Moi Pradziadkowie i Dziadkowie z Jazłowca na Kresach Wschodnich RP

Niniejsze opracowanie dedykuję mojej Prababci, Feliksie Marcinkowskiej z domu Hoffmann (1872-1940), która zmarła 12 lutego, oraz jej córce, a mojej Babci, Kazimierze Kuliczkowskiej (1901-1973) z domu Marcinkowskiej, która zmarła 25 lutego. Ich dusze polecam Miłosierdziu Bożemu.

W dniach 21-22 stycznia obchodzony był w Polsce Dzień Babci i Dzień Dziadka. W prasie, środkach masowego przekazu oraz na różnych portalach zauważyłem, że wiele osób dzieliło się wspomnieniami o pięknym i beztroskim dzieciństwie wraz ze słowami wdzięczności za doświadczenia m.in. ze swoich pobytów u dziadków. Podkreślano smaczne i tradycyjne posiłki, wspaniałe wypieki, grzybobrania, wyprawy na ryby, pobyty w ogrodach, sadach, na działkach oraz wspólne gry i zabawy. Niektórzy wspominali o poczuciu akceptacji, bezpieczeństwa, spokoju, zrozumienia i wszelkiego wsparcia ze strony swoich dziadków.

Osobiście, obok wyżej wymienionych doświadczeń wielu innych osób, dla mnie, wzrastając z dziadkami, prawdziwą wartość stanowiły również historie, opowiadania oraz ich wrażenia o własnych rodzicach, a moich Pradziadkach, z ich rodzinnego Jazłowca, w powiecie Buczacz, w województwie Tarnopol na Kresach Południowo-Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej (RP) w obecnej Ukrainie. Uważam się za szczęśliwca, ponieważ moi dziadkowie po mieczu, Kazimierz Kuliczkowski (1886/87-1957) i Kazimiera Kuliczkowska (1901-1973) z domu Marcinkowska, w których domu urodziłem się i z którymi wzrastałem, okazali się nie tylko wspaniałymi gawędziarzami i strażnikami rodzinnej historii poprzez umiejętne przekazywanie tradycji, obyczajów i zwyczajów, ale również bardzo cierpliwymi osobami, bez których informacji, nasze rodzinne drzewo genealogiczne, historia i pełnia dziedzictwa nie byłyby znane i nie mogłyby istnieć. Ich ciepło, cierpliwość, dar opowiadania, wygospodarowania wolnego czasu i wysiłku umysłowego sprawiły, że przed laty zanotowałem i zapamiętałem wiele informacji. Obecnie, wraz z moją Kuzynką, Ewą Agnieszką Śliwińską rodem z Pępic k. Brzegu, w części już opracowaliśmy, choć w dalszym ciągu nadal pracujemy nad jakże bogatą historią naszych rodów.

Moja Babcia, Kazimiera Kuliczkowska z domu Marcinkowska, była córką Feliksy Marcinkowskiej z domu Hoffmann. Jej mama, Feliksa, była córką Wenzela Wiaczesława Wacława Hoffmanna, który przybył na Kresy Południowo-Wschodnie z Berlina i Antoniny Hoffmann z domu Kamińskiej. Prababcia Feliksa urodziła się 26.07.1872 r. w rodzinie polsko-rusińsko-niemiecko-żydowskiej w Krzywołuce, w gminie Pauszówka, w powiecie Czortków, w późniejszym województwie Tarnopol, w prowincji Galicja, na Podolu, pod zaborem Austrii.

Mężem Feliksy był Jakub Marcinkowski (1864-1934), syn Antoniego i Justyny Tyszkowskiej z Jazłowca. Jakub był z pochodzenia Rusinem i wyznawcą Kościoła Greckokatolickiego, przynależącym wraz z rodziną do parafii pw. św. Mikołaja. Jakub miał siedmioro rodzeństwa, obecnie znane są tylko imiona jego brata Józefa i sióstr: Antoniny, Karoliny i Marceliny. Był człowiekiem łagodnego usposobienia, ciepłym, cierpliwym, dobrym, gościnnym, kochającym, poważnym, tzw. „mrówczo-pracowitym”, uczciwym, spokojnym, statecznym, szczerym i bardzo szanowanym przez najbliższą rodzinę i otoczenie. Jakub był bardzo lubiany przez swoje wnuczęta, które nawet zachowując się psotliwie lub niegrzecznie, nigdy go nie irytowały. Przeciwnie, chętnie je odwiedzał, zawsze przynosząc im różne łakocie, m.in.: cukierki, jabłka, orzechy. Jakub bardzo je kochał i wręcz nie mógł się nimi nacieszyć. Jakub Marcinkowski, podobnie jak inni Rusini w rodzinie, był średniego wzrostu, odznaczał się śniadą cerą, rumieńcami na policzkach i czarnymi włosami.

Mój Ojciec, Franciszek Kuliczkowski (1924-2014), podkreślał, że znani jemu Rusini bardzo cenili gościnność i rodzinność, jakże deficytowe wartości w dzisiejszej Polsce i wśród rodzin na całym świecie. „Marcinkowscy trudnili się uprawą ziemi i hodowlą bydła; byli ludźmi poważnymi, pracowitymi o spokojnym usposobieniu (…). Pamiętam jak kiedyś dziadzio mój Jakub Marcinkowski opowiadał, że Marcinkowscy należeli do Szlachty Zagrodowej i posiadali swój herb Gryfa i prawo używania pieczęci.” (Franciszek Kuliczkowski, „Pamiętnik-kronika”, Nowa Sól 2005, s. 9).Notyfikacje i wpisy w jazłowieckich księgach parafialnych oraz zapisy sądowe dotyczące Marcinkowskich jak również potwierdzenia weryfikacji ich statusu społecznego zawierają identyfikacje typu: „Nobility Nobilis status” i/lub „Agricola nobilis”. „Agricola nobilis” oznaczało w ówczesnej Galicji właściciela wsi lub dzierżawcę ze szlachty zagrodowej.

Mój Ojciec, gawędziarz, genealog, historyk, kronikarz rodzinny, wspominał, że brat Pradziadzia Jakuba – Józef Marcinkowski, zajmował się rolnictwem, będąc właścicielem dużego gospodarstwa. Kuzyn Jakuba Marcinkowskiego – Władysław Włodzimierz Marcinkowski był pułkownikiem w polskim wojsku w Krakowie. Drugi kuzyn Jakuba – Jan Marcinkowski był majorem w polskim wojsku, który stacjonował we Lwowie. Podkreślał, że tzw. służba mundurowa Marcinkowskich w policji, więziennictwie, wojsku oraz urzędach celnych RP pod zaborami i po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. była pewnym fenomenem. Ojciec określał wzrastającą potrzebę dobrej edukacji i nowe formy zatrudnienia wśród Marcinkowskich jako rodową ewolucję, której skutkiem było coraz mniejsze zainteresowanie pracą i zarządzaniem majątkami agrarnymi oraz hodowlą rogacizny.

Jakub Marcinkowski zawarł związek małżeński z Feliksą Hoffmann 18.11.1890 r. w Jazłowcu. Marcinkowscy zostali rodzicami sześciu córek: Marii (1891-1960), która była jedynym dzieckiem urodzonym w Krzywołuce; oraz: Antoniny (1893-1985), Michaliny (1895-1978), Kazimiery (1901-1973), Emilii (1904-1996) i Honoraty (1907-1984), urodzonych w Jazłowcu. Marcinkowscy byli właścicielami 7-ha gospodarstwa, sadu i ogrodu. Jakub brał czynny udział w I wojnie światowej, podczas działań wojennych został ranny – doświadczył postrzału w rękę, który spowodował częściowy niedowład lewej ręki.

Żona Jakuba, a moja Prababcia, Feliksa, była bardzo zdolną osobą i szybko przystosowywała się do zmiennych oraz często niekorzystnych warunków życia. Była kobietą ambitną, agresywną, bezpośrednią, dominującą, bezgranicznie oddaną swojej rodzinie, energiczną, obowiązkową, odpowiedzialną, odważną, optymistyczną, poważną, pracowitą, przedsiębiorczą, troskliwą i przebojową, jak na owe czasy. Feliksa była wszechstronnie uzdolniona, wymagająca i zaradna z ogromnym darem zarządzania. Wśród najbliższych znana była jako dusza towarzystwa nie tylko podczas rodzinnych zgrupowań, ale również w sąsiedztwie i wśród różnych grup wyznaniowych. Feliksa cieszyła się wysoką pozycją w jazłowieckiej gminie, mając jednak tak wiele zwolenników jak i krytyków. Franciszek K. twierdził, że Feliksa była przeciwna jakiejkolwiek skłonności do rodzinnej i społecznej degradacji kobiet oraz ich wykluczania z życia publicznego lub duchowego tak w kręgach chrześcijańskich, jak i judejskich. Ojciec podkreślał, że jego „Babcia Feliksa nigdy nie pozwoliłaby wykluczyć się z danego towarzystwa czy współpracy lub biernie obserwować złe traktowanie kobiet bez swojej interwencji” (wywiad z Franciszkiem Kuliczkowskim, Nowa Sól 2012 r.).

Urodziwszy sześć córek, Feliksa tradycyjnie i w stylu typowym dla galicyjsko-aszkenazyjskich matek, od najmłodszych lat uczyła swoje córki odpowiedzialności i zachowywania tradycji rodowych. Na Feliksie ciążył obowiązek wychowania dzieci, utrzymania domu i rodziny, bez przysługiwania jej żadnych honorów lub przywilejów z tytułu tych prac i obowiązków. Dom Marcinkowskich był skromny, ale zawsze czysty i wygodny, jak na owe czasy. Niepowtarzalna oraz unikatowa była w nim rola Feliksy w tworzeniu kresowej tożsamości córek oraz ciągłych próbach podnoszenia rangi i pozycji kobiety, a także statusu w środowisku pięciotysięcznego miasteczka Jazłowiec. Wszystkie córki aż do wyjścia za mąż, czy też wyjazdu z Jazłowca, były pod jej bezpośrednią jurysdykcją i opieką, gdzie otrzymywały instrukcje codziennego, rodzinnego i społecznego trybu życia, oraz możliwości na samorozwój. Feliksa buntowała się wobec istniejącej strukturze społecznej oraz zwalczała różne formy zacofania i zastoju. Pomimo tego, że była kobieta zapracowaną, zawsze manifestowała edukację, godność, honor, niezależność, prawidłowy system wartości, równouprawnienie i wyzwolenie kobiet. Mało znane są wszystkie reakcje oraz zachowanie jej męża Jakuba w ówczesnych czasach panującego silnego i męskiego typu męża, ojca, teścia i dziadzia. Niektóre osoby, z którymi miałem przywilej rozmawiać oraz przeprowadzić wywiady po obu stronach Atlantyku, potwierdzały, iż pomimo tego, że Feliksa była osobą postępową, a może i nawet radykalną kobietą, zdarzały się okoliczności, podczas których ulegała patriarchalnym tendencjom, głównie dla dobra swojej rodziny.

Pomimo tylu cech unikatowego charakteru Feliksy i innych galicyjskich kobiet-bohaterek, wiele kobiet w Jazłowcu na Kresach Wschodnich RP i nie tylko, pozostawało marginalizowanych, eksploatowanych, a nawet wykluczanych z danych środowisk, publicznego życia oraz możliwości osiągnięcia wyższego wykształcenia. Podkreślę, że Prababcia Feliksa wraz z rodziną żyła w wieloetnicznym, wielokulturowym oraz wielowyznaniowym, choć jednocześnie w skromnym rolniczo-miasteczkowym i tylko częściowo robotniczym środowisku; działo się to ponad 100 lat temu.

Feliksa Marcinkowska z domu Hoffmann zmarła w Jazłowcu 12.02.1940 r. Niektórzy twierdzą, że obok nigdy nie potwierdzonej cukrzycy, decydujący i bezpośredni wpływ na jej śmierć mógł mieć przeżywany przez Feliksę od kilku miesięcy dramat emocjonalny, związany z konsekwencjami sowieckiej agresji na Polskę, która dla jej rodziny swoje tragiczne apogeum osiągnęła 10.02.1940 r. – 2 dni przed śmiercią Feliksy. Dwanaście osób najbliższych jej sercu, czyli: córka Emilia Baczyńska z domu Marcinkowska z mężem i pięciorgiem dzieci, zięć Józef Baczyński – mąż córki Marii Baczyńskiej z domu Marcinkowskiej, oraz dwaj młodsi bracia: Leopold i Kajetan Hoffmannowie z rodzinami zostali w brutalny sposób i w nieludzkich warunkach deportowani w głąb Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR).

Jakub Marcinkowski do ostatnich lat życia pozostał gościnnym, kochającym, pogodnym, szczerym, pracowitym, spokojnym oraz troskliwym mężczyzną. Zaznaczę, że wszystkie moje zgromadzone i odpowiednio przeanalizowane dokumentacje potwierdzają przynależność Marcinkowskich do szlachty zagrodowej. Na postawie wieloletnich badań i analiz, ustaliłem, że „Gryf” tj. „pół-zwierzę” był herbem naszych Marcinkowskich: „W polu czerwonem Gryf biały, którego połowa przednia od głowy, orla z nosem zakrzywionemu, z językiem wywieszonem, ze dwiema szponami w górę wspiętymi, także z dwiema skrzydłami do lotu wyniesionemu, reprezentuje – druga połowa lwa z dwiema łapami, na których stoi, z ogonem z pod łap w górę zadartemi pokazuje i nogi jednak u niego przednie i nos żółty, twarz w lewą stronę tarczy skierowaną. Nad koroną pół także orla z trąbą, ale bez szpon” (Herbarz rodów szlacheckich Królestwa Polskiego, część II, Warszawa 1853; Bielski fol. 103, Paprocki w Gnieździe cnoty fol. 62; O herbach, fol. 62; Okólski t. 1, fol. 236; Klejnoty, Potocki, Kojałowicz).

Jakub Marcinkowski zmarł 27.11.1934 r. w Jazłowcu. Franciszek K. napisał w „Pamiętniku-kronice” na s. 19: „Dziadzio Jakub przeżył 72 lata. Oboje dziadkowie, Feliksa i Jakub, byli bardzo dobrymi dziadkami, niech odpoczywają w pokoju wiecznym”.

Na podstawie zgromadzonej dokumentacji zauważyłem, iż przodkowie Marcinkowscy chętnie wstępowali w związki małżeńskie, rodzinne i towarzyskie z innowiercami oraz przedstawicielami mniejszości narodowych i etnicznych. Przez swoje postępowanie i podejście do codziennego życia, przełamywali wiele stereotypów. Staram się przypominać sobie, że Marcinkowscy praktykowali m.in. ekumenizm, uznanie i wzajemny szacunek względem wszystkich bez żadnego wyjątku przez okres kilkuset lat, cnotę jakże bliską mojemu sercu i mojemu systemowi życiowych wartości.

Zauważamy, że struktura rodzin w Polsce oraz w wielu krajach świata doświadcza ewolucji i zmian. Jednocześnie potrzeba bycia razem, więzy osobiste, dzielenie się dziedzictwem, doświadczeniami, tradycjami i wartościami jest ogromnie ważne. Mądra i dojrzała miłość dziadków jest szczególną wartością nie tylko dla wnucząt, ale i dla seniorów. Piękne i dobre relacje międzypokoleniowe tworzą unikatową atmosferę w całej rodzinie, stwarzając wsparcie dla zajętych rodziców i służąc pomocą w procesie wzrastania i dojrzewania wnuków. Gotowość oraz skłonność dziadków do okazania pełnej akceptacji swoich wnuków jest ważnym wsparciem emocjonalnym i psychicznym. Same babcie i sami dziadkowie, którzy aktywnie uczestniczą w trudach wychowania wnuków, cieszą się odczuciem przydatności, zmniejszają możliwość ryzyka chorób, a nawet żyją dłużej. Eksperci podkreślają, że kontakt seniorów z dziećmi jest bodźcem do aktywności intelektualnej oraz wysiłku fizycznego, źródłem radości i satysfakcji.

Niektóre wykorzystane źródła:

Brown Kate, A Biography of No Place, London 2003.

Hann Chriss and Paul Robert Magocsi, Galicja – A Multicultured Land, Toronto 2005.

Kuliczkowski Czesław Antoni, Moje genealogiczne poszukiwania, Nazareth, PA 2020.

Kuliczkowski Franciszek, Pamiętnik-kronika, Nowa Sól 2005,

Zebrał i opracował Czesław Antoni Kuliczkowski, frczeslaw@aol.com

Nazareth, PA (USA), 12 lutego 2021 r.