Zbigniew Czarnuch, Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan (16). Giną dawne obrzędy / O tym jak sołtys Stojanowski obie ziemie połączył / Smutki

Zbieramy chętnych na wyjazd na Kozaki – by zobaczyć okolice opisane w książce. Na zgłoszenia czekamy do końca stycznia 2020 r.: Bogusław Mykietów: aka@mykietow.pl

Nota wydawnicza wersji internetowej: Zbigniew Czarnuch,”Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan”, www.archiwumkresowe.pl 2020, Podstawą tekstu jest wydanie pierwsze z roku 1991, które zostało przez autora przejrzane, poprawione i uzupełnione. Tekst © Zbigniew Czarnuch 2020, ilustracje oznaczone znakiem wodnym © www.archiwumkresowe.pl . Dopiski (dop.): Bogusław Mykietów – w treści: BM. Uprasza się przy cytowaniu fragmentów, o podanie źródła jak wyżej.

Po zakończeniu cyklu umieścimy na naszej stronie, w zakładce ZAZULE KOZAKI KOŁO ZŁOCZOWA, WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE całą treść publikacji w jednym pliku, by można było tekst pobrać i wydrukować.

GINĄ DAWNE OBRZĘDY

Wspominając ziemię złoczowską dawni mieszkańcy Kozaków powiadają o swej wsi, że była ona „polskim gettem”, bo usytuowana w żywiole ukraińskiego otoczenia potrafiła zachować swe poczucie narodowej odrębności, duchową więź z Polską. Czynnikami decydującymi tej więzi były język oraz wyznanie. Wielowiekowe współżycie z innym kulturowo narodem nie mogło pozostać jednak bez śladów. Polska mniejszość narodowa zaczęła przejmować wzory zachowań obyczajowych panujące wśród Ukraińców.

1958 e, Pyrzany, pogrzeb Grzegorza Pełecha. 1. Jan Wilk 2. Czesław Hetman 3. Władysław Wojciechowski 4. Daniel Buszkiewicz 5. Ks. Michał Krall 6. Tytus Stojanowski 7. Jan Pańczyszyn? 8. Władysław Stojanowski 9. Tadeusz Kopyra 10. Eugeniusz Łyłyk. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Stojanowscy, Pełechowie, Czernieccy wspominają dziś z nutką nostalgii piękne obrzędy o rozbudowanym ceremoniale, otoczone różnymi magicznymi czynnościami, jakie towarzyszyły świętom kościelnym czy ważnym wydarzeniom w życiu człowieka, takim jak ślub czy pogrzeb. Były to inne obyczaje, niż te znane na ziemiach Wielko- czy Małopolski. Miejscem ich powstania była Ruś Halicka. Towarzyszące im zaklęcia, nazwy, pieśni, szeroko przyjęte wśród ludności polskiej, były wypowiadane często po ukraińsku (małorusku). Jeszcze w pierwszych latach pobytu na ziemi gorzowskiej wiele z tych zwyczajów było pielęgnowanych w poszczególnych domach, ale wkrótce zanikły. Obawa przed posądzeniem, iż nie jest się prawdziwym Polakiem, bo się kultywuje ukraińskie obyczaje, była zbyt silna. Pozostały we wspomnieniach. Opowiadając o tych zapomnianych obrzędach, dzisiejsi mieszkańcy Pyrzan, Białcza, Dzieduszyc ożywiają się, w oczach można dostrzec błyski podniecenia. Odnosi się wrażenie, jakby budziły się w nich uśpione tęsknoty za czymś pięknym, barwnym, z czym są tak mocno związani. Bo jakże nie tęsknić za taką na przykład wigilią.

1950, około, Pyrzany, Wigilia 1. Michał Stojanowski syn Andrzeja i Karoliny 3. Maria Stojanowska córka Karoliny i Andrzeja 4. Edward syn Andrzeja i Karoliny Stojanowskich 5. Andrzej Stojanowski 6. Józef Stojanowski syn Michała i Marii 7. Anna córka Andrzeja i Karoliny Stojanowskich 8. Karolina Stojanowska żona Andrzeja Zbiory Krystyny Borawskiej, Pyrzany.

Wiadomo, że bez kutii wigilia odbyć się nie mogła. Kutia była nie tylko jedną z potraw szczególnie wytęsknionych przez dzieci ze względu na jej delikatesowy charakter. Była to potrawa symboliczna, której przygotowaniu towarzyszyły praktyki magiczne. Biedak nie mógł sobie na nią pozwolić. Przyrządzana z nakładem dużych starań ze specjalnie przygotowanej pszenicy, miodu, maku, orzechów i innych zamorskich specjałów, symbolizowała dostatek, gospodarczą pomyślność. Dlatego podczas jej przygotowywania należało zastosować pewne praktyki. Potrawa ta ucierana była w makutrze (specjalna gliniana misa) tłuczkiem. Jeszcze przed jego wymyciem należało udać się do sadu w obecności drugiej osoby, aby dokonać obrzędu z podziałem na role. Dziecko lub inna osoba dzierżąca tłuczek miała za zadanie uderzać nim w pnie owocowych drzew, wraz z pokrzykiwaniem i wyzwiskami w rodzaju „a masz wstręciuchu, a masz”. Na to osoba druga, ktoś starszy – przeważnie ojciec, reagował krzykiem, karcąc złoczyńcę przyganą i pouczeniem, że drzew nie należy krzywdzić, bo ludziom są one przyjazne. W ten oto sposób jabłonie i śliwy, leszczyny i agrest mogły usłyszeć, jak gospodarz bierze je w obronę przed złymi ludźmi, za co winny one odpłacić przyszłorocznym urodzajem.

Po takim zabezpieczeniu się na przyszłość w obrębie sadu można było zasiadać do wigilijnego stołu, bacząc jednak, by przestrzegane były inne ważne czynności, od których zależała pomyślność w roku następnym. Ustawiony w kącie izby „dziad”, czyli snop uformowany z najpiękniejszych kłosów różnych zbóż, miał za zadanie uhonorować siły rządzące łanami owsa, żyta, pszenicy i jęczmienia, by zyskać ich przychylność w przyszłorocznych żniwach.

Na stole obok kutii następną symboliczną potrawą był knysz (pośny chleb) nadziewany cebulą z olejem. To był ten chleb powszedni, o który prosi się Ojca Niebieskiego w codziennym pacierzu. Z nim gospodarz chodził do obory, stajni i chlewu dzielić się z „gadziną”, co miało na celu zjednanie sobie czworonogów do pomyślnego współdziałania w kolejnym roku. Jak wiadomo, w noc wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale nie trzeba starać się, aby głos ten usłyszeć, bo nic z tego dobrego nie wyniknie. Jeden gospodarz podsłuchiwał i usłyszał, jak rozmawiały ze sobą dwa woły: „No to co – powiada pierwszy – po świętach wieziemy trumnę naszego gospodarza na cmentarz”. „Ano, już nas nie będzie okładał batem. Może następny okaże się dla nas lepszy” – odparł drugi.

W ten oto sposób gospodarz zabezpieczał się przed nieurodzajem i brakiem pomyślności w hodowli. Nie wyczerpywało to jednak innych zagrożeń. Pod stołem umieszczano siekierę. Postawienie na jej ostrzu gołej stopy zwiastowało posiadanie żelaznego zdrowia do następnej wigilii. Podłogę izby przykrywano grubą warstwą słomy, na której, dla nadania czarodziejskiej mocy, kładła się spać, ku wielkiej radości dzieciarni, cała rodzina. Ze słomy tej plecione będą powrósła. Najmłodsi z wyrostków, do obowiązku których należało pasienie bydła, pójdą do obory wiązać nimi szyje bydła w celu zabezpieczenia się przed wchodzeniem krów, byczków, jałówek w szkodę, co kończyło się batożeniem pastuszka. Inni szli z powrósłem do sadu, aby przewiązać nim te gałęzie drzew, które słabo rodziły owoce. Słoma podczas tej niezwykłej nocy nabierała jeszcze innych właściwości: chroniła przed pożarem. Wynoszono ją następnego dnia na podwórze lub za stodołę, gdzie spalano. Ogień bywał symbolicznie przenoszony poza zagrodę. I to była kolejna wielka frajda dla dzieci, które nie mogły doczekać się chwili palenia słomy. W niektórych okolicach spanie na słomie miało tylko symboliczny charakter i palenie słomy odbywało się tej samej nocy. Widok rozrzuconych wśród wzgórz dziesiątków ognisk palonych przed pasterką, pozostał w świadomości kozaczan jako jeden z najpiękniejszych.

Noc ta była też ważna dla panien na wydaniu, które mogły do pewnego stopnia zaspokoić swą ciekawość co do przyszłego męża. Wychodziły one po wieczerzy przed dom z kilkoma łyżkami w dłoniach, które wykorzystywane były jako grzechotki. Potrząsanie nimi miało na celu zbudzenie psów. Z której strony słychać będzie pierwsze szczekanie, z tej strony przybędzie kandydat na męża. Była to może informacja zbyt ogólna, ale jednak pozwalała przynajmniej zwrócić baczniejszą uwagę na jednych, a zbagatelizować tych, którzy przybywali nie z tej co trzeba strony.

No i jakże się dziwić owym błyskom w oczach kozaczan, gdy opowiadają o takiej wigilii. Kto przeżył w dzieciństwie te zwyczaje, ceremoniały, zaklęcia i wróżby, musiał być oczarowany siłą ich oddziaływania.

W wigilię 1990 roku w domu Stojanowskich w Białczu postanowiono odnowić dawny zwyczaj. W pokoju obok choinki ustawiono dziada. Może jeszcze wrócą także i inne?

Wesele to wielkie wydarzenie nie tylko w życiu jednostki zmieniającej stan, ale także i w społeczności wiejskiej. Przybędzie nowa rodzina, nowe gospodarstwo. Jak wszędzie, tak i tam, w ziemi złoczowskiej, obudowane ono było bogatym ceremoniałem obfitującym w formy teatralne, przepojone komizmem i smutkiem, zabawą i płaczem, podarkami i wykradaniem przedmiotów. Było syntezą tego co religijne, z tym, co świeckie, nowego z tym, co odwieczne.

1957 b, około, Pyrzany, wesele Marii Kłak. 1. Tadeusz Buszkiewicz 2. Michał Pełech 3. Maria Soja (z domu Kłak) 4. Maria Kłak 5. Ludwik ? (mąż Marii Kłak). Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Zaczynało się wszystko kilka tygodni wcześniej, gdy starosta w imieniu pana młodego, zwanego tutaj „kniaziem”, udawał się do rodziców panny młodej grając rolę kupca, który przybył, aby nabyć jałówkę. W zawoalowany sposób, posługując się przenośniami, następowało ugodzenie się stron co do posagu i innych warunków zaślubin. W ten sposób wieś dowiadywała się o tym, co wkrótce w postaci zapowiedzi zostanie odczytane z ambony. Sam ceremoniał wesela zaczynał się w piątek, kiedy to panna młoda z drużkami udawała się do lasu po barwinek, ozdobną roślinę, niezbędną do przystrojenia się na ślubie. Dziewczęta zabierały ze sobą kosz, a w nim dwie butelki wódki, knysz, nóż i obrus. W ten to piknikowy sposób panna młoda żegnała się ze swymi koleżankami. W tym czasie swachy w jej domu piekły osuchy (placki) i huski (bułki). W tym samym dniu w domu pana młodego odbywało się „winkopłetynnie”, czyli plecenie wianka. Starsze kobiety, swachy, zeszły się tu, aby upiec weselne ciasto zwane korowajem. Korowaj przyrządzano według specjalnej receptury. Ozdabiano go różyczkami, ptaszkami i innymi figurkami z wypiekanego ciasta. Wszystkie czynności przy pieczeniu owego ciasta były obśpiewywane przewidzianymi pieśniami. Gdy wstawiano już korowaj do pieca, śpiewano:

Korowajenko maśnyj

oj, wdajsia nam krasnyj

Na usi boku szyrokyj

a w horońku wysokyj

Jak młyńske kołeńko

jak jasne soneńko

jak budem dobuwaty

budemo picz rubaty

1958 a, Pyrzany. Wesele Janiny Amroz i Michała Kulczyka. 1. Tadeusz Kopyra 2. Józef Amroz 4. Raisa Amroz 5. Michał Amroz 6. Ks. Józef Kłak 7. Emilia Kłak 8. Janina Kopyra (z domu Czarnodolska) Michał Kłak 10. Grażyna Krawczyk (z domu Pełech)? 11. i 13. Kulczykowie (rodzice pana młodego) 14. Jan Kłak 15. Emilia Kłak (z domu Kłak) 16. Janina Kulczyk (z domu Amroz) 17. Michał Kulczyk 18 Jan Pełech s. Michała 19. Ludwika Tymrakiewicz 21. Zofia Amroz 22. Józef Kłak 23. Michał Pełech 24. Stanisław Cichoń 25. Krystyna Stopka (z domu Kowalczyk) 26. Ewa Nitecka (z domu Pełech) 27 Dojlida? 28. Helena Kowalczyk (z domu Pełech) 29. Franciszek Amroz 30. Adam Kowalczyk? 31. Józef Pełech 33. Marta Kopyra? 35. Karolina Cichoń (z domu Kowalczyk) 36 Genowefa Pełech (z domu Cwolińska) 37. Rozalia Stojanowska? 38 Zofia Machowska (z domu Głowiak)? 39. Maria Kłak? 40. Maria Pełech (z domu Domarecka) 41. Tekla Wilk 42. Anna Kłak (z domu Pełech) 44. Tadeusz Buszkiewicz 46. Maria Tymrakiewicz 48 Józef Pełech 49. Maria Kłak 51. Stefania Pestrowicz (z domu Pełech) 54. Stanisław Karol Kłak 56. Bronisław Wojciechowski. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Ten korowaj będzie ozdobiony wieńcem. I na tę to uroczystość plecenia owego wieńca zbierali się koledzy pana młodego, aby pożegnać go jako kawalera. Gdy kobiety wypiekały korowaj, oni udawali się do lasu w poszukiwaniu „rićki”, czyli gałązki o trzech lub pięciu odnogach, a także liści na wieniec. Rićkę ozdabiano barwinkiem, owsem, kaliną, a na zwieńczeniu trzema jabłkami i wstawiano jako ozdobę w środek korowaja. Gdy rićka znalazła się w korowaju, chłopcy wystawiali straże, aby czasem jakiś śmiałek z sąsiedniej wsi nie zechciał się podkraść i rićki zabrać. Oznaczałoby to bowiem, że dziewczyny z tej wsi będą wychodziły za chłopaków tamtej miejscowości, gdzie rićka się znajdzie. Do tego oczywiście dopuścić nie można było, bo dyshonor na tutejszych kawalerów spadłby sromotny i śmiano by się z nich za lasami, za górami.

1960 f, około, Pyrzany, wesele Stefanii Kłak i Bronisława Wojtuściszyna. 1. Michał Czarnecki 3. Julia Król 5. Emilia Kłak (z domu Kłak) 6. Emilia Wilk. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

Podczas trwania uroczystości weselnej korowaj był ważnym elementem przyszłego posagu dziewczyny. Przy akompaniamencie pieśni składającej się z wielu zwrotek zaczynała się swoista licytacja weselnych gości w wykupowaniu porcji korowaja. Gospodarze podchodzili do stołu kładąc banknot na położony obok korowaja talerz, a drużba wręczał im kawałek ukrojonego ciasta i kieliszek wódki . Jeżeli ktoś pieniędzy nie złożył, narażał się na szyderstwo w postaci pieśni:

Wypił, wypił

nic nie zostawił

bodaj go, bodaj go,

Bóg błogosławił.

Ceremoniał z wykupywaniem korowaja praktykowano jeszcze w końcu lat pięćdziesiątych. Zebrany fundusz powiększał wiano panny młodej. Gdy korowaj został przez gości wykupiony, młodzi wyrzucali wianek na dach. Odczytywano później z niego wróżby odnoszące się do odpowiedzi na pytanie, kto wcześniej umrze: on czy ona. Zależało to od tego, z której strony liście wianka będą żółknąć wcześniej: z prawej czy z lewej.

W sobotę przed południem młodzi udawali się do kościoła, aby się wyspowiadać, a po obiedzie pan młody na koniu w otoczeniu drużbów i muzykantów jeździł od domu do domu z zaproszeniem na wesele. Wieczorem zaś grupa drużbów zwanych bojarami w imieniu pana młodego udawała się do domu jego przyszłej żony z darami. Odwiedzinom tym towarzyszył ceremoniał polegający na tym, że zgromadzone tu druhny wraz z rodziną młodej improwizowały blokadę drzwi i okien, nie pozwalając na wejście bojarów do domu. Ci zaś, aby wywiązać się z zadania, przemieniali się w wojsko lub urzędników cesarskich, w imieniu których włamywali się przemocą do domu. Wśród radości, przekomarzań i przepychanek wszystko skończyło się przyjęciem darów i poczęstunkiem z wódką.

1960, 21 czerwiec, Pyrzany (w tle kościół ewangelicki?), wesele Emilii Kłak (c. Józefa i Anny z domu Pełech) i Stanisława Kłaka (s. Stanisława i Anny z domu Farian). W tle widać stary kościół. 1. Michał Kłak 2. Maria Kłak 3. Emil Wilk 4. Emilia Kłak (z domu Kłak) 5. Jan Pełech s. Michała 6. Bronisław Wojtuściszyn. Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

W niedzielę młodzi jechali do kościoła na zaślubiny: on na koniu wśród drużbów, ona na wozie wśród druhenek, z rozpuszczonymi włosami (bardzo ważne, bo od tego zależało, czy będą rodzić się zdrowe i liczne dzieci!). W drodze powrotnej zatrzymywano się na krótko w karczmie na poczęstunku, a następnie zjeżdżano do domu młodej na wieczerzę. Tu trwały tańce i ucztowano przez wiele godzin, aby następnie opuścić ten dom i udać się na „pierogi ze śmietaną” do domu pana młodego, gdzie odbywała się druga część uroczystości.

Podczas tych przenosin trzeba było uważać, bo goście w trosce o wiano dla młodych znosili różne przedmioty i meble podkradane z rodzicielskiego domu młodego czy młodej do domu, w którym mieli oni zamieszkać. Zwyczaj ten bywał powodem wielu zadrażnień między dawnymi właścicielami tych sprzętów a parą nowożeńców, choć kradzież uświęcona była obyczajem.

1953 b, około, Pyrzany, wesele Ireny Fabiańskiej (c. Franciszka i Anieli) i Edwarda Stręciwilka. 2. Grzegorz Pełech 4. Maria Stanna 5. Antoni Stanny? 6. Zofia Stanna 8. Tekla Pełech (z domu Stojanowska) 9. Antoni Łukaszewski 10. Aniela Łukaszewska (z domu Stojanowska) 11. Genowefa Pełech (z domu Cwolińska) 12. Zofia Machowska (z domu Głowiak) 15 i 18. Państwo Ciemni (kowal z Białcza) 16. Katarzyna Idczak 20 i 21. Państwo Stręciwilkowie, rodzice pana młodego 28. Irena Stręciwilk (z domu Fabiańska) 29. Edward Stręciwilk 36. Aniela Fabiańska (z domu Stanna) 37. Franciszek Fabiański 45. Maria Pełech (z domu Stojanowska) 56. Teresa Lesiuk (z domu Pełech). Zbiory Teresy Lesiuk z Pyrzan.

W Pyrzanach początkowo wesela odbywały się starym zwyczajem w dwu domach, podawano pierogi, a goście weselni przed weselem znosili mięso, wędliny, ciasto, wódkę. Z biegiem lat sposób obchodzenia tego święta uległ przemianom. Szkoda! Może jakaś para młodych zechce przełamać modę i nawiązać do starej tradycji?

Każda dawna wieś miała swe biesy, lokalne diabły, duchy pokutujących grzeszników. Jakże mogło być inaczej w Kozakach, Trościańcu, Łuce, na Amrozach? Przed dramatycznym wyborem: pozostać czy wyjechać stanęli nie tylko ludzie. Także i mieszkańcy zaświatów musieli przeżyć tę rozterkę, skoro tu nad Wartą, w Pyrzanach, ktoś zobaczył na dębie koło Machowskiego o szarej godzinie białego konia, tego samego, co to stawał dęba w wąwozie drogi do Złoczowa, nie pozwalając na dalszą nocną jazdę. Didko – diabeł był to bo któż by inny? Albo ta zjawa, co to na dachu opuszczonego domu przy drodze do dworca w Nowinach nocami straszyła, czyż nie przypominała tamtej z Kozaków? Domu przez długi czas nikt nie chciał zajmować, aż kiedyś sprowadzili się tutaj Cyganie i ducha przepędzili. Ci, którzy to widzieli, niechętnie o tym mówią, bo to i tak nikt nie uwierzy. Cóż więc pozostało duchom, jak nie wrócić w Woroniaki? Sądząc po braku o nich późniejszych opowieści tak się stać musiało. Ale gdy w okolicy osiedli ludzie z Rychcic i Drohobycza, to przyjechał z nimi także ich duch bagien i rozstajnych dróg zwany Błędem. Ukazywał się pod postacią bagiennego ognika. Nie jeden był tu przez niego w czas gęstych tutejszych nadrzecznych mgieł wyprowadzony w trzciny i mokradła, ale po modlitwie udawało im się dotrzeć do domu. Ostatnio także i o Błędzie ludzie o niego pytani nie chcą gadać, by za ciemnotę nie uchodzić. Ale swoje wiedzą!

W tych zachowanych do dziś szczątkach dawnego świata wierzeń przepełnionych magią i powiązaniami ludzi z tajemniczymi siłami, dysponującymi mocą sprawczą, zachowały się relikty światopoglądu ludów zamieszkujących dawną Ruś Halicką, Hałyczynę. Ileż w opisanym obyczaju wigilii pozostałości dawnego święta najkrótszego dnia i najdłuższej nocy, kiedy to dokonywano rozliczeń roku minionego i czyniono starania mające na celu pozyskanie sił przyrody do współpracy w roku nadchodzącym. Nic dziwnego, bo chrześcijaństwo miało tu sporo trudności. W miejscowości Podkamień, w której partyzanci złoczowscy przekazywali radzieckim dowódcom meldunki akowskiego wywiadu dotyczące rozmieszczenia niemieckich wojsk, aż do XVII wieku na wzgórzu Baba przetrwały tradycje kultowe związane ze świętym gajem.

Przemianami obyczajowości mieszkańców Pyrzan zainteresował się badacz tych zjawisk, profesor Józef Burszta i jego współpracownik, dziś także profesor, Zbigniew Jasiewicz. W latach 1964–1972 podczas wakacji pojawiali się tu studenci etnografii Uniwersytetu Poznańskiego, aby przeprowadzać badania terenowe. Wyniki tych poszukiwań zostały zawarte częściowo w pracy prof. Zbigniewa Jasiewicza, zatytułowanej „Rodzina wiejska na Ziemi Lubuskiej”. Dowiadujemy się z niej o tym, jak to jeszcze w latach sześćdziesiątych praktykowano tutaj zwyczaj kiszenia sera w beczkach, a mięso zaprawiano „ropą” – jak nazywano wodę z solą. W domach podczas posiłków matka musiała starszym kroić chleb w pajdy (kliny), ale młodsi z biegiem lat domagali się już sznytek. Zwyczaj krojenia chleba w pajdy powodował, że zastane tu w Nowej Marchii maszynki do krajania chleba w sznytki były wyrzucane jako nieużyteczne. Do szkoły dawano dzieciom chleb z kawałkiem słoniny i ząbkami czosnku, co do dziś pozostało ulubionym przysmakiem dziadków. Aniela Buczyńska i teraz tęskni za knyszem, czyli chlebem własnego wypieku, przyozdobionym wzorem uformowanym palcami, w środku którego tkwiła cebula polana olejem. W latach, w których przeprowadzano badania, zanikał zwyczaj przyrządzania potraw z mąki kukurydzianej: mamałygi i kuleszy, bowiem jak powiadano, kukurydza, która tutaj rośnie, nie ma tego smaku.

W Kozakach i także w Pyrzanach w pierwszych powojennych latach do prania nie używano proszku kupowanego w sklepach. Posługiwano się w tym celu ługiem. Popiół z brzozowego lub bukowego drewna wkładano do woreczka wrzucanego wraz z brudną bielizną do beczki z wmontowanymi nogami, zwanej zolnicą. Zalewano to wodą, do której wkładało się rozgrzane kamienie. Brudy w ten sposób się wygotowywały.

Te i tym podobne ciekawostki z życia mieszkańców Pyrzan i innych wsi ziem zachodnich znajdzie czytelnik we wspomnianej książce. Warto do niej sięgnąć, bo dzisiaj życie w Pyrzanach jest już zupełnie inne.

O TYM JAK SOŁTYS STOJANOWSKI OBIE WSIE POŁĄCZYŁ

Marzeń o powrocie do Kozaków już nie ma. Starsi tylko tęsknią do górzystego krajobrazu, prawdziwych zim, lasów pełnych obficie owocującej leszczyny, sadów dających tyle rodzajów owoców! Nie ma zresztą do czego wracać. Miejscowość, która nosiła niegdyś nazwę Kozaki, jest w ruinie. Kopalnia przestała istnieć. W planie perspektywicznym tamtejszej gminy skazana jest na wymarcie. Pozostawione przez nich zagrody zajęte przez Bojków wysiedlonych z Bieszczadów niszczeją (większość przesiedlonych na Kozaki pochodzi nie z Bieszczad ale ze wsi Korytniki koło Przemyśla– dop. BM). Ludność przenosi się do miast. Na obrzeżach wsi rozmieściło się osiedle dacz – letniskowych domków zamożniejszych ludzi z miasta.

Kontakty mieszkańców Pyrzan z krainą dzieciństwa są jednak bardzo ożywione. W sąsiednich przysiółkach i wsiach pozostało wielu krewnych. Bywa, że dawni wrogowie na śmierć i życie dziś witają się serdecznie. Pozostali tu Polacy w dużym stopniu ulegli ukrainizacji czy rusyfikacji. Młodzi mieszkańcy Pyrzan nie chcą tam wracać. Tu jest ich ojczyzna.

Jak tu jednak znaleźć gdy trzeba tu w nowej ziemi zapuścić korzenie, a jednocześnie własnych oczach nie wyglądać na zdrajcę, który się wyparł tamtego ojcowego dziedzictwa? Salomonowe rozwiązanie znalazł sołtys Józef Stojanowski, którego poznaliśmy jako harcerza-pastuszka wypatrującego, czy czasem nie idą Niemcy lub banderowcy i uczącego się wierszy i piosenek na akademię w dniu wyzwolenia. Otóż po odwiedzinach w swej rodzinnej wsi przywiózł fotografię, przedstawiającą jej panoramę z kościołem, szkołą, domem ludowym, kopalnią, zabudowaniami. Wymarzył bowiem sobie, że na okazałym budynku mieszkalnym, jaki sobie wybudował, wymaluje wieś Kozaki. I tak też się stało. Marzenie urzeczywistnił utalentowany plastycznie krewny z Wieprzyc, Bronisław Iśków. Kozaki połączyły się z Pyrzanami. Konflikt sumienia został rozstrzygnięty. Obie ziemie, złoczowska i gorzowska, odtąd powinny żyć w przyjaźni.

Czarnuch Z. Dwie ziemie mieszkańców Pyrzan Ilustracje (9)

SMUTKI

Dwa wielkie smutki nękają serca dzisiejszych mieszkańców Pyrzan. Pierwszy, to zmienianie się niegdyś uprawnych pól w ugory. Wieś otaczają tereny przypominające step. Znikają rolnicy, których zagrody ich zamieszkałe w miastach dzieci zamieniają w swe wypoczynkowe dacze. Smutek drugi dotyczy przyszłości parafii założonej przez arcybiskupa Hryniewieckiego i tak umiłowanej przez księdza Kralla. Wraz z cegłami rozebranego kościoła duch przedsiębiorczości przeniósł się do Nowin Wielkich. Ta wieś ma przed sobą przyszłość. Tu istnieje kościół z prawdziwego zdarzenia, a nie jak ich urządzony w tanecznej sali gospody. Kilka lat temu odpadły od pyrzańskiej parafii wsie, w których zamieszkali dawni mieszkańcy Zazul: Białcz (20 rodzin) i Dzieduszyce (3 rodziny). Parafia Pyrzany obejmuje dziś Nowiny Wielkie, Świerkocin, Boguszyniec i Białczyk. Z niepokojem czeka się na przeniesienie siedziby parafii do Nowin Wielkich. Przed księdzem proboszczem Edwardem Krzyśko i kurią biskupią stoi nie lata problem: iść z duchem czasu i liczyć się z realnymi potrzebami parafii, czy uszanować uczucia i resztki nadziei dawnych parafian z Kozaków. Dla nich wizja przeniesienia parafii jest źródłem smutku najdotkliwszego, symbolem totalnego upadku wspólnoty, której historia jest jakże wyrazistym fragmentem tragicznych dziejów narodów tej części naszego kontynentu.

1986, 14 maj, Gorzów – Pyrzany – Nienadówka. 25-lecie kapłaństwa. ks. Edward Krzyśko. 2 sztuki. Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

O ŹRÓDŁACH INFORMACJI WYKORZYSTANYCH PRZY OPRACOWANIU „OPOWIEŚCI O DWU ZIEMIACH MIESZKAŃCÓW PYRZAN”

Kilkadziesiąt wywiadów i konsultacji przeprowadzonych z dawnymi mieszkańcami ziemi złoczowskiej ze szczególnym uwzględnieniem Kozaków i okolic, a także z mieszkańcami wsi Pyrzany, autor skonfrontował z posiadanymi przez nich dokumentami, prasowymi wycinkami,a także z materiałami znajdującymi się w Archiwum Państwowym w Gorzowie, Archiwum Miasta i Gminy Witnica, Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, działem rękopisów Ossolineum we Wrocławiu oraz opracowaniami zamieszczonymi w poniższym wykazie.

BIBLIOGRAFIA

ZIEMIA ZŁOCZOWSKA

Berenstein Tatiana: Eksterminacja Żydów w Galicji 194143. Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego 1967 nr 61.

Buber Martin: Opowieści chasydów. Poznań 1986.

Charewiczowa Łucja: Dzieje miasta Złoczowa. Złoczów 1929.

Ciemniewski Leon: Przez skiby Mazowsza, Podola i Śląska. Maszynopis w zbiorach Ossolineum.

Eksterminacja Żydów na ziemiach polskich w okresie okupacji hitlerowskiej. Zbiór dokumentów. Warszawa 1957.

Juchniewicz Mieczysław: Z działalności organizacyjno-bojowej Gwardii Ludowej w Obwodzie Lwowskim PPRGL. Wojskowy Przegląd Historyczny 1968 nr 4.

Juchniewicz Mieczysław: Polacy w radzieckim ruchu podziemnym i partyzanckim 19411944. Warszawa 1973.

Juchniewicz Mieczysław: Polacy w radzieckim ruchu partyzanckim 19411945. Warszawa 1975.

Juchniewicz Mieczysław: Na wschód od BuguPolacy w walkach
antyhitlerowskich na ziemiach ZSRR 19411945. Warszawa 1985.

Kisielewski Edward: Wspomnienie o Armii Krajowej w obwodzie Zło-
czów woj. tarnopolskie. Maszynopis w posiadaniu rodziny autora.

Kolberg Oskar: Dzieła tom 56. Warszawa 1979.

Korman Aleksander: Piąte przykazanie: nie zabijaj. Londyn 1990.

Kowpak S. A.: Od Putywla do Karpat. Warszawa 1949.

Kozik Jan: Ukraiński ruch narodowy w Galicji. Kraków 1973.

Krwawe dni Złoczowa 1919 roku. Złoczów 1926.

Księga gmin i osad żydowskich od czasów ich powstania aż do zagłady podczas II wojny światowej – Polska tom II Galicja Wschodnia. Jerozolima 1980 (w języku hebrajskim).

Węgierski Jerzy: W lwowskiej Armii Krajowej. Warszawa 1989.

Zaleski Kazimierz: Pamiętnik gimnazjalisty 1918—1927. Paryż—Katowice 1985.

LOSY ARCYBISKUPA HRYNIEWIECKIEGO

Biskupi nasi uwięzieni lub wygnani od roku 1767. Kraków 1903.

Historia Kościoła Polskiego. Poznań—Warszawa 1979.

Nagrodzki Zygmunt: Rola duchowieństwa katolickiego w godzinie prób i cierpienia na Litwie i Białorusi 1863—1883. Wilno 1935.

DZIEJE ZIEMI GORZOWSKIEJ

Ankiewicz Henryk: Wędrówki po ziemi lubuskiej. W: Ziemia Lubuska – album. Kraków 1973.

Eckert Rudolf: Geschichte von Landsberg a. W. Stadt und Kreis Landsberg a. W. 1890.

Jasiewicz Zbigniew: Rodzina wiejska na ziemi lubuskiej – studium przeobrażeń na podstawie badań etnograficznych w wybranych wsiach. Warszawa—Poznań 1977.

Kaplick Otto: Landsberger Heimatbuch. Landsberg a. W. 1935.

Landsberg an der Warthe

t. I 1257—1945—1976 Stadt und Land im Umbruch der Zeiten. Bielefeld 1976.

t. II 1257—1945—1978 Aus Kultur und Gesellschaft im Spiegel der Jahrhunderte. Bielefeld 1978.

t. III 1257—1945—1980 Landwirtschaft und Industrie. Handwerk – Verkehr – Verwaltung. Bielefeld 1980, pod redakcją Hansa Beske i Ernsta Handke.

Niekamer Landwirtschaftlich Giiter Adresbucher. Leipzig 1927.

Pohl Robert: Heimatkunde der Stadt und Kreis Landsberg. Landsberg a. W. 190il.

Sobol S.: Konflikt w Pyrzanach. „Zielony Sztandar” 1962 nr 53.

Weiss A.: Organizacja diecezji lubuskiej w średniowieczu. Lublin 1977.

Werner Bogusław: Przyczynek do osadnictwa polskiego na obszarze ziem bagiennych nad dolną Notecią i Wartą. Rocznik Lubuski 1971.

Tekst poematu Antoniego Pająka oparto na rękopisie znajdującym się w posiadaniu rodziny autora.

Jutro suplement do książki – reportaż Zbigniewa Czarnucha pt. Na zieloną Ukrainę wyprawa po zakopany dzwon. Część pierwsza.

Dzwon z 1937 r. z Podlipiec znajdujący się w Pyrzanach.