Z. Czarnuch, Na zieloną Ukrainę wyprawa po zakopany dzwon. Część pierwsza.

Panie, historia z dzwonem, coś ją pan opisał w „Opowieści o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan”, jest wszystka zmyślona — usłyszałem w autobusie gdy zbliżaliśmy się do granicy z Ukrainą, a wędrujący kielich rozluźnił języki.

Rozwarłem ze zdziwienia oczy, bo napisałem to, o czym mi ludzie opowiadali: że gdy zapadły decyzje o wyjeździe na Zachód, pozdejmowano z kościoła i dzwonnicy wszystkie dzwony, z których największy postanowiono zakopać w wielkiej tajemnicy. Ołtarze, obrazy, figury, liturgiczne sprzęty, wszystko zapakowano do specjalnego wagonu. I tak dojechano na stację w Witnicy.

—  Gdzie by Sowieci dali wagon na takie rzeczy! Trzeba było wszystko po ludziach rozdać, jak po kilka rodzin stłoczyło się w odkrytych węglarkach. A dzwonów to my nie wieźli, ich już dawno w Kozakach nie było, oprócz tego zakopanego.

—  Jak to nie było dzwonów — zaoponowałem — a te wiszące na dzwonnicy w Pyrzanach, skąd się wzięły – tuż po waszym tam wyjeździe?

—  Myśli pan że Niemcy byli takie głupie, by dzwony ze swoich kościołów w Witnicy i Gorzowie, tu, na ich ziemiach zdejmować, a tam w Kozakach nam zostawić ?. Raz przyszedł sołtys Rudyński, Ukrainiec i powiada: „Niemcy dali nakaz wszystkie dzwony odstawić na stację do Złoczowa. Wtedy nasi powiadają : dawaj, największy schowamy, resztę odwieziemy”. I tak się stało. Rudyński nie wiedział, gdzie naszych czterech gospodarzy z Domeradzkim, który dzwon wiózł swym wozem, w nocy go zakopało. Tylko oni wiedzieli. Dziś nikt z nich już nie żyje. Tajemnicę przekazali synom. Teraz z dwójką tych synów jedziemy dzwon ten odkopać.

—  Nie powiedział mi pan jednak, skąd się wzięły dzwony w Pyrzanach — przypominam.

—  Jednego razu — było to gdzieś chyba na początku 1946 roku, a może wcześniej, ksiądz Krall, z którym tak jak pan opisał przyjechaliśmy tu do Pyrzan, gdzieś się dowiedział, że pod Krakowem w jakiejś hucie znajdują się dzwony, które tam Niemcy zwieźli i nie zdążyli przemienić w pociski. Pojechała tam nasza delegacja i żadnych dzwonów z Kozaków nie znalazła. Był dzwon z Podlipiec, które należały do naszej parafii, więc go razem z dwoma innymi przywieźli. Jest tam nawet napis: Podlipce.

—  Nieprawda — wtrąca jeden z przysłuchujących się rozmowie uczestników wycieczki. Ja wykonywałem konstrukcję dzwonnicy i zawieszałem dzwony. Nie ma na nich żadnych napisów.

I rozgorzał spór, który postanowiono rozstrzygnąć po powrocie do Pyrzan i obejrzeniu dzwonów.

Gdy dotarła do mnie wiadomość, że sołtys Józef Stojanowski, który tak pięknie kazał sobie wymalować panoramę wsi Kozaki na swym nowo wybudowanym domu w Pyrzanach, organizuje wycieczkę w swe rodzinne strony, nie mogłem się nie zgłosić jako jeden z trzydziestu paru kandydatów na tę wyprawę na ziemię złoczowską, skoro napisałem opowieść o ludności tych dwu wsi. Nadto kusiła mnie chęć porównania. Dwa tygodnie wcześniej podejmowaliśmy w Witnicy autokar Niemców, byłych mieszkańców tej miejscowości, z którymi od trzech lat utrzymujemy dobre kontakty. Jak nasz autokar, polskich ziomków, przyjmą ukraińscy mieszkańcy Kozaków?

Widok z Kozakowej Góry na kościół parafialny na Kozakach (2010 rok)

A o tym, że jedziemy odszukać ukryty dzwon, dowiedziałem się dopiero na granicy. Jak tajemnica, to tajemnica!

Po wyjeździe z Pyrzan zapiewajło wycieczki, Eugenia Stojanowska, zaintonowała „Serdeczna Matko”. Potem rozwiązał się repertuarowy worek pieśni polskich i ukraińskich. Śpiewano o stronach „gdzie moja chata, gdzie rodzinny dom” i o Hryciu by „ne hodył na weczernycu”. Wytworzył się rodzaj rywalizacji o przewodzenie. Jan Stojanowski z Białcza, zwany „Jańciem”, w odróżnieniu od Stojanowskiego Jana, zwanego „Jaśko”, popisywał się nie kończącym się repertuarem, zwłaszcza ukraińskim. Na jego dumkę o pastuszku odpowiada Stojanowska, a za nią chór pań, balladą o Podolance, która dla swego braciszka złowiła złotą rybkę. Jańco Stojanowski przechwala się że może śpiewać z Białcza do Lwowa i z powrotem, bo tyle zna różnych pieśni. Pod Krakowem żeński zapiewajło sugeruje: Zaśpiewajmy piosenkę, której nas nauczył ksiądz Krall.I popłynęła melodia o srebrnej wstędze Wisły, tam, gdzie Polanie spotkali się z góralami. Autobusowi patrioci czuwają, aby zachować proporcje narodowe w repertuarze i raz po raz słyszę: już dosyć ukraińskich, śpiewajcie po polsku!

Gdy jesienią 1945 roku z nadwarciańskiej wsi okolic Wielunia przybyłem z rodzicami do Witnicy, słychać było tu bardzo często, jak przybysze ze Wschodu rozmawiają ze sobą po „rusku”, jak to wtedy określano. Pytam mych towarzyszy podróży, jak to tam przed wojną na Kozakach bywało: W domu, między sąsiadami i z kolegami rozmawiało się po ukraińsku. W szkole i kościele po polsku.

Po przybyciu do Złoczowa uczestniczyliśmy w mszy św. w intencji wiernych parafii kozacko-pyrzańskiej, odprawianej w tamtejszym kościele rzymskokatolickim w języku polskim. Zauważyłem, jak kościelny umawia się z parafianami złoczowskimi w języku ukraińskim w sprawie niesienia baldachimu podczas procesji. Na bocznym ołtarzu widzę plik gazet kościelnych także w języku ukraińskim. Pytam o te sprawy proboszcza złoczowskiego, księdza Ludwika Marko i dr Marię Niemirowską, prezeskę tamtejszego oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Padają cyfry: 1200 wiernych przeważnie z podzłoczowskich wsi. Ponad połowa to Ukraińcy a wśród nich grekokatolicy. Tu w Złoczowie, jak i w około 10 parafiach w innych stronach zaistniał dość osobliwy splot okoliczności wyjaśniających ten problem. Otóż od 1945 roku był tu otwarty nieprzerwanie katolicki kościół. Ponieważ cerkwie grekokatolickie, jako ośrodki narodowej tożsamości tutejszych Ukraińców, były przez władze radzieckie pozamykane, wierni tego wyznania mogli swe potrzeby religijne zaspokajać tylko w kościele polskim. Dopiero teraz za demokracji — mówi ksiądz Marko — zwrócono im cerkwie i wielu przechodzi do nowej parafii unickiej. Tutaj nawet rodziny deklarujące się jako polskie mają kłopoty językowe. Przed rokiem przybyły tu z Krakowa trzy siostry sercanki, które mają za zadanie uczyć dzieci katechizmu i zarazem języka polskiego. Mieszkają w pokoiku nad zakrystią a wiec w kościele. Władze „nie widzą możliwości w najbliższym czasie a także w dalszej perspektywie” na znalezienie dla nich lokum w mieście.

Poprzednik księdza Marko od przedwojnia, ksiądz Jan Cieński, który zmarł w ubiegłym roku, cieszył, się tu niezwykłym mirem. Był uosobieniem kościoła cierpiącego. Skromnością życia, ograniczoną skalą potrzeb i gotowością służby wiernym a także ostatnią wolą: by nie stawiano mu nagrobka, a na usypanej mogile był tylko anonimowy krzyż, zasłużył sobie na rosnący wręcz kult. Już w roku 1967 został ksiądz Cieński doceniony przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, który go w wielkiej tajemnicy konsekrował na biskupa, w prywatnej kaplicy w Gnieźnie. Tajemnica była tak ścisła, że ksiądz Marko, który jest tu proboszczem od ośmiu lat, dowiedział się o tym dopiero w roku 1990.

Złoczów 2.11.2019 r. Grób biskupa Jana Cieńskiego. Trzy czerwone znicze od potomków mieszkańców wsi Kozaki i Łuka.

Naczytałem się w naszej prasie o narastającym konflikcie miedzy kościołem grekokatolickim a rzymskokatolickim na Ukrainie. Pytam o jego przejawy tu w Złoczowie. Słyszę w odpowiedzi, że jeśli można mówić o spięciach, to raczej na linii kościół prawosławny, a kościół grekokatolicki, jakie występują podczas starań o przejęcie nieczynnych dotąd cerkwi.

W dniu, w którym uczestniczyliśmy w nabożeństwie przyjechał „z pielgrzymką po Ziemi Lwowskiej” do Złoczowa chór kościelny ze Stalowej Woli. Jaśko Stojanowski dzielił się potem ze mną swymi wrażeniami: Gdy usłyszałem tu w kościele złoczowskim polskie pieśni – wstyd mówić staremu – coś we mnie pękło w środku i miałem kłopoty z patrzeniem. Gdy dwa tygodnie wcześniej zaprowadziłem takich samych starych ludzi, tylko z autobusu z niemiecką rejestracją, do witnickiego kościoła, gdzie zaśpiewali oni religijną pieśń w swym języku, także i oni mieli kłopoty z patrzeniem. Choć tu, w Złoczowie, wszystko jest tak jak było przed laty: kopia Madonny Sykstyńskiej nad ołtarzem i promieniujące oślepiającym blaskiem złoceń dopiero co odnowione tabernakulum oraz prześliczny nagrobek Zofii Heynówny z piękną zadumaną twarzą anioła.( Dziś -moj dopisek z roku 2020 – słynny znawca Kresów prof. Stanisław Nicieja widzi w nim Hypnosa – zasmucone uskrzydlone greckie bóstwo snu). Ogólnie kościół wymaga wielkich nakładów na restaurację barokowego wnętrza. Niemcy w Witnicy w swym dawnym kościele nie znaleźli jednak swego dawnego ołtarza, a także żadnego śladu wmurowanych tu niegdyś tablic z nazwiskami parafian poległych w wojnach, wszystko tu poza ławkami, witrażami w prezbiterium i organami nowe, piękne, dobrze utrzymane, ale już nie swojskie, dla nich obce.

1914, Złoczów, Nakładem Księgarni Józefa Landesberga w Złoczowie, 7187, 1914. Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i C.K. Starostwo. Karta wysłana ze Złoczowa 16.03.1916? roku. Stempel ramkowy cenzury wojskowej we Lwowie. Zbiory: Bogusław Mykietów, Zielona Góra.

Doktor Niemirowska opowiada o niezwykle trudnej sytuacji tutejszych Polaków w kontekście psychologiczno-patriotycznym. Czas rządów polskich określa się tu nie inaczej jak „za polskiej okupacji”. Odmawia się Polakom zasług w dziele wpływów kulturalnych. Wszystko, co dobre, jest zasługą Austriaków. Towarzystwo nie ma swej siedziby, choć skupia 82 członków. Czuję w głosie pani Niemirowskiej nuty żalu i rozgoryczenia. Później, gdy kupiłem sobie nowo wydany przewodnik po Złoczowie, znajduję w nim tony jakby łagodniejsze w ocenie spuścizny po polskich rządach. W Krakowie działa Towarzystwo Miłośników Złoczowa, które w tym roku zabiera na kolonie do Polski trzydziestkę tutejszych dzieci. To piękna akcja. Wydaje się że, gdy na ziemi złoczowskiej nie ma ani jednej polskiej szkoły czy klasy z polskim językiem nauczania, jest to dobra droga dla wspierania wysiłków tamtejszych działaczy polonijnych. Jest w Gorzowskiem sporo przybyszów z tych okolic. Czy nie powinni oni utworzyć tutejszego oddziału tego Towarzystwa? Może któreś z naszych miast podjęłoby próbę nawiązania w ramach akcji miast bliźniaczych kontaktów z władzami miasta Złoczowa, przez co być może udałoby się znaleźć lokum dla sióstr sercanek — nauczycielek języka polskiego a także złagodzić klimat panujący w mieście wobec Towarzystwa Kultury Polskiej?

Z księdzem Marko, z upoważnienia sołtysa Stojanowskiego z Pyrzan, umawiam się, że gdy dzwon się odnajdzie, to prosimy, aby został przekazany kościołowi w Kozakach i aby wydał stosowne zaświadczenie, które byłoby dowodem dla uczestników wyprawy, że dzwonu z Ukraińcami nie przepili. A po dzwon ruszamy następnego dnia.

Z. Czarnuch, Na zieloną Ukrainę wyprawa po zakopany dzwon. Część pierwsza. Ziemia Gorzowska 1993, nr 28 z 15.07.1993

Jutro druga część reportażu.