejrzewając, że to jej mieszkańcy ostrzegli partyzantów. Ojciec mówiący biegle po niemiecku wraz z proboszczem tamtejszej parafii wstawili się w obronie wsi, tłumacząc, że Rosjanie mieli doskonałe pozycje obserwacyjne i sami dostrzegli nadciągające wojsko. Do pacyfikacji nie doszło, wieś nie spłonęła, ale Niemcy wywieźli kilkunastu mężczyzn.

Po tym wydarzeniu jasne było, że wieś także nie dawała bezpiecznego schronienia. Trwała wojna. Usiłowaliśmy o niej zapomnieć, jednak bez wzajemności. Odnalazła nas i przypomniała o sobie ze zdwojoną siłą. Zbliżała się jesień. Wróciliśmy do Lwowa.

W jeden z październikowych dni 1943 r. około dziesiątej wieczorem usłyszeliśmy dzwonek. W drzwiach stało dwóch mężczyzn, po których widać było wyraźne oznaki zmęczenia. Jeden z nich, zupełnie nam obcy, był, sądząc po mundurze, angielskim lotnikiem, a drugi, niejaki pan Czuma, należał do AK i był kurierem na trasie Lwów – Warszawa. Ojciec zaprosił gości do pokoju, a mama zaproponowała ciepły posiłek. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że samolot lecący z Anglii z bronią i żywnością dla partyzantów, został strącony w okolicy Lwowa. Jeden pilot, Anglik, zginął na miejscu, a drugi, Polak, zdołał wydostać się z kabiny i uciec do lasu. Tam znaleźli go akowcy i przyprowadzili do ojca, który także działał w tajnej organizacji. Pewne więc było, że nie odmówi i że nie zdradzi.

Z opowiadań lotnika wynikało, że losy jego rodziny były bardzo podobne do losów naszej i zapewne tysiąca innych polskich rodzin z kresów. Wywieziony do Związku Radzieckiego stracił kontakt z bliskimi, którzy przepadli gdzieś wśród stepów Kazachstanu. Wraz z armią Andersa przedostał się do Teheranu, a stamtąd do Londynu. W Anglii skierowano go na specjalne szkolenie dla lotników. Następnie rozpoczął służbę w polskim dywizjonie. Brał udział w bombardowaniu Niemiec i w obronie Anglii. Ostatnia misja skończyła się dla niego źle, ledwo uszedł z życiem. Ale udało się. Wierzył w zwycięstwo. Z utęsknieniem czekał na zakończenie wojny, by móc zacząć poszukiwania swoich najbliższych. Miał nadzieję, że uda się odnaleźć całą rodzinę.

W miarę jak wieczór upływał, coraz większe wrażenie robił na mnie ów przystojny, młody polski lotnik. Miał na imię Jerzy. Był wysportowany, świetnie prezentował się mundurze, miał piękny profil i miły dźwięczny głos. Właśnie skończyłam szesnaście lat, więc moje zainteresowanie ładnym i bohaterskim chłopcem było jak najbardziej zrozumiałe. Nie uszło ono uwadze mojej mamy. Także i z jego strony dało się poznać, że zrobiłam na nim pewne wrażenie. Kilkakrotnie próbował wciągnąć mnie do rozmowy. Nie było jednak przyjęte, aby tak młoda osoba, jaką wówczas byłam, uczestniczyła w dyskusji na tych samych prawach, co dorośli. Niewiele więc się odzywałam, choć w duszy pragnęłam, by ten wieczór trwał jak najdłużej.

Przed odejściem mężczyźni naradzali się z ojcem w sprawie załatwienia formalności związanych ze zdobyciem dokumentów i cywilnego ubrania dla lotnika. Szukali także bezpiecznego sposobu przekazania go polskim partyzantom. Ich rzeczą było nawiązanie kontaktu z Anglikami, którzy powinni przysłać samolot po swojego żołnierza.

Wszystko poszło zgodnie z planem. Po dwóch tygodniach można już było przewieźć lotnika w okolice Gródka Jagiellońskiego, gdzie miał czekać na samolot z Anglii. Przez czas pobytu we Lwowie mieszkał u nas. Mieliśmy więc wiele okazji, by się lepiej poznać. Pewnego dnia po skromnym obiedzie Jerzy, który czuł się chyba zażenowany naszą gościnnością, długo szukał czegoś w swoim plecaku. Po chwili z rozpromienioną twarzą położył na stole czekoladę w mocno sfatygowanym opakowaniu. Miejscami spod papieru i cynfolii widać było brązową, porysowaną i nieco już startą powierzchnię tabliczki. Mimo wszystko był to wielki rarytas. Żywiąc się na co dzień czarnym chlebem, marmoladą i kawą zbożową, już dawno zapomnieliśmy jak smakuje prawdziwa czekolada. A tu taka niespodzianka! Pomyślałam, że Jurek musi być dobrym człowiekiem, skoro mając tylko jedną czekoladę dzieli się nią ze mną i rodzicami. Nikt z nas przecież nawet nie podejrzewał, że drelichowy plecak lotnika skrywa takie cuda. Sam Jerzy zaś był prawdziwie szczęśliwy, mogąc dołożyć coś do wspólnego stołu i choć symbolicznie odwdzięczyć się za gościnę.

Przed wyjazdem, dziękując ojcu serdecznie za pomoc, poprosił o zgodę na to, by mógł ze mną korespondować. Otrzymawszy ją, zapewniał, że jeżeli przeżyje, po wojnie odszuka nas we Lwowie. Po miesiącu otrzymałam pierwszy list, w którym donosił, że dojechał szczęśliwie i już bierze udział w działaniach wojennych swego dywizjonu.

Kiedy jesienią 1944 roku armia radziecka ponownie zbliżała się do Lwowa, pomni naszych wcześniejszych dramatycznych doświadczeń, postanowiliśmy nie czekać. Wyjechaliśmy na Podhale, by nie spotkał nas los rodziny wywiezionej do Kazachstanu lub kuzynów wymordowanych w Katyniu. Urwał się także nasz kontakt z miłym lotnikiem

Kto wie, może po skończonej wojnie szukał nas we Lwowie? Może zginął? Może jego życie potoczyło się jeszcze inaczej? Nie wiadomo i raczej już się tego nie dowiem. Jedno natomiast jest pewne: o takich ludziach trzeba pamiętać, trzeba też tę pamięć przekazywać innym. Jerzy był jednym z wielu szlachetnych młodych ludzi, którzy nie zawahali się poświęcić swojego życia dla Ojczyzny.

Cześć ich pamięci!

Raba Wyżna

Zatrzymaliśmy się w Rabie Wyżnej. Pierwotnie ojciec planował, że zamieszkamy w Rabce. Uzdrowisko to było okresie międzywojennym znane w całej ówczesnej Małopolsce, głównie dzięki rodzinie Kadenów, którym rabczański zdrój zawdzięcza swoją świetność. Moja mama jeszcze na długo przed wojną była w Rabce na kilkutygodniowym turnusie zdrowotnym z małą Jadwigą. Mieszkały w willi „Pod Trzema Różami”. Ojciec często do nich przyjeżdżał i wspólnie uczestniczyli w bujnym życiu towarzyskim zdrojowiska. Łazienki oferujące kąpiele solankowe, piękny rozległy park, ukwiecony, deptak, bazary, kino, elegancka kawiarnia „Pod Gwiazdą” były ulubionymi miejscami wszystkich kuracjuszy. Mama bardzo mile wspominała pobyt w Rabce i zapewne dlatego w trudnych czasach tam właśnie postanowiono szukać schronienia.

W czasie jednego ze spotkań towarzyskich w domu Kadenów rodzice poznali pana Smolarskiego, sekretarza gminy. On to pomógł nam załatwić wszelkie formalności. Ponieważ niedaleko Rabki przebiegała ówczesna granica państwa, Niemcy niechętnie zgadzali się na meldowanie nowych mieszkańców. Na wszelkich przybyszów patrzyli z wielką podejrzliwością. Dzięki jednak znajomościom pana Smolarskiego ostatecznie znaleźliśmy schronienie nie w Rabce co prawda, ale w położonej nieopodal Rabie Wyżnej, w której, jak się później okazało, przyszło mi spędzić blisko czternaście najpiękniejszych lat mojego życia.

Rabę Wyżną zapamiętałam jako ładną schludną wieś z miłymi ludźmi. Właścicielami tamtejszego majątku byli państwo Głowińscy. Ojciec rodziny, pan Kazimierz zginął w 1942 r. w tragicznym wypadku w jednym ze swoich tartaków. Po jego śmieci jakiś czas we dworze mieszkała jego żona, pani Wanda, wraz z dziećmi oraz swoją matką, panią Różą Zduniową.

W parku dworskim znajdował się mały biały domek, który Głowińscy odsprzedali dwóm swoim znajomym, przybyłym tu z miechowskiego. We dworze jeszcze przed naszym przybyciem do Raby pani Głowińska prowadziła tajne nauczanie. Pomagała jej nauczycielka pani Kochanowska. Niemcy jednak dowiedzieli się o tym. Kiedy przyszli aresztować winnych, nie zastali nikogo. Ktoś uprzedził panią Głowińską o niebezpieczeństwie. Wyjechała do Warszawy. Później dowiedziałam się, że była uczestniczką powstania, trafiła do obozu, a po wyzwoleniu wyjechała do Londynu.

Mieliśmy pewne obawy o to, czy górale zaakceptują obcych kresowiaków, ale Raba Wyżna przyjęła nas bardzo życzliwie. Tutejsi ludzie byli już przyzwyczajeni do tego, że obcy zadomawiają się w ich wsi. Sporo osób przybyło tu dla pracy, którą oferował dwór. Ogromny i nowoczesny jak na owe czasy majątek wymagał zarówno zwykłych pracowników, jak i bardziej wykwalifikowanych kadr. Dawał przy tym utrzymanie i mieszkanie w ładnych i wygodnych budynkach folwarcznych, wielu więc przybyszów założyło tu rodziny i zapuściło korzenie. Kiedy my zjawiliśmy się w Rabie, folwark był w rękach niemieckich, nie oferował więc niczego, co ułatwiłoby nasz start. Wiele pomógł nam ksiądz proboszcz Józef Poloński, który na początku wspierał nas nie tylko duchowo, ale także bardziej przyziemnie, zapraszając na niedzielne obiady. Pamiętam także, że co tydzień przynosił nam duży bochenek wiejskiego chleba. Do dziś czuję jego wspaniały zapach i smak.

Pierwszą naszą przystanią w Rabie był dom państwa Wojdyłów, stojący niedaleko stacji kolejowej. Gospodarze oddali nam do dyspozycji pokój, kuchnię natomiast mieliśmy wspólną. Wojdyłowie mieli dwóch synów Józefa i Stanisława, z którymi się zaprzyjaźniłam. Raz, gdy wybrałam się z nimi do lasu na grzyby, spotkaliśmy grupę partyzantów. Był wśród nich Jan Głowiński – syn właścicieli majątku. Tam widzieliśmy się po raz pierwszy, lecz, jak się później okazało, nie ostatni.

Nasz ojciec, rolnik z wykształcenia i zamiłowania, preferował takie wychowanie, które nakazywało nam zdobyć podstawową orientację we wszelkich pracach gospodarskich. Dzięki temu w Rabie mogłam pomagać naszym gospodarzom w polu i nie było to dla mnie jakieś doświadczenie nie z tego świata. Powoli poznawałam okoliczną młodzież i włączyłam się w nurt jej życia. Nie było ono jakieś szczególnie bogate w rozrywki, ponieważ trzeba pamiętać, na jak trudne lata przypadła nasza młodość.

Zaprzyjaźniłam się ze Stasią Bogdał, a także z innymi dziewczętami z sąsiedztwa. Cieszyłam się, kiedy zapraszały mnie do udziału w spotkaniach, które obywały się najczęściej w jesienne i zimowe wieczory. Wtedy to ludzie zbierali się w jednym z domów, by pracować przy śpiewie, a czasami także muzyce. Poznałam wówczas wielu tutejszych górali, którzy mimo ciężkich warunków nie narzekali, lecz przeciwnie – byli zawsze weseli, skorzy do żartów i zabawy. A życie ich naprawdę nie rozpieszczało. Długie zimy, niezbyt urodzajna ziemia, przeważnie V, VI klasy, do tego rodząca niezliczoną ilość kamieni, które każdej wiosny należało wyzbierać i wywieźć, by móc zasiać zboże lub zasadzić ziemniaki, trudno dostępne, rozdrobnione pola oto warunki ich pracy. A niemal wszyscy żyli wyłącznie z rolnictwa, z gazdówki – jak się tu mówiło.

Jesienią, po zakończeniu prac polowych w domach rozpoczynano czesanie i międlenie lnu, a później szły w ruch wrzeciona. Także o tej porze roku gospodynie i dziewczęta skubały pierze. Tam, gdzie były panny na wydaniu, chętnie podchodzili chłopcy z muzyką. Starali się za wszelką cenę dostać do izby, by dla żartu dmuchnąć w puch, ale przezorne gospodynie pozwalały zalotnikom wejść dopiero po skończonej pracy. Wiele było przy tym żartów i śmiechu. Przygotowywano poczęstunek, przy którym śpiewano, bawiono się i tańczono. Byłam na kilku takich spotkaniach, a przy okazji podziwiałam urządzenie izb, inne niż w naszych stronach. Bardzo się mi podobały całe rzędy kolorowych świętych obrazów malowanych na szkle, a umieszczonych pod sufitem za rzeźbionymi belkami ozdabiającymi ściany drewnianych domów. Nigdy wcześniej takich nie widziałam.

Rabianie byli niezwykle pobożni. W okresie adwentu nie tylko nie urządzano zabaw, ale ograniczano się także do skromniejszych niż zazwyczaj posiłków (a i tak nigdy nie były one jakoś specjalnie wystawne). Mężczyźni odmawiali sobie palenia papierosów, niektórzy ludzie nakładali na siebie dobrowolnie dodatkowe posty. Wszyscy chodzili na roraty.

Wieczorami wspólnie z dziewczętami, jak niegdyś w domu z ciocią Zosią, robiłyśmy ozdoby choinkowe; kwiaty z kolorowych opłatków, łańcuchy z bibuły i słomki, papierowe lalki i pajace. Choć materiały były uboższe, ozdoby udawały się równie wspaniale. Zauważyłam, że górale mają duże poczucie estetyzmu, a wielu z nich posiada artystyczną duszę.

W domu naszych gospodarzy, gdzie przyszło nam spędzić pierwsze Święta poza domem, uczestniczyłam w przygotowywaniu wigilijnej wieczerzy. Właściwie nasza podlipiecka wigilia niewiele różniła się od góralskiej. I tam i tu zasiadano do niej wraz z pierwszą gwiazdką. Stół był przykryty lnianym, haftowanym obrusem, a na nim w centralnym miejscu stał talerzyk z opłatkami. Nie mogło zabraknąć też sianka pod obrusem. Podobnie jak niegdyś w jadalni w Podlipcach i tu w rogu izby stawiano snop zboża. I tu także wieczerzę rozpoczynała wspólna modlitwa, po której wszyscy łamali się opłatkiem i składali sobie życzenia. Różnice były jedynie w potrawach. W czasie wieczerzy nasza gospodyni podawała zupę grzybową, sałatkę z ziemniaków, kapustę z grochem, kluski z makiem, kompot z suszonych owoców, a później także placki i drożdżowe zawijańce. Mięso i wędliny pojawiały się na stole dopiero w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Nie wszyscy wówczas mogli sobie pozwolić na tak obfite święta. Było też sporo rodzin w Rabie i okolicznych wsiach, gdzie na wigilię podawano jedynie chleb i kapustę z ziemniakami.

Z czasem poznałam też mieszkańców folwarku. Zaprzyjaźniłam się z rodzinami Kurdzieli, Fabrów, Rubisiów, Hudomiętów, Rapaczów, Czyszczoniów. Zajmowali oni mieszkania w dworskich czworakach. Byli to ludzie serdeczni i szczerzy. Zawsze skorzy do pomocy. Ich życie było istotną częścią mojego. Bywałam u nich w domach, na chrzcinach i na weselach. Z obrzędów weselnych najbardziej podobały się mi ocepiny. Panna młoda siedzi na krześle wysuniętym na środek izby. Obok niej krząta się starościna, zdejmując z jej głowy panieński wianek, by na to miejsce założyć czepiec, symbol kobiety zamężnej. Całej tej ceremonii towarzyszył śpiew kobiet. Gospodarze hojnie sypiąc groszem, symbolicznie składali się na czepiec, w istocie zaś w ten sposób kupowali sobie przywilej tańca z panną młodą. Wszystko to było bardzo kolorowe i w jakiś dziwny sposób podniosłe.

Miałam wówczas okazję być na niejednym góralskim weselu. Było to dla mnie nowe doświadczenie. Jako dziecko nie uczestniczyłam w weselach wiejskich, a później nastała wojna. Z jej wyroków znalazłam się w Rabie na Podhalu, z rodzicami, bez siostry, za którą wszyscy bardzo tęskniliśmy.

Potrzebowałam przyjaciół i akceptacji. Bałam się odrzucenia, choć byłam na nie przygotowana. Ku mojej radości rabianie przyjęli całą naszą rodzinę z otwartym sercem. Znalazłam wśród nich prawdziwych przyjaciół. Do dziś czuję wdzięczność za wszelkie dobro, jakiego doświadczyliśmy w Rabie Wyżnej od jej mieszkańców.

Po osiedleniu się w Rabie musieliśmy się bezzwłocznie zgłosić do sztabu niemieckiego, który znajdował się w Rabce, w tej samej willi „Pod Trzema Różami”, w której niegdyś wypoczywała mama z małą Jagą. Należało dopełnić wszelkich formalności meldunkowych. Ponieważ w miarę płynnie mówiłam po niemiecku, Niemcy nakazali mi podjąć pracę. Miała ona polegać na prowadzeniu dwóch domów, w których mieszkali robotnicy pracujący przy budowie torów na trasie Rabka – Chabówka. Moim zadaniem miało być także przygotowywanie posiłków dla 135 osób. Przyjęłam tę pracę z ulgą, mając nadzieję, że uchroni mnie ona od tego, czego najbardziej obawiali się wszyscy młodzi ludzie w tych czasach, od wywiezienia do Niemiec. Nie mogłabym opuścić rodziców, szczególnie po tym, co stało się z moją siostrą. Mama nie przeżyłaby kolejnej straty.

Pracowałam wspólnie z córką naszych ówczesnych sąsiadów Stasią Bogdał. Codziennie wczesnym rankiem jeździłyśmy do Rabki, by na czas przygotować robotnikom śniadanie, wydać suchy prowiant, a następnie ugotować zupę. Z jadalni korzystali także niemieccy żandarmi. Byłyśmy bardzo młode, a mimo to, a może dzięki temu nie odczuwałyśmy strachu. Dziś jednak widzę, jakie to były niebezpieczne czasy.

Jednego wieczoru usłyszałyśmy strzały i krzyki, dobiegające z okolic pijalni. Okazało się, że było to zbrojne uliczne starcie między Niemcami a naszymi partyzantami. Po obu stronach byli ranni. Ostrzeżono nas, że w domach, w których przebywali robotnicy, Niemcy będą przeprowadzać szczegółowe rewizje. Przezornie więc na drugi dzień w czasie, gdy wszyscy byli w pracy, przeszukałyśmy dokładnie sienniki i łóżka. W kilku znalazłyśmy ukrytą broń i amunicję. Wspólnie ze Stasią zawinęłyśmy to znalezisko w prześcieradło i zakopały w ogrodzie między krzewami. Kiedy przyjechali gestapowcy, mimo usilnych starań niczego nie znaleźli. Ranni w strzelaninie chłopcy trafili do szpitala. Lekarze przezornie wpisali w ich karty niebudzące podejrzeń zabiegi. Jeden miał rzekomo operację wyrostka, a drugi wycięty woreczek żółciowy. W ten sposób uchroniono ich przed represjami.

Na początku 1945 roku wysadzono most w Chabówce. Eksplozja uszkodziła tory kolejowe. Droga do Krakowa została odcięta. Front zbliżał się coraz szybciej. Uciekający Niemcy, objuczeni nierzadko cennym łupem, musieli przeprawiać się pieszo do pociągów podstawionych od strony Raby. Także do naszych domów przyjechali sztabowcy, aby przed wyjazdem zabrać wszystko, co miało jakąś wartość. Pozostawiono jedynie drewniaki przeznaczone dla robotników. Część rozdałyśmy im właśnie, a resztę gospodarzom w Rabie.

Coraz głośniej słychać było nadciągający front. Niemcy wycofywali się w panice. Jeszcze 16 stycznia o trzeciej w nocy wpadli do naszego gospodarza niemieccy żołnierze i kazali mu saniami wieźć się w kierunku Myślenic.

Rano wkroczyli Rosjanie. Nie mogę powiedzieć, aby prezentowali się zbyt okazale. Zmęczeni, brudni, wychudzeni, w lichych butach i wytartych szynelach raczej nie wyglądali na zwycięzców. Niezależnie od wszystkiego wojna nareszcie się skończyła, a ludzi ogarnęła radość.

(…)

Opisując moją rodzinę nie mogę ominąć ciekawej postaci trzeciej siostry mojego ojca Marii, zwanej Musią. Wychowywała się w majątku Laszki. W wieku siedemnastu lat będąc z matką w Wiedniu, poznała przystojnego pułkownika Stefana de Laveaux. Mimo sprzeciwu rodziny postanowiła go poślubić i to natychmiast. Ciocia bowiem nie zwykła przyjmować do wiadomości, że na coś trzeba cierpliwie poczekać lub że czegoś nie można. Ślub więc się odbył i tym sposobem o dwadzieścia lat starszy od cioci wojskowy, brat znanego z „Wesela” Ludwika, słynnego artysty malarza, wszedł do naszej rodziny.

[Maria z Torosiewczów de Laveaux (1898-1972 lub 1973) – studentka paryskiej Sorbony, amazonka biorącą udział w zawodach hipicznych Polsce i za granicą, a także automobilistka i dziennikarka. Za: Wiki.Ormianie – wolna encyklopedia Ormian w Polsce.]

[Brat Stefana to wybitny malarz okresu Młodej Polski Stanisław Ludwik de Laveaux (1868-1894) − student Krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych (w pracowni Józefa Mehoffera) i Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Tworzył w Paryżu, wiele podróżował. Znany był z bogatego życia towarzyskiego i wielu romansów. Stanisław Wyspiański w Weselu przedstawił jego narzeczoną Marię Mikołajczykównę jako Marysię – siostrę Pani Młodej, a ducha Ludwika jako Widmo (akt II, scena 5). Malarz zmarł w ubóstwie na gruźlicę w wieku 25 lat. De Laveaux to pochodząca z Francji rodzina osiadła w Polsce w XVIII wieku.]

Niedługo później młoda małżonka oznajmiła swemu mężowi, że czuje, iż musi wyjechać do Paryża na studia, gdyż bezczynność ją męczy, a poza tym chce zdobyć zawód. Wszak był to już XX wiek. Wuj, choć z niechęcią, zgodził się, nie przewidując następstw tego posunięcia. Ciocia zaś w Paryżu zasmakowała w nowoczesności. Szczególnie przypadły jej do gustu automobile. Nauczyła się prowadzić i rychło zaczęła brać udział w wyścigach, co gorsza, ze sporymi sukcesami. Zaczęła także pisywać do prasy artykuły o tematyce motoryzacyjnej. Wkrótce stała się jeżeli jeszcze nie ekspertem, to na pewno jedną z nielicznych kobiet swego czasu, które orientowały się w zasadach działania samochodu. Władała świetnie sześcioma językami, była energiczna i stanowcza, nie znosiła sprzeciwu. Miała gen przywódcy. Wuj Stefan zmarł po ciężkiej chorobie jeszcze przed wojną, a choć nie miał z ciocią łatwego życia, przetrwali wspólnie w złej i dobrej doli blisko trzydzieści lat.

Ciocia Musia godziła w sobie rozmaite sprzeczności. Z jednej strony była bardzo towarzyska, lubiła i umiała się bawić, z drugiej miała skłonność do religijnych uniesień i głębokiej pobożności. Kiedyś, w czasie jej pobytu u nas w Rabie Wyżnej przydarzyła się jej zabawna historia.

Pewnego letniego popołudnia ciocia wybrała się na spacer, a wracając wstąpiła do kościoła. Przeszklone drzwi świątyni były zamknięte, lecz w przedsionku stały dwa klęczniki. Ciocia zatopiła się w modlitwie. Tymczasem powoli zapadał zmrok. Nieświadoma upływu czasu Musia w pewnej chwili podniosła głowę i zobaczyła, że od strony ołtarza zbliża się do niej postać spowita w białą poświatę księżyca. Przerażenie odebrało jej zdolność jakiegokolwiek ruchu. Zastygła w modlitewnej pozie i czekała na to, co się stanie. Była pewna, że to niebieski posłaniec przychodzi po jej duszę. Nie czuła się jeszcze gotowa. Oblał ją zimny pot, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Nie była w stanie powstać z klęczek. Kiedy widmo się zbliżyło, poznała swoją pomyłkę. Nie był to żaden gość z zaświatów, ale człowiek z krwi i kości, a do tego sam ksiądz kanonik Poloński, który jakiś czas temu niepostrzeżenie wszedł przez zakrystię, by odmówić brewiarz, a po skończonej modlitwie chciał otworzyć główne drzwi kościoła. Ciocia omal nie przypłaciła życiem tego zdarzenia. Kiedy opadły emocje, nie mogła opanować śmiechu, który udzielił się także księdzu proboszczowi.

Jakiś czas po wojnie zgodnie ze swymi kompetencjami Maria de Laveaux znalazła zatrudnienie w Ministerstwie Komunikacji i Transportu.

Koniec wspomnień Anny. Jej powojenne losy znajdą Państwo w publikacji pt. Życie serdeczne. Wspomnienia.

[Autorka wspomnień: Anna z Torosiewiczów Olszyńska (1925-2015) – filantrop, nauczycielka i działaczka społeczna o korzeniach ormiańsko-rosyjskich. Córka Kajetana Józefa Torosiewicza i Rosjanki Natalii Panow-Demidow. Mieszkała w rodzinnych Podlipcach pod Złoczowem, w czasie wojny we Lwowie, majątku Ścianka nad Zbruczem i Rabie Wyżnej. Jej starsza siostra Jadwiga została przez Sowietów wywieziona do Kazachstanu i ślad po niej zaginął. Po wojnie Anna pracowała w Urzędzie Gminy w Rabie. Dwa lata mieszkała we Wrocławiu, gdzie podjęła studia medyczne. Po powrocie do Raby założyła przedszkole i Punkt Opieki nad Matką i Dzieckiem. W 1951 roku wyszła za mąż za Andrzeja Olszyńskiego, z którym miała dwóch synów i córkę. Rodzina przeniosła się do Rabki, gdzie Anna poświęciła się pracy społecznej: trzy kadencje była radną, organizowała pomoc dla potrzebujących podczas stanu wojennego. Po 1989 roku współorganizowała Komitet Obywatelski w Rabce. Założyła w Rabce Dom Pomocy Społecznej dla 60 osób. Dla PKPS zorganizowała 262 transporty darów z Holandii – odzież, meble, wózki inwalidzkie, sprzęt rehabilitacyjny i medyczny, wyposażała kościoły – sprowadziła m.in. 148 organów. Była wielokrotnie odznaczana przez różne instytucje i osoby prywatne z całego województwa, m.in. otrzymała, w 2012 roku, tytuł „Honorowego Obywatela Miasta Rabka-Zdrój”. Działała na rzecz zachowania dziedzictwa ormiańskiej diaspory w Polsce. W 2008 roku wystąpiła w filmie Ormiańskie serce dla Polski. Abp Józef Teodorowicz 1864-1938 opowiadając o tym wybitnym lwowskim przywódcy kościoła ormiańskiego w Polsce, który był jej krewnym. W 2011 roku pomagała w przygotowaniu opracowania Rodziny Ormian w Polsce na starych fotografiach. Kalendarz 2011, a rok później ukazała się jej autobiograficzna książka Życie serdeczne. Wspomnienia.]

[Czy Drohojowscy byli spokrewnieni lub spowinowaceni z Torosiewiczami przez Reyów? Zob. Jan Drohojowski, Kronika Drohojowskich. Cz. 1, Kraków 1904.]

Materiały do genealogii podlipieckich Torosiewiczów (do uzupełnienia):

Anna (1925-2015, później po mężu Olszyńska) oraz Jadwiga (zmarła zesłana prawdopodobnie w Kazachstanie, ok. 1940/1941?) to córki Kajetana Józefa Torosiewicza i Natalii Pannow.

Rodzice Anny:

Kajetan Józef Torosiewicz (ur. 25.08.1884 Nahaczów powiat Jaworów /dane z odpisu aktu ślubu/ lub Hołowczyńce powiat Zaleszczyki /dane z książeczki wojskowej/, zm. 1960, syn Kajetana Torosiewicza i Jadwigi Malczyńskiej) i Natalia Pannow (ur. 22.09.1896 Otrada koło Carycyna, Rosja, zm. 1954, córka Gabriela/Daniela i Marii Dymidow/Demidow).

Ciocie i wujowie Anny (rodzeństwo Kajetana Józefa Torosiewicza):

Zofia zamężna Kostheim (mąż Stanisław zmarł zesłany w Kazachstanie, Zofia zmarła w Iranie po wydostaniu się z zesłania w Kazachstanie),

Maria zamężna de Laveaux (1898-1972 lub 1973),

Helena zamężna Gabryszewska (mąż Antoni, lekarz, mieli dwie córki).

Stanisław (1882-1947).

Dziadek i babcia Anny ze strony Torosiewiczów:

Kajetan Celestyn Torosiewicz (syn Kajetana i Józefy Skotnickiej) i Jadwiga Konstancja Malczyńska (jej mama była z Reyów?). (W Podlipcach ok. 1907 roku pod numerem 76 mieszkał u Ilka Horpyniuka jego wuj: Karol Malczyński, wdowiec obrządku łacińskiego urodzony 19.02.1835. Zmarł w Podlipcach i został pochowany przez greckokatolickiego parocha bez wiedzy parafii łacińskiej).

Siostry dziadka Anny – Kajetana Torosiewicza:

Albertyna zamężna Jasieńska,

Józefa zamężna Janicka, (Jan Rola Janicki ur. 1838 zm. Podlipce 1931 r., był chrzestnym Anny. Może to mąż Józefy?)

Celestyna Celina zamężna Romanowska herbu Boża Wola, (Hołowczyńce, parafia Touste, 15.04.1857 urodzenie i 2.06.1857 chrzest Celestyny Torosiewicz, córki Kajetana, dziedzica wsi Hołowczyńce, syna Augusta i Marii Romanowskiej, i Józefy Skotnickiej.  )

Sydonia zamężna Hohenberger

(Matką chrzestną Anny Torosiewicz – Olszyńskiej była Janina Ebenberger żona Adama)

Pradziadek i prababcia Anny ze strony Torosiewiczów:

Kajetan Torosiewicz (syn Augusta i Marii Romanowskiej) i Józefa Skotnicka/Kutnicka (córka Mikołaja i Heleny Dzierzanowskiej)

(Hołowczyńce, parafia Touste, 15.04.1857 urodzenie i 2.06.1857 chrzest Celestyny Torosiewicz, córki Kajetana, dziedzica wsi Hołowczyńce /syna Augusta i Marii Romanowskiej/ i Józefy Skotnickiej.)

(Hołowczyńce, parafia Touste, 10.10.1855 urodzenie Józefy Torosiewicz, córki Kajetana, dziedzica wsi Hołowczyńce /syna Augusta i Marii Romanowskiej/ i Józefy Kutnickiej)

Prapradziadek i praprababcia Anny ze strony Torosiewiczów:

August Torosiewicz i Maria Romanowska (Szczegóła – może 2 żona?)

Drzewo genealogiczne rodziny Olszyńskich / Torosiewiczów (autorka wspomnień po prawej stronie drzewa). Plik można pobrać lub wejść w obraz klikając w nazwę.

Z rodzinnego albumu Torosiewiczów. Osoby nieznane – krewni lub znajomi. Szukamy kontaktu z osobami, które rozpoznają postaci z tych zdjęć.

Cały materiał ilustracyjny znajdą Państwo tu: Olszyńska z Torosiewiczów Anna (1925-2015) Podlipce -> Raba Wyżna

W trakcie przygotowywania materiału skontaktowała się z nami mieszkająca w Złoczowie i Podlipcach Maria Melnyk. Jej dziadek ma 89 lat i jest najstarszym mieszkańcem wsi.

Widziałam mojego dziadka. Niestety niewiele wie o panu [z dworu], ponieważ mieszkał na drugim końcu wioski i był jeszcze młody. Wie, że ten pan był kulawy, był bardzo miły dla chłopów i dobrze opłacał ich pracę. Pan z Podlipiec karmił biedne dzieci, które mieszkały w jego pobliżu, był bardzo ludzki. O panu Romańskim [z sąsiedniej Łuki] wie tylko tyle, że nie był tak bogaty jak nasz i że również został wyprowadzony przez władze sowieckie. Jak powiedziała mi ciocia, ona przyjaźniła się z córką tego pana. Pewnego dnia ciocia ukradła jej lalkę. Pani przyszła do jej domu po lalkę, a mama chciała bić ciotkę, to pani tego zabroniła i jeszcze poczęstowała ją słodyczami.

[Według spisu dusz parafii Zazule-Kozaki Domańscy mieszkali pod numerem: Podlipce 174: Paweł Domański, łac., żona: Marya Wierzbicka, gr. Dzieci: 1. Józef, łac., 19 lat. 2. Eliasz, łac., 17 lat. W innym miejscu znajdujemy adnotację: Tu mieszkają także (Podlipce 75): Wilk Franciszka, z domu Puszkar, matka Szymona – wdowa po śp. Adamie Wilku † 14.04.1869, i po śp. Aleksandrze Dumańskim, łac., ur. Iwaczów 28.02.1835, I ślub 27.05.1855, II ślub 18.10.1869. Dumański Paweł, brat przyrodni Szymona, łac., ur. 30.01.1877, ślub 1902. Żona: Marya Werbicka. Dzieci: 1. Józef, ur. 11.04.1903, †. 2. Eliasz, 3 lata, †. Zob. Bogusław Mykietów, Status animarum: spis familij obrządku łacińskiego parafii Zazule-Kozaki 1905-1922 : Amrozy, Iwaczów, Kozaki, Kozakowa Góra, Łuka, Monastyrek, Obertasów, Podlipce, Trościaniec Mały, Zazule, Zielona Góra 2017.]

Materiał opracował (uwagi i uzupełnienia mile widziane) Bogusław Mykietów, Zielona Góra, aka@mykietow.pl

Materiał ilustracyjny, z wyjątkiem odrębnie opisanych fotografii, pochodzi ze zbiorów rodziny Olszyńskich (c). Kontakt z Krzysztofem Olszyńskim: k.olszynski@gmail.com.