Saga(n) rodu Pełechów czyli opowieść rodzinna Jaśkowej Teresy. Część I

Przedstawiamy dziś opowieść unikatową – napisaną kresowym dialektem sagę rodziny Pełechów spod Złoczowa. W ich losach jak w soczewce ujrzymy wszystko co spotykało Polaków w XX wieku.

Emigracja za ocean i powrót. Walka o Niepodległą w Błękitnej Armii. Polowania w kresowych puszczach. Konspiracja akowska i walka z okupantami i banderowcami. Rajd partyzancki pod dowództwem generała Kowpaka. Żałoba po zawiadomieniu o śmierci syna w walce z Niemcami i radość po jego odnalezieniu. Uwięzienie na Łąckiego we Lwowie i katorga w Gross Rosen. Zesłanie na Syberię i cudowne ocalenie po błagalnym liście do samego Stalina. Gorycz wysiedlenia. To wszystko losy tylko jednej kresowej rodziny…

Proszę usiąść wygodnie i posłuchać Jaśkowej Teresy…

Trochu śmisznu, trochu strasznu, trochu po naszemu wspominam rodzinę, co to z kresów przyszła i za kresy poszła.
Miły Gościu, siądź przy saganie, a opowiem Tobie o Pełechach… same brechnie… jak to zwykle robię…

Jaśkowa Teresa

Zapytał mnie Pan Bogusław Mykietów, czy mogłabym napisać coś o moim rodzie do kroniki kresowej… Nie wyrywnie, w podskokach lecz po namyśle – odpowiedziałam, że to zrobię…

Masz babu harbuz!

Po jakiemu prosta (taż ni garbata) baba ze wsi Pyrzany ma napisać (taż ni pisarka) coś o swoich Przodkach – łatwiej by jej o zadkach…

Wszystkich Ich zamknąć w tabelce, a komu to si przyda? Du czegu?
Zamykać swojich bliskich – taż ni ma mowy – ja nie!
Wymyśliłam sobie, że opowiem bajkę – hast du gewidział?

Był sobi Dziad.

Grzegorz Pełech, co si urodził dawnu, dawnu temu – 26 stycznia 1878 roku w chałupi Szymona i Agrypiny z Baryłów, mówili ży od samegu urodzenia on był biały jak len. Ja jegu zapamiętała białegu jak mliko.

Była sobi Baba.

Tekla Stojanowska i ona tyż si urodziła dawnu, dawnu temu – 6 listopada 1882 roku tyż w chałupi, no już inkszych ludzi Sebastiana (Sobku jegu wołali) i Marii z Sawrasów. Zachodze w głowe, pu jakiemu to oni si pożenili…

Babcia była zy takich szlachciców co to si płotu trzymali – zagrodowe jich nazywali, a Dziadku był byz nazwiska, byz majątku – gołudupcy takich nazywali. No si zdarzyłu, Sobku wzioł za zięcia gołudupca, co to w majątku wniósł do domu rodzinnego Tekli pasiekę, krosna i strzelbę. Pobudował dziadku chałupinę w przyległej do Kozaków okolicy – lasek ją nazywali, a miejscowość była Trościaniec Mały. Podobno u Dziadków na stole zawdy stała syta, nie żeb si najeść du syta, a żeb si napić bo tak nazywali wodę z mniodem. Babcina syta była duże dobra, często ją pijałam. Wiem od pana Antoniego Pająka, że na tym stole stawiał dziadzio nektar – mniodówka jegu nazywał i lubiał to-to wąchać. Hodował pszczoły, tkał płótno i polował. Do posiadania ziemi nie przywiązywał żadnej wagi.

Za to babcia kupowała morgi – we krwi jich miała, zbierała zioła na likarstwa i witała na tym swieci ganc nowe dzieci – a jak jich chrzciła z wody to jim mówiła:

Witaj (Jasiu, Kasiu, Maryniu…) wśród ludzi, rośnij i idź swoją drogą, no pamiętaj nie idź za prędko bo dogonisz bidę, powoli tyż nie bo bida ciebi dogoni, idź tak, jak ludzi idą – a beńdzi tobi dobrze.

1952, około, 1. Stanisław Pełech, 2. Tekla Pełech z domu Stojanowska, 3. Grzegorz Pełech, 4. Jan Pełech. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Tak sobi żyli Dziad i Baba aż jakiś tam babciny wujku napisał żeb przyjeżdżali du niegu… Gdzie? Mówili du Hameryki. Podszykuwali manatki, kupili bilety na statek i bez wielgą wodę ruszyli z trójką dzieci w cudze strony. Płynęli i płynęli naobkołu no woda taj woda i coś si kapitanowi tegu statku drogi pomykicili bo wyszli na łąd w Brazylii, gdzie czekał na nich wujko. Przyjechali du niegu, on dał babci wielgi kawał lasu (tak śmisznu ten las nazywali – dżungla) i tam si dziadziu pobudował.

Jak już mnieli chałupinę, dziadziu napytał robotę. Caluteńki dzień szedł piszki bez dżunglę do miejsca gdzie szła budowa żelaznej koleji w kirunku San Paulo. Jak tam porobił chłopisko dwie niedziele, robił zakupy (kasze, mąka, cukier, sól, taj moży i jakiegu bombona dzieciskam), pakował jich du mieszka, mieszek na plecy i znowóż piszki hulał w kirunku swoji chaty. Na plecach wór, na ramieniu strzelba, a w reńce maczeta, którą sobi przecinał drogę. Tak sobi chodził parę roków, no czy to prawda…

Zawdy du domu wracał, aż jednegu razu małpam si ni spodobału, ży taki ktoś chodzi pu jich terytorium i zaczeli na niegu rzucać suchymi patykami. Dziadziu do nich krzyczał, oni du niegu aż jakiś wielgi małp zaczął dziadka święcić. Pu jakiemu? A pu takiemu – nasiusiał na niegu. Ta dzie nasiusiał – ten parszywy małp lał takim ciurkiem, jak z konewki. O niedoczekanie twoje – pomyślał chłopina. Zdjął pukawkę z ramienia i łup w małpa. Jak ten zaczoł wrzeszczeć, to nazbiegału si małp, jak na wesele i zaczeła si wojna chłopa z małpami.

Wybronił si jakoś, noc go zachapiła już jest chata, już, już. Pieska jegu niebieska na lewu wykręcona, taż to jakaś cudza chałupa, a na ganku tej chaty jakiś czarny czort macha reńką od siebi i krzyczy wama, wama wama. Obrócił si dziad za siebi idzi nazad, a tu naraz jakieś dwa czarne jak noc czorty chapneli go i si cieszą. Jeden wziął worek, drugi dziadzia za pudpaszki i du chaty. Joj! Joj! W tej chałupi same negry, nijakiegu białegu. Przyjeli dziadzia jak czekanegu gościa, nakarmili, przenocowali, a na drugi dzień du domu. Zabił negr kabana, pół na konia, na drugiegu konia dziadziu z workiem, a neger piszki pirszegu konia prowadził. Tak zaczeła si znajomość białych zy czarnymi. Byli oni fest bugaty – chcieli nawet kupić wujka Michała i wyhodować go sobi na pana, bo mówili, ży czarnoskóry tam ni ma prawa być panem. Michała nie pohandlowali, a z sąsiadami się zaprzyjaźnili.

Kiedyś byłu szedł sobi dziadziu byz dżungle du domu, a zy drzewa na niegu jakiś wielgi kot, ni kot prycha, parska i szykuji si na dziadka skoknąć. Pif i już kocur w odwrocie, zawinoł si nazad i na raz zawisnął na gałęzi, na ugoni i pac spadnoł na ziemie. Czy to prawda, czy brechnia nie wiem. Dziadziu mówił ży zastrzelił bizioła i chapnoł za niegu trochu dużu gilajzów. Ni ma na całym świeci nijakiegu bizoła, pewno dziadziu zabił ustatniegu… Czy to prawda, czy brechnia skąd mnie to wiedzieć?

Tak sobi żyli, aż jednegu razu pod poduszeczkom dziecka, w kołysce babcia znalazła hadziukę (żmiję) – joj wracamy si nazad du domu – jojkała babcia, ni ma mowy – te jojkania dziadku kwitował…

Naraz wrócił dziadziu zy ruboty i mówi: Tekla wracamy si du domu – ty rychtuj wszystku du drogi, a ja hulam za biletami. Zostawili tę Hamerykę, nie-Hamerykę i bez wielgą wodę nazad du domu płynęli, du Italji. Zy Italji babcia z dziećmi du domu w Trościańcu jechała zy swoim tatem, a dziadziu poszed sobi na wojaczkę du… chalera jak jemu byłu?…Wiem – du Hallera.

Tak opowiadali, a ja tak zapamiętałam. To jednakowoż nie może być prawda – to znowu brechnia w spisie hallerczyków dziadzia ni ma… Hm to w takim razie po co on sobi szedł na taki długi spacer aż pod Kijów… Nijak mnie to zrozumieć – ja nie ka pe wu. Wrócił du domu we fest fajnym ubranku, dorobił sobi resztę dzieci i żył jak mógł – polując, tkając i wiodąc dolę pasicznyka. Babcia – troszku zielarka, troszku akuszerka i troszku czarownica – odczyniała uroki, spalała różę, robiła jakieś likarstwa. Czy to może być prawda?… Ta dzie! Brechnia! Jedna wielga brechnia!

Jednakowoż miała babcia jakieś mazidło którym kleiła rodzinę. Wszystkich z Pełechów ciągnęła do kupy. Michał (1906), Hańka (1909), Jóźku (1910), Helka (różne źródła różnie mówią), Jaśku (1920) i Stach (1924). Michał i Hańka jednego dnia brali śluby – Michał z Marią Domarecką, a Hańka z Józefem Kłakiem. Pożenili się, pobudowali, poszli na swoje… Ciotce Hańce urodziła się Mania i Mila, wujkowi Michałowi Józio, Jasiu i Stefcia. Reszta Pełechów dorastała do żeniaczki… Życie toczyło się spokojnie. Polak z Rusinem (mój dziadek pochodził z Rusinów lecz wszystkie swoje dzieci chrzcił w kościele rzymsko-katolickim) byli sobie dobrymi sąsiadami.

Zdarzyłu si czort machnął chwostem…

Kończył się festyn w Kozakach… Jak grom z jasnego nieba – wojna! Ksiądz Michał Krall odprowadził kozaczańskich chłopakow, którzy otrzymali karty powołania na miejsce zbiorki, do Złoczowa.

Na wojenną nutę zaczęło się toczyć życie w Kozakach i w okolicy… Przyszli Niemcy. Kopalnia chodzi i zaczynają gdzieś spod ziemi pokazywać się banderowcy. Poszli Niemcy, przyszli moskale, bandera się rozrasta. Przyszli Niemcy w Kozakach zrobili getto, kopalnia chodzi, banderowcy pokazują się wszędzie. Jednej nocy od strony Huty Pieniackiej niebo czerwone. Spalili całą wioskę.

Kozaczanie pilnują swojego kochanego skrawka polskiej ziemi, cudzy nazywali Kozaki polskim gettem. W dzień i w nocy dookoła wioski stoją czujki. Od czujki do czujki idzie odcinkowy dowódca warty. Jednej nocy Jaśku Pełech dochodzi do czujki, gdzie wartowali Józek Jurcan i Michał Wilk – hasło… parol… Jakichś dwóch wartowników więcej. Kto oni? – To koledzy. Spokojnie Janek, to swoi, a tu od raz kolega mówi – postaw karabin pod drzewo i siadaj! Dwa kroki w stronę drzewa i chodu zygzakami z góry na dół do wioski, do swoich. Żadnego strzału, udało się. Czujka Józka i Michała zdjęta, a przez wioskę dwa bandery przępędzili pod brzuchami koni. Alarm!

Na trwogę z dzwonnicy kościelnej biją wszystkie dzwony, na samym skraju wsi stoi pusta chata, z której Żydzi gdzieś uciekli. Podpalić tę chatę oświetli drogę do wioski. Chata się pali. Ludzie walą do kościoła tam szukają schronienia w nieszczęściu. Idzie zatrata. W Złoczowie ors komendantem jest Sawicz, on pomoże lecz jak mu dać znać… Drogi odcięte. Przez debrę spróbuje przebić się Gostyński, dosiada karego konia, a ksiądz już jest, błogosławi go na drogę. Nadziejo Kozaków ruszaj z Bogiem. We wsi co rusz to strzały, to krzyki „budety horiły! Wyrubajimo usich lachiw!”

Tak minęło około trzy, cztery godziny aż dał się słyszeć narastający warkot silników, jakieś krzyki parole, parole parole. Niemcy samochodami pancernymi, czołgami wjechali do wsi niosąc ocalenie. Kopalnia dostaje karabiny żeby miała czym bronić się w razie potrzeby. Dowództwo AK dozbraja chłopców ze Strzelca. Radość, nadzieja. Przetrwamy. Zapłacił za to Sawicz. Z rozkazu Hitlera został powieszony we Lwowie, głową do dołu. Siedem dni wisiał, a nad nim tabliczka – tak kończą zdrajcy narodu niemieckiego. Komendancie Sawicz, wspomina o Tobie stara już baba ze wsi Pyrzany, by podziękować Tobie za uratowanie życia tym, z których wyszła i tym, wśród których rosła. Niezapomnianym! Kochanym! Kozaczanom!

1944, około, Kozaki, przed zagrodą Grzegorza Pełecha, 1. Jan Pełech 2. Stanisław Pełech 3. Wacław Czachórski 4. Józef Pełech 5. Trzaskalik? 6. Grzegorz Pełech. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Ano, wracam do Pełechów. Poszli Niemcy, przyszli Moskale. Złapali Stacha – wywieźli. Był w Peczorze, gdzie zrobili go rzeźnikiem reniferów. Krwi ubijanych zwierząt mógł pić ile chciał. Pił i, jak mówił, to go uratowało.

Jednego razu Jaśku (mój tato) wracał do domu, a tu jakieś obszarpańce, nie chcą go puścić. Popytali po rosyjsku, on im potłumaczył po polsku, za jakiś czas zaprowadzili do chaty. Tam zastał już lepiej ubranych, też ruskich. Okazało się, że zakwaterował się u Pełechów sztab partyzantki gen. Kołpaka (Kowpaka). Tato znał dobrze rozległy teren i umiał czytać mapy. Zechcieli go do razwiedki. Dostał pozwolenie ze sztabu AK, zapisywali go do partyzantki.

Iwan – dyktuje ruski swojej sekretarce.
Nie – mówi tato – Iwan to ty, ja Jan.
Piszi jemu Jan.

i poszedł tato, jak mówiła babcia, w partyzany.

W 44 roku, ruskie od Kowpaka, dali mojemu tatulowi, a on był w AK, fest fajną robotę. Zatrudnili Jana, nie Iwana, żeb jich pu tamtych ukulicach prowadził – dzie jaki most, dzie jaka polana. Poszed on sobie z tymi ruskimi turystami nad rzekę i chciał si skąpać, to wlaz du wody, a tu, odraz jak ni błysnełu, jak ni hrymnełu i kurwa most si wali. To on chciał na drugą stronę – a tu, jak zaczną kropić, zy jednej strony pypeszy, cykaemy, rykaemy – a z drugij jakiś maszyngiwery, a ud góry masterszmity… Taj si zrobił taki młyn, ży on si schował pod wodą… i tu znowuż francowaty zbieg ukuliczności…

Jakby tak tatulo, z tej wody ni pukazywał głowy, tob si wtopił, a jakby si wtopił, tob jegu ni wyciągnęli. No on nie chciał si wtopić i wystawił głowę, a jak no ją wystawił, tak go za nią chapnęli i wyciągnęli z tegu ukropu. On już taki szczeńśliwy był i do nich gada

Danke ja w Kozakach zostawił, co ona bidna tam robi… Ronczki całuji panam giermanam, śliczno dzieńkuje panam esmanam. Kape wu – Idę na rande wu.

A na masz tobi, znowuż zbieg ukuliczności…

Jakby giermańcy po polskiemu rozumieli, tob mojegu tatka, Jaśku jemu byłu, od raz puścili du chaty, ali oni cali, nic a nic jegu nie zrozumieli. I przyszed taki jeden – joj, joj, jaką on miał straszni cieńżką reńkę – tatku mnie opowiadali – szturknął tatka pu głowi, przyłożył du dupy maszyngiwera i zapędził du kupy partyzanów.

Jakby tak ten frycku du tej kupy tatka nie wpędził – tatku by nie móg dostać Krzyża Partyzanckiegu – a tak dostał… Nu jakby tak ten frycku, na ten przykład, był trener pływacki, tob móg mój tatku, odraz móg dostać karte pływacką, a tak ni dostał…

Jedźmy dalej.

W tej kupi, co to do niej tatku doszlusował – joj, joj – jegu turysty i czort wi kto – jakieś obszarpańce… Oni na mojego tata wybałuszyli oczy, jak na wariata, a on nogi za pas i śmignął w las.

Hast du gewidziała mamu? ja wariat – pomyślał.

Znalazł swojegu rowera, co jegu w lesie zostawił, skoknoł na niegu i co sił w nogach pedałuji na Kozaki – byłu jak stąd du Winnik… no… już był i niedaleczko… – zbieg ukoliczności…

A masz babu harbuz – Giermańcy!

Rozpędził rowera. – Cholery w bok – krzyknął. Z fasonem jich minął, a tu wo! Jak zaczni coś tarachkotać za jegu plecami, tak si on straszni nastraszył, ży hycnął z rowera i si du ziemi tak fest przytulił i tak fest si chciał pod nią zapaść… no si nie zapad…

Przyszed du niegu jakiś durnowaty narwaniec i drze mordę – Pan de Roch! Pan de Roch! – i po dupi karabinem biji.

Tak mój tatku zerwał si na swoje własne nogi i jemu gada – Tobi si pumykiciłu! Ty durnowaty pomidor! Ty mnie zy kimś poputał! Ja Jaśku! Ta ja Jaśku Pełech. Rozumisz frycku chulerski – krzyknął wkurwiony mój tatku.

Naraz zajichała ciężarówka i już tatku nie spamiętał co krzyczeli, no choć dobrze, że pukazywali na migi (tatku był taki miglanc, co w lot łapał język migowy).

To prawda – ni załapał języka, no za to załapał zy cztery kopniaki i w lot si znalazł na samuchodzi. Garbaty los mujegu tatka był… bo – jakby giermańcy znali teren tak jak on, tob jegu zawieżli du babcinej chałupy w Trościańcu Małym, a ży nie znali, to jegu zawieżli du zakonnic, du Lwowa. Odkryli plandekę i jakiś jedyn z krzykim du tatka:

Rau srau srau srau srau!
Ta dzie w samuchodzi? Nieee! Ta dzie w auci? No ja już na ostatnich nogach stojim – tatku tłumaczy.

Palcem i kopniakiem, żeb sobi palca ni zwichnąć, pukazał germański zakonnik tatkowi, dzie ma iść, a tam, joj! Ludzi procesja, jak na odpuści w Podkamieniu!

Daleku, zobaczył tatulu swojegu kompana (Władysława Stojanowskiego – Władzia), a ży on był troszku za daleczku, to tatku za nim troszku krzyknął:

Władziu! Jak moje bendom mnie kiedyś szukali, to jim powiedz, ży my si tutkaj wo, widzieli!

A tu od raz – jak si na niegu zwalili, całą bandą, jakieś lwowskie batiary, jak mu spuścili manto, to aż drańcie lecieli, aż poplątacji serca dostał i no sobi pumyślał – Mamuńciu złota, czegu ja taki bidny… – i si jemu urwał film.

Jak doszedł do siebi, to był cały zlany…

Potem mu jeszczy raz chlusnęli lodowatą wodą, po cyferblacie.

Łachy pod pachy i du lochu! – Pu drodzy zabrali tatulowi jegu papiery, troszku dupereli i jegu dumę – srebnegu, kieszonkowegu dzygarka marki Longines zy zamykanym cyferblatem, na fajnym srebnym łańcuszku, a dali mu du reńki jakąś szmatkę i w try miga, biegiem naprzód! Po drodzy głośno krzyczą – Rau srau, srau, srau! – No na to już nijakiej sposobności ni byłu.

W półmroczności wpad tatulu du jakiejś pieczary, a tamkaj już byli insze ludzi. Jedyn z nich, a on miał żółtą gwiazde, pospytuji si tatka – A ty z witki? Pytał jeszczy i za to, i za sio, a jak zobaczył opaskę, co tatkowi podarowali za dzygarek, co mu go zabrali, to tak powiedział. – Ty przeżyjesz, ja pójdę na piasek, na rozwałkę – i potłumaczył tatkowi, jak moży być, i co beńdzi… jak beńdzi, jak moży być… On, faktyczni, poszed na piasek, a tatulu trafił du sanatorji i to byłu jegu wielgie szczeńści.

Ta sanatoria si nazywała Kacet Wielgiej Róży, filia w Kamiennej Górze (jakby jaki londekznut?… abu Gross-Rosen filia Landeshut?…).

Tamkaj już byłu fest dobrze. – Dawali podjeść! – Trzydzieści deka czarnegu chleba byłu (fakt tatku mówił, ży komiśniak w najbidniejszyj chałupi był lepszy), rano i wieczór dwa razy po pół litra czarnej kawy i jedyn raz na dzień chochli zupy, co miała mieć tyż pół litra, a pół litra miała jak wynurzała si z kotła.

No byłu, jak byłu. – Fajni ni byłu… Raz – to nie brechnia, tak mnie tatku gadał – on był już muzułman. Kolegi zaprowadzili go du lazaretu (to chieba taki kościół), a tam zamiast komunii, dawali fenol… Ksiondz tam chodził w białym kitlu, całkim jak naszy dochtory, i on poznał si na tym, ży tatku nie beńdzi dobry muzułman i nie dał mu fenolu, a z wieczora wypchał tatka nazad na blok. Żeb si chłopina zy żalu na placu nie położył podprowadził go du sztuby ministrant zy tegu lazaretu.

Tak mój tatulo w tej sanatorji był i był.

Dwa razy tam zafasował po swetrze i po drugim kocu, no ni raz nie móg si wbić w ten sweter albu sobi pod dwama kocami nogi wyciągnąć. – Inspekcja Czerwonego Krzyża, jak wiater przelatywała przez bloki – tak jak wiater przelatywał przez ich ściany. Trzeba byłu oddawać sweter i koc i sobi dalej cierpliwie na nich czekać… i tak sobi cierpliwie tatulo czekał… a robił tam wy fabrycy łożysk tocznych.

Naraz słychać jakiś huk, to tu, to tam, coś, gdzieś fest hrymnęłu, a i masterszmity latali jak durne… Jednym rankiem cichu, nijakiej pobudki, nijakiegu apela…

Aj! Waj! – Ja by zapomniała! W kaceci mój tatku miał straszne szczeńści. Jegu kulega, co na niegu na apelu wypadłu pięć, wcisnął mu coś du reńki i mruknął – Niech on tobie Janku pomoże przeżyć. – Tatulu to-to zacisnął mocno w ręce, coś chrupnęłu, no nie wiada co – reńki nijak otworzyć – jak sparaliżowana. Jak si już wrócił nazad do bloku (na sztubę), otworzyła si jegu reńka, a wo, w niej był krzyżyk, cali nie maleńki, no jemu si ramienie złamału… i zbieg ukulicznoścji…

Jakby tatku nie dostał tegu krzyżyka ud kulegi, tob nie miał mnie co dać, jak ja szła du ślubu, no dostał i mnie jegu dał – duży, złoty, zy złamanym ramieniem. Ja jegu miałam i tyż dałam du ślubu tej mojej córcy, co na tatowym zostanie gospodarzyć.

Tegu krzyżyka, jak na cytadeli kwitneli moreli, ja nie jedyn, a dwa razy woziła du miasta, du majstrów, żeb go zrychtowali.

Jeden raz na niegu nie uważała, no w nim paradowała – ho, ho – co to ja takiegu ni mam. Jak ja jegu na sobi powieszała, to mnie byłu i radośnie, i cieńżku… Tatku na mnie tak nijak patrzył… Coś za czwartym mojim paradnym wyjściem, temu krzyżykowi odpukło ramię. Na drugi raz pojechała ja z nim du majstra. – Zrobił. Wszystkie oglądali – był jak nowy… Położyła ja jegu wy puzdereczku, na podusi z takiej fajnej, czerwonej materii, żeb sobi tamkaj leżał. Za jakiś czas zaglądam, czy mnie jegu chto nie dmuchnął? – Nie. Jest. – A! Wo! To co?! – Ramnienie si kupy już nie trzyma. – Ta czegu? – Czort go wi! Zy tamtegu czasu wiem, cały on nie chce być. Peńknął na życie mojemu tatkowi i mnie.

Dam jegu mojej Marzence. – Co on u niej beńdzi robił?… – Ja wiem… Ciężkie życie przed tobą kochana, żeb choć no ty si w nim nie zapotyrkała, bo odnaleźć się trudnowato.

No ja si zbiła z pantałyku, tak si swoim bogactwem pochwalić chciała. Wracam si du tatka!

Ta jak? Dzie ty tatku? – Aha! Jeszczy w kaceci…

Ni ma apela! – Ni ma apela? – Co? – Wojna si skończyła! – Ta dzie? A, dzie strażniki? – Pouciekali? – Joj! W kuchni – całe kotły brukwianej hulaj-zupki! Ni moży być! Du kuchni! Ali! Wo! – Kulegi, całą hurmą, pchają si du zupy, jedyn pu drugim lizi… Nijakiegu sposobu ni wymyśleć, żeb si, choć trochu najeść…

A tu, wo! – Ruski tank zajechał, na nim hurma ludzi… Wiwatują! Śmieją si! Radość! Krzyki! – Koniec wojny! Wy wolni! Swoboda! Niet giermańca!

Co to znaczy wolność tatku (widzę cię jak w tumanie i pytam mojej pamięci)?

Strach Terenia, strach! Strach się obglondnonć… Strach nogą pewniej ziemi dotknąć… Strach wyjść za druty… Nadzieja pcha do przodu! Kiszki marsza grają, jak cholera. Do swoich! Do swoich wracam, do domu! A na masz tobi babu placek! Sklep – pełniusieńki czekolady! Chulerski los – zamknienty… Joj, joj – jak tam zaliźć? Kumbinuji sobi bidny tatulu, a na masz tobi – idzi ruski zy karabinem.

Szto smotrisz, szokoład choczesz?

Da.

Tak zachadzi!

Zakryto.

Nu, jop jewo mać!– karabin z ramienia, kolbą brzęk w szybę – Pażałusta, adkryto!

Zalaz tatulo do tegu sklepu i pojad czekulady. Na całe życie mu starczyłu. Jak dostał pańskiej, dobrobytu choroby, ledwu na nogach stał, a i nie byłu jak stać, tak z niegu dułu. Mohoryczą si podreperował i to likarstwo lubił. Hajda, du swoich. To piszki, to rowerem, co go sobie znalazł, posuwał zy Kamiennej Góry w stronę domu. Jedzie rowerem bez jakiś most – stop ruskie, rower na samochód, siadaj ty nasz. Nie wsiadł, a na skrawku papieru oddartego z jakiegoś worka napisał: „Jak echo z podziemia odzywam się. Żyję! Czekam na Was – Janek”. Ruskie pojechali, a on… Dobił się do Łańcuta i tam w PURze (Państwowy Urząd Repatriacyjny) powiedzieli jemu, że całkiem niedaleczku mieszka Hania Czerniecka i Kuba (jeśli dobrze zapamiętałam) Mrówczyński. Trafił do nich i z nimi pomieszkiwał. Już byłu wiadome, ży nasze Kozaczany czekają na transport. Tak i oni czekali na ten transport.

Byłu kiedyś… siedzi Jaśku w sadzi, na ławce pod gruszą… z jakimś Hryniem. Naraz jakieś dwa zamorusane chłopy doskokneli do nich i od raz puspytywać zaczeli – Jak si nazywasz, skąd ty, kto ciebi uczył. Jak tato powiedział, że uczyła go siostra Maria Fechner – a to prawda? – spytali i jak jich przywjału, tak jich wywjału. Na drugi wieczór znowu przyszli zy połówką świni, co ją dali Hani, żeb tata doglądała (znowuż połówkę świni ktoś Pełechowi podrzucił, żeb szło mu jak po słonku…), a Hrynia zabrali ze sobą i tyle go widzieli. W pobliżu na Sanie był bród, tam co dnia tata ciągnęła jakaś cholerska siła. Jednegu razu stał na brzegu rzeki, a z drugiegu brzegu bez wode, z krzykiem – Jaśku! – jakieś dwa zapychają w jegu kirunku. – Joj! Taż to Jańcio (Stojanowski) i Michał (Pełech). Zwitali si strasznie serdeczni! Tutkaj wo, blisku, stoji jich transport. Poszli du Hani i już razem doszlusowali do swoich.

CDN.

Teresa Lesiuk, Pyrzany ok. 1969 r.

Autorka: Teresa Lesiuk z domu Pełech (ur. 1949) – córka Jana i Marii z domu Stojanowskiej. Mieszka w Pyrzanach, niewielkiej wsi w województwie lubuskim, której trzon stanowili repatrianci z okolic Złoczowa (głównie Kozaki z przysiółkami, Trościaniec Mały). Urodziła się na ziemiach odzyskanych, ale całe życie spędziła wśród Kresowian, dzięki czemu sprawnie posługuje się swoistą gwarą, której używali (choć w jej rodzinnym domu mówiło się zawsze czystą polszczyzną). Na przełomie lat 60. i 70. przez kilka lat mieszkała w Witnicy, pracując jako nauczycielka w miejscowej szkole podstawowej. Wróciła do Pyrzan, by wesprzeć rodziców w prowadzeniu gospodarstwa rolnego i osiadła w nich na stałe. Dziś emerytka – ciągle z ogromem energii. Jej wielką pasją jest badanie przeszłości przodków.

Kolekcja rodzinna dokumentów i fotografii Pełechów: Pełech Grzegorz syn Szymona (1875-1958) Trościaniec Mały Wapnica -> Pyrzany

One Reply to “Saga(n) rodu Pełechów czyli opowieść rodzinna Jaśkowej Teresy. Część I”

Możliwość komentowania jest wyłączona.