Wojciech Niedźwiecki: Urodziłem się w Majdanach na Roztoczu

Wciąż ciągnie mnie do tych utraconych miejsc… czyli opowieść o tęsknocie.

I. Urodziłem się w Majdanach na Roztoczu

Urodziłem się w malowniczej okolicy Roztocza 12 sierpnia 1936 roku w Majdanach, (gmina Ulicko Seredkiewicz* – w II Rzeczypospolitej do 1934 r. była samodzielną gminą, następnie należała do zbiorowej wiejskiej gminy Potylicz w powiecie rawskim, w woj. lwowskim, dziś Середкевичі; Seredkevychi). Majdany liczyły zaledwie 24 numery, ale do gminy należały też inne pobliskie wsie i przysiółki, np.: Łęg, Wysiecz, Sasy, Mazury, Podchwaszcze, Lasy, Brzezina, Kąt, Sośnina, Szczerzec, Lasowa, Lipnik – stąd numer naszego domu 365.

Po tych miejscowościach nie ma już obecnie śladu.

Majdany i bliskie okolice – mapa z 1935.

Ulicko 1.) Seredkiewicz (rusk. Ułycko), wieś, pow. rawski, 14 km. na płd.-zach. od Rawy Ruskiej, 10 km. na płn.-wsch. od sądu pow. w Niemirowie, 8 km. na płd. od urz. poczt. w Potyliczu. Na płn. leży Ulicko Zarębane i Potylicz, na wsch. Magierów, na płd. Szczerzec, na płd.-zach. Parypsy, na zach. Wróblaczyn, Smolin i Huta Obedyńska. We wsi powstaje pot. Moszczana, dopł. Raty. Wieś składa się z przysiółków: Bohołotycze, Haraj, Kąt, Kleparów, Kowały, Lasowa, Lipnik, Łęg, Majdany, Mazury, Pod Górami, Pukusy, Semaki, Stara Część, Szczerczyk, Wysoka, Wysiecz, Zadiły. Własn. więk. ma roli ornej 642, łąk i ogrodów 179, pastwisk 136, lasu 1260 mr.; wł. mn. roli ornej 1625, łąk i ogrodów 232, pastwisk 311, lasu 16 mr. W r. 1880 było 263 domów, 1435 mieszkańców – w gm.; 16 domów, 118 mieszkańców na obsz. dworskim (916 gr.-kat., 542 rz.-kat., 57 izrael., 8 in. wyznań; 923 Rusinów, 559 Polaków, 71 Niemców). Par. rz.-kat. w Magierowie, gr.- kat. w miejscu, dek. potylicki. Do par. należy Ulicko Zarębane. We wsi jest cerkiew z r. 1708 i kaplica mur, z r. 1860, szkoła etat. 1-klas., gorzelnia.

Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Warszawa 1892, t. 12, s. 784., hasło Ulicko.

Właściciele Ulicka

1864 – Konstanty Zgazdziński, opis: dziedzic.

1901 – Antoni Skibniewski, opis: właściciel, wylosowany na sędziego przysięgłego lwowskiej ławy przysięgłych.

1904 – Marya Skibniewska, opis: własność: Elżbieta i Marya Skibniewska.

(za: http://www.genealogia.okiem.pl)


Rodzice wspominali, że pradziadkowie przybyli na Roztocze z Mazowsza, gdzie ziemie są piaszczyste i mało urodzajne. Krajobraz Roztocza jest niezwykle malowniczy i urozmaicony, pasmo wzgórz porośniętych lasami, parowy, potoki i strumienie – ciągnie się od Kraśnika do Lwowa.

Za naszym domem była wielka debrza, dolina, na której dnie płynęła rzeczka z licznymi źródłami. Nie mieliśmy kopanej studni głębinowej, wodę czystą jak kryształ czerpało się z ocembrowanego źródła. Woda była lodowato zimna i stale przelewała się przez cembrowinę. Były to wody zdrojowe, bowiem niedaleko Majdanów znajduje się miasteczko Niemirów.

Majdany – wycinek mapy z 1935 r.

Na początku XIX w. w okolicy Niemirowa odkryto duże złoża siarki, a tamtejsze źródła siarczane zaliczano do najcenniejszych w Galicji. Przemysłową odkrywkową eksploatację zakończono na początku lat 80. zeszłego wieku. Dziś przypominają o nich charakterystyczne żółte gleby. Podobne można zobaczyć po polskiej stronie granicy, w okolicach Baszni koło Lubaczowa. Odkrytym pokładom siarki towarzyszyły lecznicze źródła siarczane. To właśnie dlatego właściciel Niemirowa hrabia Ignacy Hilary Moszczyński założył tam zakład uzdrowiskowy. W lutym 1815 r. w środku sosnowego lasu wybudował pierwszy dom dla wczasowiczów. W 1870 r. powstał tam teatr i plac zabaw.

Do roku 1914 był to uznany kurort wypoczynkowy położony wśród sosnowych lasów z pięknym parkiem zdrojowym. Oprócz domów zdrojowych znajdowały się tu wille z pokojami gościnnymi, wyposażonymi w łazienki borowinowe i mineralne. Dla gości funkcjonowały place tenisowe, kręgielnie, staw z łodziami, w niedzielę odbywały się festyny muzyczne. W latach przedwojennych Niemirów był siedzibą sądu powiatowego, posiadał szkołę, aptekę, młyn i browar. Była tam również papiernia i huta szkła. W 1938 r. władze II RP nadały miastu status uzdrowiska. W sanatoriach Niemirowa-Zdroju można leczyć schorzenia reumatyczne, tak samo jak w leczniczych wodach Horyńca-Zdroju. Po II wojnie światowej obie miejscowości rozdzieliła granica polsko – radziecka, (od 1990 r. polsko – ukraińska.)

Niemirów, Majdany i okolice – mapa z 1935 r.

II. Rodzina i dom

Rodzice – Marcin (ur. 1886), Katarzyna (ur. 1893, z domu Mamczura) – zajmowali się rolnictwem, sadownictwem i pszczelarstwem. Miałem dziewięcioro rodzeństwa, razem pięć dziewcząt i pięciu chłopców: Maria (ur. 1913), Anna (1919), Wiktoria (1921), Agnieszka (1923), Michał (1925), Jan (1928), Franciszka (1929), Tadeusz (1934), Wojciech (12.08.1936), Aleksander (1939).

Podpisy Anny i Jana Niedźwieckich na Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych (1926 rok). Dwuklasowa szkoła powszechna, Ulicko-Seredkiewicz, Kierownik: Neusteinówna Domicela, Opiekun: Skibniewski Antoni, Inspektor: Gołębiowski Franciszek, za: http://www.polska1926.pl/

Mieliśmy duże gospodarstwo. Obok nowego, murowanego i podpiwniczonego domu, (jeden pokój był jeszcze niewykończony), i budynków gospodarczych rozciągał się sad. Ojciec był miłośnikiem sadownictwa, sam szczepił jabłonie. Najwspanialsze były papierówki – najwcześniejsze odmiany o nadzwyczajnie pachnących jabłkach. Dojrzewały tam wspaniałe, słodkie czereśnie, na których gromadziły się stada szpaków i wron. Całe gospodarstwo było otoczone ogromnymi lipami. Dlatego mamę – bo była to jej ojcowizna – nazywano Lipową. W czasie kwitnienia lip roznosił się zapach miodu. Ojciec miał dużo uli. Za sadem zaczynał się nasz las sosnowo – brzozowy, w którym zbieraliśmy grzyby: borowiki, podgrzybki, kurki i czerwone kozaki.

Majdany – gospodarstwo Niedźwieckich – szkic Autora.

Rodzice byli bardzo dobrzy, mama łagodna, kochająca i wyrozumiała, tato bardziej surowy i nie na wszystkie zachcianki dzieci pozwalał. Mile wspominam beztroskie dzieciństwo – zabawy w chowanego, kąpiele w rzece, biegi na wyścigi i skoki ze skarpy piaskowej. Latem zabawy zajmowały nam cały dzień do późnego wieczoru. Tak było do wybuchu wojny.

III. Wojna 1939 r. Rosjanie.

Jako mały chłopiec nie rozumiałem tragizmu zawieruchy wojennej, ale w pamięci zostały do dziś niektóre obrazy. Pamiętam żołnierzy radzieckich, którzy zajęli na swoją kwaterę folwark i pałac pana Antoniego Skibniewskiego w Wysieczy. Pałacyk znajdował się ok. pół kilometra od naszej wsi, (rok przed naszą ucieczką Ukraińcy zabili właściciela spacerującego po jego własnym lesie.)

Dwór Skibniewskich od południa i Autor (2010 r.)

Dwór Skibniewskich od północy i Autor (2010 r.)

Rosjanie wkrótce zaczęli nas odwiedzać, gdyż nasz dom znajdował się na skraju wsi. Od pałacu dzieliła nas przestrzeń ok. 500 metrów, trzeba było tylko przejść przez most na rzeczce, a do naszego domu mieli najbliżej. Pierwszy raz zobaczyłem obcych ludzi, inaczej ubranych i mówiących niezrozumiałym językiem. Rodzice nazywali ich sołdatami. Nas, dzieci interesowały przede wszystkim czerwone gwiazdki na czapkach uszankach. Sowieci przynosili nam zbrylone grudy cukru.

Mnie i młodszego brata Olka często brali na ręce i nosili po pokoju. Może też mieli dzieci, które musieli zostawić w domu. Mnie przeważnie brał na ręce żołnierz z bliznami po ospie na twarzy, nazywał się Paszko. Pamiętam, że otwierał drzwi i tarł plecami o futrynę, jakby gryzły go wszy albo pchły. Sowieci nie sprawiali nam kłopotów, nie byli wrogo nastawieni. Rodzice częstowali ich jedzeniem. Tak minęły dwa lata.

IV. Wojna 1941 r. Niemcy.

Był 22 czerwca 1941 roku, piękny słoneczny dzień, (wtedy daty nie miały znaczenia dla niespełna pięcioletniego chłopca.) W samo południe usłyszeliśmy w oddali strzały z karabinów i dział, które stawały się coraz głośniejsze.

W popłochu zeszliśmy z rodzicami do parowu i rzeczką biegliśmy dalej w kierunku gęstszego lasu. Nad nami gwizdały pociski, łamały się sosnowe i brzozowe gałęzie, które spadały przed nami i za nami. Zapamiętałem ten dzień, bo biegłem boso, a gdy następowałem stopą na korzenie drzew, wydawało mi się, że chwytają mnie raki, które chowały się zwykle pod tymi korzeniami. Bałem się ich, bo kiedy starsi bracia je łowili, straszyli mnie nimi.

Następnego dnia w pałacu i folwarku pojawili się nowi lokatorzy – Niemcy. Jeździli po okolicy przeważnie motocyklami. Wkrótce dali o sobie znać wszystkim mieszkańcom wsi. Pozabierali krowy, świnie i konie. Zostawili rodzinie tylko jedną krowę. Nikt nie mógł zabić świni pod groźbą śmierci. Zabierali też zboże. Ojciec wykopał w naszym lesie jamę pod skarpą i tam schował część zboża. Wywozili dziewczęta i chłopców na przymusowe roboty do III Rzeszy do ciężkiej niewolniczej pracy. W dzień wywózki słychać było w całej wsi i w sąsiednich Mazurach okropny płacz i lament.

Również moje dwie siostry, najpierw Anna, a potem Agnieszka ciężko pracowały u bauerów. Anna wróciła po dwóch latach, bo spadła z wysokiej fury z sianem i złamała nogę. Odesłali ją do domu, bo nie było z niej już pożytku, noga źle się zrosła i siostra potem utykała. Agnieszka wróciła dopiero po zakończeniu wojny.

Niemcy chodzili czasem po wsi, sprawdzali spiżarnie, komory i zabierali wszystko, co im było potrzebne. Przed Wielkanocą ojciec zabił świnię, bo nie było co jeść. W tym czasie przyszli Niemcy i zobaczyli wędzące się kiełbasy. Siostra myśląc, że nikt nie widzi, schowała jedną kiełbasę pod ścierkę. Niemiecki żołnierz to zauważył, chwycił kiełbasę i uderzył nią siostrę w twarz. Kiełbasa połamała się na kilka kawałków. Niemiec pozbierał je, zabrał wszystko mięso i wędliny, a ojca skuli i poprowadzili do lasu na rozstrzelanie. Wtedy siostra Anna, która niedawno wróciła z robót, pobiegła za nimi i z płaczem prosiła ich, żeby puścili ojca wolno. Żołnierze zdziwili się, że tak dobrze mówi po niemiecku i po rozmowie między sobą zdjęli ojcu kajdanki i pozwolili mu wrócić do domu. Dla nas był to cud.

V. Tragiczne losy

Moja najstarsza siostra Maria wyszła za mąż za Ukraińca i zamieszkała w innej wsi (Poddiłok), ok. 3 km od naszej. Rodzice niechętnie zgadzali się na to małżeństwo, ale młodzi postawili na swoim. Wbrew uprzedzeniom zięć okazał się kochającym mężem i troskliwym ojcem.

Przedwojenna mapa. Poddiłok – Majdany.

Niestety sytuacja wojenna okazała się dla nich tragiczna. Michał Bilec, mąż siostry, miał młodszego brata Wasyla, którego Niemcy wzięli w 1943 na przymusowe roboty. Ponieważ nie było jeszcze transportu z Rawy Ruskiej, to młodzi mężczyźni czekali kilka dni i nocy pod gołym niebem za drutem kolczastym. Teściowa mojej siostry wysłała Michała do obozu, żeby zaniósł bratu żywność. Mój szwagier dostrzegł brata za ogrodzeniem z drutu i przerzucił przez nie worek z jedzeniem. Wartownik niemiecki zobaczył to i zabił go na miejscu. Rozpaczy nie było końca, siostra została sama z dwoma malutkimi córeczkami – Kasia miała trzy latka, Stefcia – zaledwie roczek. Stało się to na rok przed naszą ucieczką przed bandami UPA.

Rawa Ruska, Niemirów i Majdany – mapa z 1935.

W tym samym czasie tragiczny los spotkał rodzinę żydowską. Nasz dom znajdował się na skraju wsi. Za sadem i lasem był most na rzece, a za mostem przy drodze mieszkał Żyd Mendel ze swoją żoną Rejzią. Mieli mały sklep. Z ich synami Jabrumkiem i Lejbusiem często bawiliśmy się w chowanego, byli w moim wieku. Najmłodsza była Fajga, miała jasne włosy, zupełnie niepodobna była do żydowskiego dziecka. Całą rodzinę faszyści wywieźli do obozu w Rawie Ruskiej. Po jakimś czasie Mendel przyszedł do nas po żywność. Jak udało mu się wydostać z obozu, tego moi rodzice nie dowiedzieli się. Trudno go było poznać – zarośnięty, wychudzony, brudny. Rodzice zaopatrzyli go w jedzenie i to był ostatni raz, kiedy go widzieliśmy. Prawdopodobnie wszyscy zginęli w Bełżcu, jak setki tysięcy innych Żydów. Z Rawy Ruskiej do Bełżca jest zaledwie 19 km.

Majdany – gospodarstwo Niedźwieckich i dom Żydów – szkic autora.

VI. Smutne dni

Mój najstarszy brat Michał został zabrany przez Niemców do pracy w folwarku przy pałacyku Skibniewskich. Doglądał koni, karmił, czyścił, wyrzucał nawóz ze stajni. W folwarku musiała pracować też siostra Frania. Miała dopiero czternaście lat, a została przez Niemców wysłana do pracy w polu, przy zwózce zboża z pola, przy młócce pszenicy, żyta i owsa.

Były to bardzo smutne dni. Ale jak się później okazało, najstraszniejsze czasy miały dopiero nadejść. Zaczynały już dochodzić do nas niepokojące wieści o mordach na Polakach, dokonywanych przez członków nacjonalistycznych band Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu, w Stanisławowie, Stryju i w innych miejscowościach wschodniej Małopolski. Działania UPA na Kresach Polski były ludobójstwem, które wynikało ze zwyrodnienia i degeneracji ludzi pod wpływem zbrodniczej ideologii nacjonalizmu ukraińskiego. Codziennie dowiadywaliśmy się o nowych rzeziach Polaków. Wkrótce wieczorami i w nocy pojawiały się na horyzoncie łuny pożarów. Z każdym dniem stawały się one wyraźniejsze i większe – to paliły się polskie wsie i przysiółki. Wtedy dwa tygodnie nie nocowaliśmy w domu, tylko w lesie z obawy, że przyjdą Ukraińcy nas mordować.

VII. Zagłada wsi Mazury. Ucieczka

Pewnego dnia – była wiosna, w maju 1944 roku – tuż przed zachodem słońca gościńcem za naszym domem, (od drogi dzielił nas głęboki parów, lasek i rzeczka), szła grupa około 60 uzbrojonych Ukraińców, gęsiego jeden za drugim. Brat Michał, który ich obserwował z ukrycia, rozpoznał wśród nich młodych mężczyzn, pracujących razem z nim przy koniach w folwarku.

Ominęli naszą wieś, która liczyła zaledwie 24 numery, a poszli w kierunku wielkiej wsi Mazury, położonej o pół kilometra od nas. A my wtedy przed nocą uciekliśmy do lasu w jednym ubraniu. Uszliśmy z życiem, ale nie zdążyliśmy nic zabrać ze sobą. Rozdzieliliśmy się, ojciec ze starszym rodzeństwem uciekał inną drogą, siostra Anna biegła z roczną córeczką Anielą na rękach. Mama – z trzema najmłodszymi synami: oprócz mnie był jeszcze Tadek starszy o dwa lata i młodszy czteroletni Olek, (Agnieszka była wtedy na robotach w Niemczech).

Uciekaliśmy przez pola ile sił w nogach. Za nami biegł sąsiad, który mieszkał za mostem, krzycząc, żebyśmy zaczekali. Gonili go dwaj banderowcy, ale zdołał im uciec. Zastanawialiśmy się, dlaczego nie strzelali, mieli przecież broń. Może dlatego, że wystrzały mogły ostrzec mieszkańców Mazur. Mama miała jedną torbę z pieniędzmi i wartościowszymi rzeczami, ale uciekając niosła cały czas mojego najmłodszego brata na rękach i było jej ciężko. Dlatego bojąc się, że dogonią nas banderowcy, schowała ten cały „majątek” pod miedzą, pod krzakiem. Nie wzięliśmy żadnych pamiątek, a wszystkie dokumenty spłonęły w pożarze budynku gminy i kościoła we wsi Mazury.

Majdany – Mazury – mapa z 1924 r.

Schroniliśmy się w lesie i chociaż była noc, zrobiło się całkiem jasno – nad Mazurami pojawiła się ogromna łuna od ognia. Z nami ukryła się grupa ok. 30 mieszkańców Majdanów. Matki uciszały maleńkie płaczące dzieci. Na nieszczęście przyplątał się czyjś pies, który niemiłosiernie wył. Nie zapomnę sceny, kiedy kilku mężczyzn wieszało go na gałęzi sosny, bo baliśmy się, że pies głośnym wyciem zdradzi miejsce naszej kryjówki.

Wszystkich ogarnęło głębokie przygnębienie. Pożar Mazurów, strzały karabinów, krążący nad wsią samolot, a potem cztery wybuchy bomb jeszcze bardziej nas przeraziły. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, ani co z nami będzie, co czeka nas następnego dnia. Kilka kobiet wpadło w panikę, chciały gdzieś biec, mężczyźni je powstrzymywali. Nad ranem uspokoiły się trochę ze zmęczenia.

Wtedy jeszcze przed wschodem słońca cała nasza grupa wyszła z lasu i skradając się rowami kierowała się w stronę Niemirowa. Z Niemirowa gościńcem przeszliśmy przez Wróblaczyn, Hutę i Potylicz do Rawy Ruskiej. Tam przyjęły nas w klasztorze siostry zakonne. Tu spotkaliśmy się z ojcem i rodzeństwem. Oni uciekali inną drogą i szybciej dotarli do Rawy. Gdy w klasztorze usiadłem na ławce, nie mogłem później wstać, tak bardzo bolały mnie nogi. Po nieprzespanej nocy przeszedłem z lasu do Rawy ponad 35 km. Miałem wtedy niespełna 8 lat. Rodzice, opuszczając nasz dom, nie przypuszczali, że już nigdy do niego nie wrócą.

Trasa ucieczki. Majdan – Niemirów – Wróblaczyn – Huta – Potylicz – Rawa Ruska – mapa z 1935 r.

W klasztorze dowiedzieliśmy się, że banderowcy doszczętnie spalili Mazury. W Mazurach znajdował się kościół, szkoła, świetlica, urząd gminy, cmentarz. Nocą banderowcy zabili 67 mężczyzn, w tym mojego wujka Józefa Dudę, męża cioci Agnieszki, który był wtedy w Sasach u krewnych tam mieszkających. Kobiety i dzieci, które schroniły się w piwnicach, już stamtąd nie wyszły, podusiły się w czasie pożaru.

Część kobiet i dzieci upowcy spędzili pod kościół i nie wiadomo, co by się z nimi stało, gdyby nie nadleciał samolot niemiecki, który zrzucił 4 bomby na palącą się wieś. Ukraińcy uciekli i w ten sposób te kobiety z dziećmi uratowały się. Ciocia Agnieszka została sama z czwórką małych dzieci, najmłodszy synek miał 2 latka. Strasznie potem głodowali. Ciocia chodziła po polach i łąkach, zbierała lebiodę i szczaw, i z tego gotowała dzieciom zupę. Zresztą wszyscy w czasie ucieczki cierpieliśmy ciągle głód.

W klasztorze spaliśmy w stodole na sianie. W nocy było zimno, musieliśmy spać w ubraniu, uciekając nic nie wzięliśmy z domu. Nasze wyżywienie ograniczało się do jednego posiłku dziennie. Były to przeważnie zupy gotowane przez siostry zakonne w Caritasie. Nazywaliśmy to „głodną kuchnią”. Kiedy czołg niemiecki mocno poturbował na ulicy konia, siostry zakonne zabrały go do siebie i na koninie gotowały zupy dla uciekinierów.

Klasztor SS. Dominikanek w Rawie Ruskiej (Biblioteka Narodowa sygnatura: Poczt. 11366).

Po naszej ucieczce do Rawy Ruskiej moja siostra Maria odwiedziła nas w klasztorze. Ojciec prosił ją, żeby została blisko domu, bo nie wiedzieliśmy, gdzie nas los rzuci. Rodzice myśleli, że gdyby się okazało, że po powrocie z ucieczki nie mamy domu, to zatrzymamy się u niej. Nikt nie przypuszczał, że to będzie ich ostatnie spotkanie z córką, że rozdzieli nas po wojnie granica. Potem Maria nie mogła już wyjechać i zobaczyła się z naszą mamą dopiero, kiedy przyjechała po kilku latach w odwiedziny do Polski (na specjalne zaproszenie), niestety wtedy ojciec już nie żył.

Autor – Wojciech Niedźwiecki z siostrą Marią (1958 r.)

VIII. Tułaczka

Nasza tułaczka trwała 2 lata, a tato miał nadzieję, że kiedy wojna się skończy, wrócimy do Majdanów. Więcej domu nie zobaczyliśmy. A siostra z córkami żyła po wojnie w strasznej biedzie. Pierwszy raz udało mi się pojechać w moje strony w 1958 r., (wcześniej nie dostawałem wizy). Nie istnieje cmentarz, na którym byli pochowani moi dziadkowie. Tam, gdzie kiedyś była nasza wieś, powstał po wojnie poligon wojskowy, na który wstęp był wzbroniony. Dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego, kiedy zlikwidowano poligon, mogłem stanąć na miejscu naszego domu, po którym została tylko ogromna wyrwa w ziemi. Nie ma śladu po naszym sadzie, a pola to nieużytki i niekoszone łąki – wszędzie rosną krzaki, zarośla, tarnina. Zostało kilka jabłoni i czereśni. Z naszego sadu zabrałem tylko zdziczałe jabłka papierówki. Podzieliłem się nimi z moim rodzeństwem po powrocie do Polski.

Autor – Wojciech Niedźwiecki z siostrzenicami Stefą i Kasią (1958 r.)

Nie pamiętam, jak długo przebywaliśmy w klasztorze, prawdopodobnie około tygodnia. Potem władze niemieckie kazały nam wsiadać do wagonów towarowych. Nasze wagony były wciąż przetaczane z torów na tory, żeby ustąpić drogi transportom wojsk niemieckich, które szły na front wschodni. Warunki były okropne, panował straszny smród, bo małe dzieci załatwiały się w wagonach. Ludzie wychodzili w czasie postoju na zewnątrz, a kiedy pociąg nagle ruszał, wtedy w pośpiechu wskakiwali do wagonów.

Pamiętam dobrze scenę z postoju, kiedy jedna z kobiet ułożyła przed wagonem cztery cegły i postawiła na nich garnek, rozpaliła pod nim ogień i coś tam gotowała. Kiedy pociąg ruszył, wszyscy czym prędzej zaczęli wskakiwać do wagonów. Nasza bardzo daleka krewna Wiktoria, którą nazywano Polka, biegnąc do drzwi wagonu przewróciła ten garnek. Właścicielka nieszczęsnego garnka krzyknęła za nią: „Szkoda, żeś Polka, a taką szkodę mi zrobiłaś! Co ja teraz będę jadła?”

Nikt nie wiedział, kiedy wreszcie wyruszymy na zachód Polski. Po prawie dwóch tygodniach ruszyliśmy na dobre z miejsca. Przejechaliśmy 16 km i wysiedliśmy w Bełżcu. Tato chciał zostać jak najbliżej domu. Część naszych towarzyszy niedoli pojechała dalej na zachód. My przeszliśmy do wsi Chyże, oddalonej 3 km na zachód od Bełżca. Inne grupy udały się do pobliskich wsi w powiecie tomaszowskim – do Jezierni i Pasiek.

IX. Chyże

Chyże to wieś czysto polska. Tu sołtys, pan Górski, skierował rodziny uciekinierów do różnych gospodarzy. Nas przydzielił do gospodyni Stanisławy Kuśmirczak, której mąż i najstarszy syn byli na robotach w Rzeszy. Gospodyni została z dwoma młodszymi synami: Jaśkiem i Olkiem. Olek był moim rówieśnikiem i dobrym kolegą, wkrótce nasze koleżeństwo przerodziło się w przyjaźń. Będąc już studentem bawiłem się na jego weselu.

Nasza gospodyni była biedna, ale dzieliła się z nami tym, co miała. Zajmowała kuchnię i pokój. W drugim pokoju po przeciwnej stronie sieni mieszkało młode małżeństwo Aniela i Bolek, (nie pamiętam nazwiska), mieli maleńkie dziecko. Ich również doświadczyła wojna. Oprócz nas sołtys skierował do tego domu jeszcze jedną rodzinę ze Lwowa – matkę z dwoma córkami i wnukiem. Warunki były ciężkie, 3 rodziny w jednym pokoju i kuchni.

W dzień było znośnie, wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć. W nocy, gdy wszyscy położyli się spać na podłodze, nie dało się nigdzie postawić nogi. Ojciec przynosił na noc do stodółki snopy słomy, rozścielał na podłodze, kładliśmy się spać w ubraniach, nie mieliśmy nic do przykrycia. Wszy, pchły i pluskwy nie dawały nam w nocy spokoju. Byliśmy pogryzieni, cali w czerwone cętki i plamy. Na dodatek syn sąsiada zaraził nas świerzbem, na skórze pojawiły się krostki, ropiejące pęcherzyki, powodujące silne swędzenie. W czasie wojny nie było mydła i środków piorących. Ludzie robili mydło domowym sposobem z tłuszczu zdechłych kur. Rzadko pojawiało się nieprzyjemne, brązowe mydło, a ludzie mówili, że Niemcy produkują je z tłuszczu ludzkiego.

X. Ulów

Ponieważ panowała tam straszna ciasnota, po dwóch miesiącach przejechaliśmy do innej wsi – Ulów leżał też niedaleko Tomaszowa Lubelskiego. Tu jeden gospodarz odstąpił nam starą chatkę, w której wcześniej hodował króliki. Zamieszkaliśmy w małej izbie, podłogi nie było, tylko klepisko. Chociaż oczyściliśmy pomieszczenie z nawozu króliczego, z trudem dawało się tam wytrzymać, bo wonią po odchodach było wszystko przesiąknięte. W Ulowie zastał nas front. Niemcy cofali się, nadchodzili sowieci.

W piękny, słoneczny dzień lipcowy zrywałem na pobliskim polu truskawki, żeby zaspokoić głód. Nagle nad moją głową pojawiło się kilka samolotów. Rozpoczęła się strzelanina, zobaczyłem bitwę w powietrzu. Ze strachu położyłem się na miedzy, a potem biegłem do domu, ile sił w nogach. Jeden z samolotów zaczął się szybko obniżać zostawiając za sobą smugę czarnego dymu. Bałem się, że spadnie obok mnie, ale runął na pole zaraz za wsią. To był niemiecki samolot.

Na drugi dzień pastuchy paśli krowy w pobliżu strąconego przez sowietów samolotu. W samolocie i wokół niego leżały rozbite skrzynki z pociskami z czerwonymi spłonkami. My, dzieci, nazywaliśmy je „dum dum”. W czasie wojny widzieliśmy u żołnierzy niemieckich naboje różnego rodzaju. Później dowiedzieliśmy się, że jeden z pastuchów bawiąc się tymi nabojami, zaczął stukać pociskiem w spłonkę drugiego naboju. Pociski eksplodowały, wybuch rozerwał mu dłoń. Chłopiec przeżył, ale stracił kilka palców lewej dłoni, został kaleką. Żadne z nas nie wiedziało wcześniej, czym może grozić taka zabawa.

XI. Ponownie w Chyżach

Niedługo mieszkaliśmy w królikarni, może półtora miesiąca. Wróciliśmy do naszej gospodyni Stanisławy na Chyże. Rodziny ze Lwowa już nie zastaliśmy, ale w czasie naszej nieobecności przybyła wdowa z synkiem Jędrusiem. Jej męża zabili banderowcy w czasie napadu na Mazury w ten wieczór, kiedy uciekliśmy z Majdanów. Było nieco więcej miejsca, starsi przenieśli się ze spaniem do stodółki na słomę i siano.

W lecie chodziłem z naszą gospodynią i Olkiem, jej synem, do lasu na jagody i jeżyny, które sprzedawaliśmy w Bełżcu. Potem chodziliśmy do lasu na orzechy laskowe. Często zamienialiśmy je na mąkę lub kaszę jęczmienną, czy gryczaną. Niektóre gospodynie częstowały nas proziakami – plackami pieczonymi na blasze kuchennej. Te placki z sodą były bardzo smaczne. Właściwie to wszystko smakowało, gdy było się wciąż głodnym.

Na Chyżach zacząłem uczęszczać do pierwszej klasy, byłem starszy od niektórych kolegów. Wskutek działań wojennych miałem rok spóźnienia w nauce. Wojna na zachodzie Polski jeszcze trwała. Nie mieliśmy żadnych podręczników. Pani nauczycielka rozdawała nam pojedyncze kartki z jakiejś książki o warzywach i codziennie wymienialiśmy się na lekcjach tymi kartkami. Szybko nauczyłem się czytać i pisać. Szkoła znajdowała się na skraju wsi pod lasem. W zimie, żeby nie zmarznąć, całą drogę do szkoły i z powrotem biegłem, nie miałem ciepłego ubrania.

Brat Michał pomagał w gospodarstwie sąsiadowi, Jan najął się do pomocy u bogatego gospodarza. Siostra Frania pracowała w olejarni w Narolu. Kiedyś przyniosła dla świń makuchy – wytłoki z wyciśniętych nasion rzepaku. Odłupałem kawałek i zacząłem go gryźć. W nocy poczułem silny ból brzucha, dostałem wysokiej gorączki. Rodzice nie wiedzieli, co robić, bali się, że umrę, a lekarza nie było. Trzy dni męczyłem się z powodu silnego zatrucia, ale Opatrzność nade mną czuwała. Potem jeszcze długo miałem dolegliwości i cierpiałem na bóle brzucha.

XII. Powroty

W tym czasie z robót w Niemczech wróciła moja siostra Agnieszka. Nie wiedziała, gdzie jesteśmy, w Majdanach zastała puste domy, gołe ściany. Całe mienie zostało rozgrabione przez Ukraińców. Poszła wtedy do siostry Marii, która mieszkała z dwiema małymi córeczkami w Ulicku Zarębanem u swojej teściowej. Agnieszka od niej dowiedziała się o naszej ucieczce.

Na drugi dzień, gdy weszła na drzewo w sadzie, by zerwać czereśnie, na podwórze przyszli banderowcy. Tak się przestraszyła, że zaraz następnego dnia uciekła stamtąd. Zresztą Maria nawet jej nie zatrzymywała, bo sama bała się, że ją zamordują. Brat teściowej, który działał w bandach, dwa razy uratował jej życie. Chociaż byli już tam sowieci, to bandy UPA ciągle grasowały w tych okolicach.

Mieszkając na Chyżach oglądaliśmy łuny pożarów polskich wsi w okolicy Werchraty, Lubyczy Królewskiej, Hrebennego i Horyńca. Siostra Frania widziała dużo nagich ciał Polaków poukładanych na lorach – platformach kolejowych, które pociąg wiózł do Bełżca, siostra nie wiedziała, gdzie zostali pochowani ci ludzie zamordowani przez nacjonalistów ukraińskich. Agnieszce udało się odnaleźć nas na Chyżach.

Wtedy nie było jeszcze granicy między Rawą a Bełżcem, Niemirowem a Horyńcem. Przecież opuszczając nasz dom nie wyjeżdżaliśmy do Polski. Wtedy mieszkaliśmy w Polsce. Uciekłem z rodzicami i rodzeństwem w czasie okupacji niemieckiej w 1944 roku. Granica pomiędzy Polską a ZSRR – za zgodą Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji – została narzucona bez uwzględnienia w najmniejszej mierze zdania Polaków i zatwierdzona na podstawie umowy zawartej przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej i rząd ZSRR w dniu 16 sierpnia 1945 roku. W konsekwencji Kresy Wschodnie zostały odłączone od Polski i wcielone do republik Związku Radzieckiego. Moja rodzinna wieś została 8 km w linii prostej za granicą. Horyniec – Zdrój został po polskiej stronie, a Niemirów – Zdrój za granicą, Majdany leżały 7 km od Niemirowa – Zdroju.

XIII. Czerwona Armia i nowe „porządki”

Pierwszą klasę ukończyłem na Chyżach. Uczyło nas małżeństwo Maciołków, albo Maciałków, nie pamiętam, bo świadectwo z pierwszej klasy zawieruszyło się z powodu ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce. Ale pamiętam wyraźnie pewne wydarzenie. Było to pod koniec roku szkolnego w 1945. Mieliśmy lekcję z naszym nauczycielem. W pewnej chwili do klasy w pośpiechu wpadł jakiś mężczyzna, dał znak ręką i nauczyciel wybiegł z klasy w stronę lasu. Wkrótce potem do sali wkroczyli uzbrojeni mężczyźni. Było ich trzech, jeden z nich w mundurze żołnierza radzieckiego. Postali chwilę, o coś pytali i poszli. Wtedy nie rozumiałem, o co chodziło. Dopiero gdy byłem starszy, uzmysłowiłem sobie, że nauczyciel mógł być członkiem Armii Krajowej, a ci mężczyźni to byli enkawudziści (NKWD – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR /ros. Народный комиссариат внутренних дел), którzy chcieli go aresztować.

Zapamiętałem również inne wydarzenie z tego okresu. Wspomniałem, że po drugiej stronie sieni w domu naszej gospodyni mieszkało małżeństwo z kilkumiesięcznym dzieckiem. Bolek pracował w Bełżcu, ale nie wiem czym się zajmował. Pewnego dnia nie wrócił do domu o zwykłej porze. Jego żona bardzo się niepokoiła, nigdy nie zdarzyło mu się nie wrócić na noc. Aniela rozpytywała znajomych, z którymi jeździł do pracy, ale nikt nic nie wiedział. Na następny dzień poszła do jego pracy, ale tam powiedzieli jej, że mąż wczoraj, jak zwykle, poszedł do domu. Niczego więcej nie dowiedziała się.

Dopiero po trzech latach napisał pierwszy list z Syberii. Tak Służba Bezpieczeństwa i NKWD rozprawiali się z polskimi patriotami. Bolek należał do AK. Nie znam dalszych losów tego małżeństwa, gdyż straciłem kontakt z byłymi sąsiadami na Chyżach.

Potem jeszcze spotkałem sowietów, gdy przybyliśmy do Lubaczowa. Na pastwisku koło młyna między dwoma rzekami pasłem krowy, (zarabiałem wynajmując się do pracy u jakiegoś gospodarza.) Żołnierze radzieccy pędzili zrabowane duże stada krów. Popasali na pastwisku i kąpali się w rzece. Potem rzucali do rzeki granaty, po każdym wybuchu fontanna wody była wyrzucana do góry, a rzeką płynęły martwe ryby, które oni wyławiali rękami i piekli na ognisku.

XIV. Lubaczów

We wrześniu dostaliśmy się piechotą z Chyżów do Lubaczowa, to było 45 km. W 1946 roku rodzice dostali w Lubaczowie mały domek i pole po rodzinie Ukraińców przesiedlonych na Ukrainę. Ukraińcy zabrali ze sobą cały majątek. Weszliśmy do pustych ścian. Przed banderowcami uciekaliśmy w jednym ubraniu, nic nie zdążyliśmy zabrać i nic nie mieliśmy. Zaczynaliśmy od zera.

W Lubaczowie rozpocząłem naukę w drugiej klasie szkoły podstawowej. Wtedy cierpiałem jeszcze na niewyleczony do końca świerzb, (smarowało się skórę dziegciem, ale ręce nadal swędziały.) Ze świerzbu wyleczyła mnie dopiero siostra zakonna z Caritasu, która udzielała pomocy wszystkim potrzebującym
i mówiono, że jest lekarką, tylko się nie ujawniała.

Również w pierwszych latach po wojnie cierpieliśmy wielki niedostatek. Brakowało nam wszystkiego, a najbardziej jedzenia i odzieży. Rok po wojnie w 1946 roku zmarł mój ojciec. Ucieczka przed bandami UPA, poniewierka bez domu, głód, zmartwienia – wszystko to odbiło się na jego zdrowiu, opieki lekarskiej nie było. W wieku 10 lat zostałem półsierotą. Dostałem po ojcu starą kurtkę o wiele rozmiarów za dużą, przechodziłem w niej kilka zim. Będąc w czwartej klasie szkoły podstawowej otrzymałem paczkę (od Św. Mikołaja), w której była marynarka w dobrym stanie buty (dziurawe) i pończochy patentowe. Domyślałem się, że to koleżanka z klasy, Alina, podarowała mi tę paczkę, bo miała starszego brata, na którego te rzeczy były już za małe. Szewc załatał dziury i podzelował podeszwy, w nich przechodziłem całą zimę. Do dzisiaj jestem niezmiernie wdzięczny koleżance i jej rodzicom za ten uczynek.

XV. Matura, studia, praca

W roku 1955 pomyślnie zdałem maturę i egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Pedagogicznej na Wydział Filologiczno – Historyczny w Krakowie, gdzie studiowałem filologię polską i rosyjską. Po trzecim roku zachorowałem na gruźlicę płuc. Na leczenie wysłano mnie do sanatorium akademickiego w Zakopanem, po kilku miesiącach wróciłem na uczelnię, ale nie na długo, bo z powodu złego stanu zdrowia znów musiałem wyjechać do sanatorium. Przeleżałem w nim z przerwami 11 miesięcy. W czasie studiów dorabiałem do stypendium, pracowałem dostając różne zlecenia ze spółdzielni studenckiej „Żaczek” przy Uniwersytecie Jagiellońskim, na czwartym i piątym roku udzielałem korepetycji i zapisałem się na kurs wychowawców kolonijnych, żeby móc zarobić też w czasie wakacji.

Kraków – Podgórze. Autor z siostrą Franciszką i jej synkiem (1956 r.)

Autor w Akademickim Sanatorium Przeciwgruźliczym w Zakopanem

Autor w czasie ćwiczeń studium wojskowego – III rok studiów (1958 r.)

Zaraz po obronie pracy magisterskiej miałem kilka propozycji pracy. Chciałem pracować w prewentorium w Rabce, ale lekarz po gruntownym badaniu stwierdził, że jestem już zupełnie wyleczony i mogę pracować w każdej szkole. Pielęgniarka z naszego półsanatorium poleciła mi podjęcie pracy w prywatnym liceum u księży pijarów w Krakowie, jej brat był tam dyrektorem. Dostałem też propozycję na WSP w Gdańsku, gdzie mogłem zostać asystentem, bo brakowało tam językoznawcy. Niestety byłem związany umową o stypendium fundowanym z Wydziałem Oświaty w Wysokiem Mazowieckiem, które musiałem odpracować. W przeciwnym razie musiałbym całe stypendium, pobierane przez dwa lata, zwrócić, a na to nie mogłem sobie pozwolić.

Autor na krakowskim rynku (1962 r.)

Rozpocząłem więc pracę w Liceum Ogólnokształcącym im. Bronisława Wesołowskiego w Wysokiem Mazowieckiem, (od 2002 r. Liceum im. Króla Kazimierza Jagiellończyka), w charakterze nauczyciela języka rosyjskiego w liceum dziennym i języka polskiego w liceum wieczorowym dla pracujących oraz w Zasadniczej Szkole Gastronomicznej.

Po pierwszym roku pracy na wakacjach ożeniłem się z sympatią z liceum w Lubaczowie. Kiedy po dwóch latach odpracowałem stypendium fundowane, poprosiłem o przeniesienie do woj. rzeszowskiego. Otrzymałem pracę w Technikum Budowlanym i Szkole Rzemiosł Budowlanych w Jarosławiu. Wtedy przeprowadziłem się z rodziną z Lubaczowa do Jarosławia. W szkolnictwie przepracowałem 38 lat, z tego 36 lat w Zespole Szkół Budowlanych im. Kazimierza Wielkiego w Jarosławiu. W 2001 r. wieku 65 lat odszedłem na emeryturę, ale uczyłem jeszcze kilka godzin w tygodniu w Centrum Kształcenia Ustawicznego w Liceum dla Dorosłych w Jarosławiu.

Czesława i Wojciech Niedźwieccy (1964 r.)

Teraz najchętniej spędzam czas pracując i odpoczywając w ogrodzie. Gdy piszę te wspomnienia, mam 85 lat. Z rodzeństwa nikogo już nie ma. Nie żyje też moja siostrzenica Katarzyna z Ukrainy, druga siostrzenica Stefania mieszka z rodziną w Samarze. Jeszcze za życia Marii odwiedzałem siostrę z moim rodzeństwem, bratanicami i bratankami, z siostrzenicami i siostrzeńcami, którzy chcieli zobaczyć, gdzie urodzili się ich ojcowie i matki. Do tej pory co rok jeździłem na Ukrainę. Wciąż ciągnie mnie do tych utraconych miejsc.

Majdany w 2010 r. Autor w rodzinnych stronach.

Autor w 1963 i w 2021 r.

Fragment rękopisu wspomnień Wojciecha Niedźwieckiego.

Autor z córką Martą, 1969 r.

Adres do kontaktu: Marta Bąk z domu Niedźwiecka martabak5@gmail.com

Ikonografia umieszczona jest na stronie: Niedźwiecki Wojciech (1936-), Majdany (powiat Rawa Ruska) → Jarosław

Miejscowości wymienione we wspomnieniach:

Lwów, Rawa Ruska, Ulicko Seredkiewicz, Potylicz, Ulicko Zarębane, Magierów, Niemirów, Horyniec, Huta Obedyńska, Bohołotycze, Brzezina, Haraj, Kąt, Kleparów, Kowały, Lasy, Lasowa, Lipnik, Łęg, Majdany, Mazury, Parypsy, Podchwaszcze, Pod Górami, Poddiłok, Pukusy, Sasy, Semaki, Smolin, Sośnina, Stara Część, Szczerczyk, Szczerzec, Wróblaczyn, Wysoka, Wysiecz, Zadiły, Bełżec, Chyże, Jeziernia, Pasieki, Ulów, Tomaszów Lubelski, Narol, Werchrata, Lubycza Królewska, Hrebenne, Lubaczów, Basznia, Kraków, Wysokie Mazowieckie, Jarosław.