Krótka historia o pewnym małym talizmanie, który może istotnie przynosi szczęście posiadaczowi?

Dedykuję tym, których nigdy nie poznałam,
albo znałam za krótko

Renata Orzech

Talizman szczęścia, moneta o nominale 1 halerza z 1910 roku, wybita w 80-tą rocznicę urodzin i zarazem 62-gą rocznicę panowania Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I.

Właściciel tego talizmanu, jak głosi napis na okutym kołnierzu mógł liczyć na szczęście przez cały rok, należało tylko chuchnąć, objechać palcem i dotknąć odpowiednich symboli.

Dokładnie ten talizman, będący obecnie w moim posiadaniu, przywiózł pradziadek Filip dla swojej żony Katarzyny, wracając po kilkuletniej tułaczce w 1919 roku z wojennej zawieruchy.

Jak go zdobył, nie wiem. Może kupił za lichy żołd, skuszony obietnicami jakiegoś handlarza, może znalazł, albo jeszcze gorzej, ukradł. Kto to wie? Faktem jest, że teraz mam go ja i chcę opisać ten krótki fragment jego historii, który przez chwilę splótł się z życiorysem mojego pradziadka.

W dzieciństwie często się nim bawiłam. Był najbrzydszym moim pieniążkiem z czarnym, szorstkim środkiem, ale nie wiedzieć czemu zawsze coś mnie do niego ciągnęło i zwykle był przy mnie blisko. Później zniknął mi z oczu na wiele lat, aż kiedyś, zupełnie nie tak dawno, odkryłam go na nowo na strychu, w szkatułce z zakurzonymi drobiazgami i bibelotami, których nikt już nie chce wystawić na półkę, czy komodę pomiędzy rodzinne zdjęcia, a wyrzucić przecież szkoda.

Szmat czasu minął, zapomniany talizman współcześnie prezentował się bardzo niepozornie, powiedziałabym, że jeszcze gorzej, niż go zapamiętałam. Pokryty patyną czasu i zaśniedziały, to tzw. grynszpan szlachetny – produkt korozji atmosferycznej miedzi i jej stopów w wilgotnym powietrzu, jak mówi wikipedia. Trochę go odczyściłam płynem jakiego zwykle używam do czyszczenia biżuterii i odzyskał nieco blask. Zapewne nie taki, jak przy nowości, ale jest nieźle.

Malutki pieniążek, który przeszedł z pradziadkiem cały szlak bojowy C.K. Armii podczas I Wojny Światowej, by na koniec móc go wygrzebać z wystrzępionej kieszeni sfatygowanego munduru i pokazać rodzinie po powrocie do domu.

Nie posiadam danych w jakiej formacji służył Filip, ale wiem na pewno, że uczestniczył w walkach na froncie włoskim. Pewnie dla historyków byłby to żaden problem prześledzić szlak bojowy C.K. poborowych mobilizowanych w Złoczowie i jeśli ktoś z czytających taką wiedzę posiada i się nią ze mną podzieli, to chętnie się zapoznam i poszerzę własne horyzonty.

Póki co jednak, nie będę zagłębiać się w te szczegóły, bo moją intencją wcale nie jest napisać książkę historyczną, lub choćby jakąś rozprawkę na poważny temat, chcę tylko przypomnieć sobie i jednocześnie przekazać innym mały fragment z dziejów rodzinnych, dotyczący mojego pradziadka Filipa M., jedynie tylko z niewielką i nieuchronną dawką historycznych faktów w tle.

Złoczów, Folwarki, Woroniaki i Strutyn to tereny od pokoleń związane z historią mojej rodziny

Filip M., mój pradziadek, syn leśniczego Jana M. i Marii z domu Dmytryszyn urodził się 23 maja 1878 roku w Strutyniu w rodzinie rzymskokatolickiej.

Akt ślubu rodziców Filipa z 15.10.1865 roku. Jan M. syn Teodora i Franciszki z domu Radomska oraz Maria córka Teodora Dmytryszyna i Franciszki z domu Wołyniec. Świadkami zaślubin byli Daniel Karbownik i Teodor Haryj (Hasyj?).

Metryka urodzin i chrztu Filipa. Bardzo dużo w niej błędów, być może dlatego, że rodzina nie była tutejsza, a przybyła na te tereny z Milatyna.Nad imieniem Filipa dopisana data jego śmierci. Obok fragment wpisu brata Filipa z poprawnymi danymi.

Nie wiem dokładnie kiedy, ale całkiem możliwe że właśnie 26.07.1904 roku Filip ożenił się z miejscową panną, Katarzyną z domu Dmytryszyn, córką Grzegorza. Ta data nie jest pewna, ponieważ nie posiadam aktu ślubu pradziadków. Z tego okresu online dostępne są tylko wpisy zapowiedzi z tej miejscowości, napisane bardzo koślawym, mało czytelnym pismem ruskim. Widoczne tam są terminy trzech zapowiedzi z czerwca 1904 r., natomiast datę ślubu tej pary wypatrzyłam w spisie parafian miejscowości Strutyn z 1913r.

Z historią rodziny Dmytryszynów ze Strutynia oraz okolicznościami urodzin żony Filipa Katarzyny Dmytryszyn, można się szerzej zapoznać z mojego wpisu O młynarzu…., do czego gorąco zachęcam.

Filip i Katarzyna, zaręczyny 1904 rok, Strutyn

Ze wspomnianego spisu parafian z 1913 roku wynika również, że pradziadkowie mieszkali w Strutynie w domu numer 103 i doczekali się czwórki potomstwa.

Najstarszym z rodzeństwa był syn Michał, którego smutną historię miłosną już wcześniej opisałam, kto jeszcze nie czytał zachęcam do odszukania tego tekstu, potem urodzili się kolejno Władysław i Antoni, mój dziadek i na koniec najmłodsza i jedyna córka Emilka, która jednak zmarła w dzieciństwie.

W takich spisach parafian, jak ten ze Strutynia, uwzględniano zwykle również i inne dane dotyczące mieszkańców, między innymi przynależność do danego kościoła, która generowała jednocześnie wyznanie grecko, bądź rzymskokatolickie, ewangelickie lub inne. Zwyczajowo na Kresach, gdzie ludność była wymieszana pod względem etnicznym i religijnym, córki na ogół przejmowały wyznanie i obrządek po swojej matce, zaś synowie po ojcu.

Doskonale to widać w poniższej tabelce. Katarzyna z rodu Dmytryszynów była wyznania greckokatolickiego i jej córka Emilia ma postawioną kreskę w tej samej rubryce co ona, trochę niżej. Inaczej się sprawa miała z Filipem i chłopcami. Im postawiono kreski w sąsiedniej rubryczce, dotyczącej obrządku rzymskokatolickiego.

Strona 110 ze spisu parafian Strutynia z 1913 roku z zapisem rodziny Filipa M. Numer domu 103 . Na dole dopisany jest syn Michał i jego żona Magdalena.

Nie posiadam danych, kiedy dokładnie pradziadek Filip został wcielony do C.K. Armii myślę, że miało to miejsce w 1914 lub 1915 roku. Tak, czy siak, nie był już wtedy najmłodszy, miał ok. 37 lat i pewnie dużym wysiłkiem były dla niego trudy działań wojennych, katorżnicze marsze, siedzenie w okopach jak mniemam przy zmiennej pogodzie, wyczerpujące zwłaszcza zimą. Do tego dochodziło liche umundurowanie i nie najlepsze wyżywienie oraz choroby dziesiątkujące żołnierzy.

Nie jest mi również wiadomo, czy Filip był ranny. Podejrzewam że tak. Najpewniej też podczas służby wojskowej chorował i to raczej nie raz, sądząc po jego złym stanie zdrowia po powrocie. Możliwe, że przebywał także w szpitalach polowych, a wtedy taki pobyt powinien zostać zarejestrowany. Nie dotarłam jednak, przynajmniej na razie, do odpowiednich dokumentów. Wiadomo za to bezsprzecznie, że po powrocie do domu był bardzo słaby, potem długo chorował, ale sił już nie odzyskał i do zdrowia nie wrócił. Zmarł 12.maja 1920 roku mając zaledwie 42 lata.

A talizman? Czy rzeczywiście przyniósł mu szczęście? Myślę że jednak tak i to takie, jakiego nie można przecenić, albo przeliczyć na żadne pieniądze. Fortuny nie zdobył, ale udało mu się przecież przeżyć. Dzielnie zniósł trudy wojny siedząc gdzieś tam daleko w tych odpychających, zawilgoconych okopach o głodzie i chłodzie, podczas mrozów i upałów, a świszczące nad głową kule szczęśliwie go omijały.

Na koniec, ostatnim wysiłkiem zdołał jeszcze wrócić do Strutynia, do domu, do żony i dzieci, a jak sądzę nie wszystkim poborowym ze Złoczowa, tak się powiodło. Szczątki wielu z nich zostały na zawsze rozsiane gdzieś tam po świecie, daleko od rodzinnego domu.

A mój pradziadek Filip, mimo ogólnego wycieńczenia i toczących go chorób, mógł przecież pobyć z rodziną jeszcze jakiś czas, pożegnać się z nimi, a po śmierci, jego szczątki zostały godnie pochowane i opłakane przez najbliższych w ziemi z której pochodził i w miejscu gdzie się urodził.

Prababka Katarzyna M. z domu Dmytryszyn. Po śmierci Filipa do końca życia chodziła w żałobie. Zdjęcie z ok. 1946 r. Miała wtedy około 70 lat.

Winnam jeszcze wyjaśnienie, jak ów talizman trafił w moje ręce. To bardzo proste. Po przesiedleniu, prababka Katarzyna zamieszkała razem ze swoim synem Antonim i jego rodziną. Po śmierci żony Antoniego Stefanii, mojej babci, pomagała mu w wychowaniu dzieci.

Stefania osierociła trzech synów i dopóki dziadek nie ożenił się po raz drugi, niespecjalnie potrafił ujarzmić chłopców. Za to Katarzyna nie miała z tym najmniejszego problemu. Była to kobieta postawna o groźnej ponoć posturze, do końca chodziła ubrana na czarno, w długiej, sięgającej ziemi spódnicy i miała duży posłuch w rodzinie. Trochę despotka, bardzo uparta, trzymała dzieci krótko. Mój tato i wujkowie do dzisiaj wspominają, jak mimo podeszłego już wieku, gdy na to zasłużyli, potrafiła ich dogonić i spuścić lanie.

Po śmierci Katarzyny, talizman wraz z wszystkimi jej rzeczami dostał się dziadkowi, a on jak myślę dla świętego spokoju, podarował go mnie największemu batiarowi w rodzinie.

„Baw się dziecko, baw, tylko nie dokazuj już tak więcej, dziadek tu sobie chwilę odpocznie”, zwykł mawiać, jak nieraz pod nieobecność rodziców musiał się mną zająć.

Takim to sposobem, spuścizna po pradziadku Filipie, mały niepozorny amulet, wybity podczas panowania Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I, dostał się w moje ręce i jest ze mną do dzisiaj i niechaj wierzy kto chce, jego moce nadal działają.

Czy ja mam dzięki niemu szczęście? No mam!

Dziadek Antoni, lata 80. XX w.


Niezapomnienie
 
Przecież wcale się nie znamy,
ani teraz, ani nigdy,
groby przodków nieodkryte, pozostaną w wyobraźni.

W świat daleki, niepoznany płyną myśli nasze ckliwe,
Wieniec z kwiatków polnych niosąc, upleciony w naszej jaźni.

Tam gdzie chłopak swej dziewczynie zimny całus ciągle daje.
Wzrokiem swoim martwym łapiąc niedostępne ziemskie raje.

Ziemia cudza was otula,
imion waszych pilnie strzeże,
pamięć o nich w szumie wiatru z liśćmi rzuca na rubieże.

Złote włosy strawił ogień, uleciały razem z duszą.
W lasach,  w dołach, pod drzewami,
leżą cicho, bo tak muszą.

Przecież wcale się nie znamy,
ani teraz, ani nigdy, groby wasze nieodkryte 
pozostaną miejscem kaźni.

Zapewne niektórych może denerwować, lub po prostu drażnić fakt, że zamiast nazwisk w moich tekstach, często używam literek M. i Z. oraz zamazuję częściowo metryki. Proszę mi jednak wybaczyć. Intencją moją jest jedynie ochrona prywatności najbliższej rodziny i zapewniam, że absolutnie nie jest to wynik jakiejś niechlubnej, bądź kryminalnej przeszłości moich przodków, jak mogliby niektórzy pomyśleć. Przynajmniej o żadnych takich incydentach nic mi nie wiadomo.

Tym samym liczę na wyrozumiałość i pozdrawiam wszystkich. Renata


Jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek oglądając moje zdjęcia i czytając historie pod nimi, dokona odkrycia i coś sobie przypomni, albo rozpozna którąś z widocznych tam osób, proszę o kontakt.

Renata Orzech

Adres do kontaktu: naciao@op.pl

Wszystkie moje wpisy znajdują się tu: Z kresowego albumu dziadka. Złoczów, Lwów, Jarosław…