Z Włodzimierza Wołyńskiego przez Kostrzyn nad Odrą do Witnicy. Historia podróży Feliksy i Michała Makarów na “Ziemie Odzyskane”.

Historia moich dziadków – Feliksy i Michała Makarów – w zasadzie nie różniła się niczym od historii innych Wołyniaków, którzy w swojej podróży ze Wschodu na Zachód, byli zmuszeni pokonywać w trudnych warunkach nawet kilkusetkilometrowe trasy. Mimo mało sprzyjających okoliczności i dramatycznych wydarzeń, jest jednak opowieścią o walce o lepszy byt na “Ziemiach Odzyskanych”, dobrych ludziach oraz szczęśliwych zbiegach okoliczności.

Chociaż ucieczki Polaków z płonącego Wołynia przybierały różny kształt, losy tułaczy ze Wschodu w wielu punktach przecinały się lub zbiegały się ze sobą. Jakby nie patrzeć, w czasie Rzezi każda rodzina straciła przynajmniej jednego członka rodziny, jeden dom i jedną bezcenną pamiątkę, a do listy strat z pewnością można było dopisać także poczucie bezpieczeństwa oraz własną tożsamość, bo wielu Polaków nigdy nie odzyskało ważnych dla siebie dokumentów.

Ucieczka za Bug

W 1943 roku, a więc w czasie największych wołyńskich niepokojów, Feliksa Winiarz i Michał Makara od kilku miesięcy byli już małżeństwem, mieszkającym w murowanym domu przy ulicy Kowelskiej 69 we Włodzimierzu Wołyńskim. Ona – 24-letnia gospodyni pochodząca z kolonii Smołowa – spodziewała się właśnie Jurka, ich pierwszego dziecka, on – 25-letni organista ze wsi Zofiówka, starał się sprostać roli głowy rodziny, pracując na etacie we włodzimierskiej Farze. Mimo, że na początku miasto wydawało się sprzyjać nowożeńcom i być ostoją w wojennej zawierusze, po 11 lipca 1943 roku było już jasne, że Włodzimierz przestał być im przychylny, a na terenie Wołynia nie ma już miejsca, w którym można było czuć się w pełni bezpiecznie. [Feliksa Winiarz i Michał Makara pobrali się 17 maja 1942 roku we Włodzimierzu Wołyńskim.]

Feliksa i Michał Makarowie, Włodzimierz Wołyński, przełom lat 30. i 40. XX w., Archiwum prywatne Magdaleny Pochrząszcz.

Krwawa Niedziela stała się punktem zwrotnym w historii zarówno Makarów, jak i Winiarzów, bo i jedni, i drudzy nie wyszli z ataków UPA bez szwanku. Michał Makara w brutalnym ataku na Zofiówkę stracił ojca, a młodsza siostra Feliksy, 14-letnia Janina Winiarz, w ciężkim stanie trafiła do włodzimierskiego szpitala po masakrze w kaplicy w Chrynowie, o czym pisałam w materiale: W drodze do kaplicy – Chrynów na Wołyniu 11 lipca 1943 roku. Janina Winiarz – ocalona z rzezi.

Widok napływającej do Włodzimierza fali rannych i mrożące krew w żyłach opowieści cudem ocalonych z ataków band UPA sprawiły, że młodzi Makarowie zaczęli przygotowywać się do opuszczenia miasta. Decyzja była trudna, bo Feliksa i Michał mieli pod opieką kilkumiesięcznego synka, poza tym we włodzimierskim szpitalu cały czas dochodziła do zdrowia mała Janka, postrzelona w oko i nogę przez Ukraińców. Trzeba było więc czekać na dogodny moment. Ten przyszedł jednak wraz z informacją o ustanowieniu granicy na Bugu, która miała być wkrótce zamknięta dla potencjalnych uciekinierów. Fela nie chciała wyjeżdżać, Michał jednak naciskał, przekonując, że nie ma na co czekać, bo po drugiej stronie – w Lipowcu i Biłgoraju – ma przecież rodzinę. Klamka więc zapadła.

Przystanek Lipowiec

Mimo trzaskającego mrozu, w lutym 1944 roku zapakowali drewniany wóz i z najpotrzebniejszymi rzeczami oraz kilkoma najbliższymi członkami rodziny, wyruszyli w swoją drogę na Zamojszczyznę – pierwszy przystanek w ich 900-kilometrowej podróży na Ziemie Odzyskane. W Lipowcu, w którym miała mieszkać siostra Michała, czekało ich jednak spore rozczarowanie, bo wioska została wysiedlona przez Niemców, a jej mieszkańcy trafili do obozów pracy. [Była to pierwsza z trzech masowych akcji pacyfikacyjno-wysiedleńczych miała miejsce 17 czerwca 1943 roku. Do obozów koncentracyjnych oraz na roboty przymusowe do Niemiec wywieziono około 120 osób. Źródło: https://www.tygodnikzamojski.pl/artykul/102455/stary-lipowiec-pamieci-wymordowanych-mieszkancow.html]

Jak wspominała po latach babcia:

Przyjeżdżamy, nie ma mieszkańców. Niczego, zawaliska same takie, wszystkich powywozili do Niemiec. Wleźliśmy do pustej chałupki. Nikt tam nie mieszkał.

W tamtych okolicznościach nie tylko brak możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb był problemem. Teren Lubelszczyzny nadal był objęty intensywnymi działaniami wojennymi, dlatego ze względów bezpieczeństwa rodzina ukrywała się nocami w okolicznych osadach. Na dłuższą metę nie dało się tak jednak funkcjonować i dziadek Michał postanowił znaleźć dla siebie jakieś sensowne zajęcie. Pocztą pantoflową dowiedział się, że w pobliskim Górecku jest szansa na pracę organisty, dlatego młodzi Makarowie (już bez pozostałych Winiarzów, którzy zdecydowali, że pozostaną w Lipowcu), postanowili przenieść się nową parafię.

Podróż do Górecka Kościelnego

24-letnia Feliksa i 25-letni Michał poprosili miejscowego chłopa o pomoc w transporcie. Do pokonania było raptem 20 kilometrów, ale droga do Górecka Kościelnego nie należała do najbezpieczniejszych. Trasa prowadziła przez las naszpikowany partyzantami i niemieckimi strażnicami, dodatkowo rodzinie towarzyszył Staszek – umundurowany i uzbrojony w karabin siostrzeniec-partyzant. [Pomimo starań, nadal nie udało mi się ustalić kim był Staszek i jak miał na nazwisko. Nie wiem też czy był siostrzeńcem Feliksy, czy może Michała. Na podstawie przesłanek i wspomnień babci zakładam jednak, że mógł należeć do rodziny Makarów.] W takiej konstelacji trudno było nie prosić się o kłopoty, które pojawiły się szybciej, niż podejrzewali.

W drodze musieliśmy przejechać przez niemiecki posterunek. Najęliśmy chłopa, żeby nas zawiózł do Górecka, do parafii. I tak pojechaliśmy jak pajace – Ojciec, Staszek w mundurze bez dokumentów, ja na słomie na karabinie i z Jurkiem na kolanach. Wylazł do nas ten Niemiec i pomyślałam, że kurczę, a jak zrobi rewizję? Karabin! Po co myśmy ten karabin jeszcze wieźli? Trzeba było go wyrzucić w czorty! Ale Niemiec wyszedł, postał chwilę, popatrzył na nas i...nic...Puścił nas. Myśleliśmy, że zaraz rewizję zrobi, będzie czegoś szukał, ale nas nie zaczepiał. No i z tym karabinem żeśmy pojechali do Górecka na parafię. 

[“Ojcem” Feliksa Makara zwyczajowo nazywała swojego męża, Michała Makarę. Wspomnienia Feliksy Makary (z d. Winiarz) z grudnia 2002 roku.]

Górecko i gospodarstwo księdza Mroza

Górecko Kościelne było dla Makarów ostatnim ważnym punktem na trasie Wschód-Zachód i chociaż rodzina przebywała w nim zaledwie kilkanaście miesięcy, stało się miejscem, którego babcia Fela wcale nie chciała opuszczać. Wioska, poza urokliwym otoczeniem, mogła poszczycić się drewnianym kościołem, wybudowanym w XVIII w. przez hrabiego Zamoyskiego oraz całkiem dobrze prosperującym przykościelnym gospodarstwem. [Ze względu na bliską lokalizację Górecka, Górecko Kościelne było czasami nazywane również “Małym Góreckiem”.]

W marcu 1944 roku, czyli w czasie, kiedy Michał, ciężarna Feliksa, roczny Jurek i – towarzyszący cały czas Makarom – „siostrzeniec Staszek”, przybyli do tego miejsca, parafią zarządzał 37-letni ksiądz Jan Mróz, który stawał na głowie, żeby jego “boża owczarnia” jakoś funkcjonowała w wojennych realiach. [31 marca 1945 roku w Górecku Kościelnym przyszło na świat drugie z sześciorga dzieci Makarów – syn Michał.]

Jurek (po lewej) i Michał – dwaj najstarsi synowie Michała i Feliksy Makarów, towarzyszący im w podróży do Witnicy. Archiwum prywatne Magdaleny Pochrząszcz.

Stanowczy i ostrożny przy pierwszym kontakcie ksiądz Jan, szybko okazał się być życzliwym i serdecznym przyjacielem, a jego kościół bezpiecznym schronieniem dla wszystkich, którzy potrzebowali pomocy. Duża murowana plebania, stojąca niedaleko organistówka i drewniane zabudowania gospodarcze, pozwalały na zachowanie względnej niezależności, zarówno dla osób tam pracujących, jak i mieszkańców kilkunastu pobliskich domów. Młodzi Makarowie zostali ugoszczeni wszystkim, czym współtowarzysze niedoli w tamtych okolicznościach mogli się z nimi podzielić, czyli siennikami ze słomy, mlekiem, jajkami oraz zbożem. To ostatnie okazało się być zresztą żyłą złota, bo sprytny dziadek Michał przerabiał żyto na bimber, którym następnie wesoło handlował w pobliskim Biłgoraju. Mimo, że pięknie położone Górecko Kościelne wydawało się być idealnym miejscem do życia, w wojennej rzeczywistości trudno było nazwać je bezpiecznym.

Dawna organistówka w Górecku Kościelnym, w którym mieszkali Michał i Feliksa Makarowie z dwójką małych dzieci. Budynek został wybudowany w 1905 roku, obecnie mieści się w nim Dom Rekolekcyjny. Fotografia pochodzi z Karty Ewidencyjnej Zabytków Architektury i Budownictwa Ośrodka Dokumentacji Zabytków. Dokument został sporządzony w 1990 roku.

W biłgorajskich lasach stacjonowały grupy partyzantów różnych narodowości, ukrywające się przed regularnymi obławami niemieckich wojsk. Babcia wspominała, że oprócz Polaków, można było natknąć się także na Ukraińców, muzułmanów i inne narodowości. Głodni i zmęczeni mężczyźni opuszczali nocami swoje kryjówki i pukali do drzwi okolicznych domów, żeby zdobyć dla siebie i swoich kolegów, trochę jedzenia. Jako, że ksiądz Jan w ramach “fuchy na boku” był kapelanem oddziałów AK, na nocną wizytę “gości z lasu” Makarowie nie musieli długo czekać.

Ks. Jan Mróz, w latach 1935-1946 proboszcz w Górecku Kościelnym, następnie w parafii pw. św. Marii Magdaleny w Biłgoraju. Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów Jerzego Serafina, opublikowanych na stronie miasta Biłgoraja. Źródło: https://www.bilgoraj.pl/page/453/kosciol-sw.-marii-magdaleny..html#prettyPhoto.

Michał i Fela nie mieli nic cennego, poza chlebem, który leżał starannie ukryty pod podłogą organistówki. Dla własnego bezpieczeństwa przyjęli jednak zasadę, że w przypadku niespodziewanych odwiedzin, będą się rozdzielać bez zapalania światła. Michał szedł sprawdzić kto stoi w progu, Fela zabierała ze sobą dziecko i ukrywała się w drugiej części domu, dając sobie szansę na potencjalną ucieczkę tylnymi drzwiami. Partyzanci, widząc, że młode małżeństwo nie bardzo ma się czym podzielić, przestali ich nachodzić. Z czasem jednak dziadek Michał pomagał koczującym w lasach po swojemu i… pisał im nuty. Gwiazdą wśród najchętniej śpiewanych piosenek była ta, w której słynne wierzby “szumiały z żalu, co serce rwie”.

Rodzina szybko zaaklimatyzowała się w nowym miejscu i mocno zżyła z Parafią oraz księdzem Janem. W Górecku Kościelnym jak ryba w wodzie czuł się także mały Jurek, który – jak wspominała babcia – uwielbiał zakradać się na plebanię kiedy wszyscy jeszcze spali, i grać na fortepianie, który znajdował się w jednym z pokojów.

Decyzja o wyprowadzce zapadła dość spontanicznie, bo chwilę po wizycie Jana Makary – starszego brata dziadka Michała – który zachęcił go do przyjechania do niego, do Warnik, pod Kostrzyn nad Odrą. Jan Makara mieszkał w Warnikach, a swojego brata odwiedził niedługo po powrocie z robót w Niemczech. Widząc w jakich warunkach mieszkają Michał i Feliksa, nie krył zdziwienia twierdząc, że na zachodniej granicy jest wszystko, czego potrzebują do szczęścia, w tym naczynia, meble i puste domy, czekające tylko na nowych mieszkańców. Słysząc o tych rewelacjach ksiądz Jan Mróz rozpłakał się, prosząc Michała i Felę o przemyślenie sprawy, bo nigdzie nie było bezpiecznie, a wyjazd w ciemno w nieznane wydawał się być dość przerażający. Klamka jednak zapadła i w październiku 1945 roku rodzina wyruszyła w podróż na “Ziemie Odzyskane”.

Kontakt z księdzem Janem Mrozem nie został jednak zerwany, bo cała trójka utrzymywała ze sobą ciepłe relacje jeszcze długie lata po tym jak Makarowie wyjechali na Zachód. On sam nie został zresztą w Górecku zbyt długo, bo w 1946 roku objął probostwo w Kościele pw. św. Marii Magdaleny w Biłgoraju, gdzie posługiwał przez kolejne 48 lat. Jak twierdziła babcia, w jednym z listów pisał, że miał już „dosyć lasu”.

Ze Wschodu na Zachód

W 1945 roku, w kraju będącym wojenną ruiną i w czasach bez telefonów oraz dostępu do Internetu, podróż na “Ziemie Odzyskane” z dwójką małych dzieci, była ogromnym wyzwaniem.

Jak wspomniała Magdalena Grzebałkowska w swojej książce ”1945. Wojna i pokój”, propaganda opisywała tereny dawnych Prus i Dolnego Śląska jako „krainę mlekiem i miodem płynącą”, gdzie na każdego czekają skarby porzucone przez Niemców, głównie wille z pełnym wyposażeniem. Rzeczywistość bywała jednak mniej kolorowa, o czym szybko przekonali się moi dziadkowie, którzy w swojej podróży na Ziemie Odzyskane, wylądowali na dworcu w Kostrzynie nad Odrą. Widok, jaki zastali po opuszczeniu niewygodnego pociągu towarowego, nie napawał optymizmem, bo cel ich długiej i trudnej podróży – ich ziemia obiecana – okazał się być jednym wielkim gruzowiskiem.

Kostrzyn nad Odrą – widok na zniszczone stare miasto, 1945 rok. Fotografia została zapożyczona ze strony www Muzeum Twierdzy Kostrzyn. Źródło: http://muzeum.kostrzyn.pl/pl/miasto-i-twierdza/1945

Zanim jednak Michał i Feliksa dotarli do Kostrzyna, musieli przetrwać podróż niewygodnym pociągiem z dwójką małych dzieci i dwiema dużymi, drewnianymi skrzyniami. Po latach babcia ze śmiechem wspominała swoją “listę priorytetów” i ewidentny brak umiejętności w zabieraniu ze sobą tego, co ważne, bo w jej bagażu znalazły się m.in. dwa futra oraz trochę jedzenia, nie do końca nadającego się do długiej podróży: kasza, fasola, a nawet…pietruszka.

W drodze w nieznane pociąg miał dwudniowy postój w Krzyżu, więc dla rozprostowania kości, rodzina postanowiła koczować na dworcu, zostawiając w wagonie swoje rzeczy. Jak wspominała babcia:

W Krzyżu wleźliśmy pod stół. Miałam ze sobą pierzynę, więc przygotowałam spanie. Rano zamiatali tam całą stację, więc wszyscy kurzyli nam prosto w nos, ale musieliśmy poczekać aż pociąg znowu ruszy. Po dwóch dniach słyszymy, że coś rusza, więc wyszliśmy na peron, a nasz pociąg, ze wszystkimi naszymi skrzyniami, właśnie odjechał! Zostaliśmy na dworcu tylko z pościelą i musieliśmy poczekać na jakiś kolejny towarowy. Udało się - pojechaliśmy bez ubrań i biletów, w ciemno, bo nawet nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy.

[Wspomnienia Feliksy Makary (zd. Winiarz) z grudnia 2002 roku.]

Dworzec Kolejowy w Krzyżu (ok. 1945 r.), z którego uciekł Makarom pociąg do Kostrzyna nad Odrą. Reprodukcja pocztówki, archiwum prywatne Magdaleny Pochrząszcz.

Po drodze pociąg miał jeszcze jeden dłuższy postój, jednak w obawie przed powtórką z historii, Makarowie nie zdecydowali się go opuszczać. W końcu zmęczona rodzina dotarła do ostatniej stacji przed granicą polsko-niemiecką, czyli nadodrzańskiego Kostrzyna. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazało się też, że na peronie czekają już na nich… ich własne bagaże, które wcześniej odjechały bez nich z dworca w Krzyżu. Obie skrzynie zostały najprawdopodobniej wyrzucone przez obsługę pociągu na chwilę przed przekroczeniem niemieckiej granicy.

Oprócz zniszczeń, które powitały Makarów po przejechaniu całej szerokości kraju, pojawił się jeszcze jeden problem – Michał Makara nie miał pojęcia, gdzie mieszka jego brat Jan. Warniki cały czas funkcjonowały pod swoją niemiecką nazwą, a nikt w okolicy nie dysponował żadnymi mapami, dziadkowi nie pozostało więc nic innego jak tylko przejść się po okolicy i spróbować zasięgnąć języka. Piesze wędrówki w końcu przyniosły jednak skutek i niedługo później Michał z Janem mogli odebrać, cały czas koczujących na peronie, Felę oraz dzieci. Jak się wkrótce okazało, same Warniki wyglądały zdecydowanie lepiej, niż Kostrzyn, który stał się oazą dla wszelkiej maści szabrowników, poszukujących dla siebie jedzenia i wyposażenia domu. Do ich grona bardzo szybko dołączyli też młodzi Makarowie, pozbawieni jakichkolwiek środków do życia i przedmiotów potrzebnych do minimalnej egzystencji.

Pobyt w Warnikach był wygodny, ale tylko do czasu. Ambitny Michał nie zamierzał do końca życia siedzieć na garnuszku brata i po kilku miesiącach zaczął szukać dla swojej rodziny “własnego” miejsca. Pomysłów i możliwości było sporo (w grę wchodziło Dębno oraz Wrocław), ale ostatecznie padło na Witnicę, bo w raczkującej parafii aklimatyzował się właśnie ksiądz Józef Bielak, sam będący przesiedleńcem zza Buga. Wprawdzie szanse na zarobienie jakichkolwiek pieniędzy z pracy organisty były zerowe, bo wszyscy byli tak samo biedni, ale za to było dużo domów, które z powodzeniem można było zająć.

W taki właśnie sposób rozpoczął się nowy, ważny etap w życiu Michała i Feliksy Makarów, którzy długiej i wyczerpującej, bo prawie 900-kilometrowej podróży, osiedlili się w Witnicy, zapuszczając w niej korzenie na niemal 60 lat.

Feliksa i Michał Makarowie, Witnica, lata 50.XX w. Archiwum prywatne Magdaleny Pochrząszcz.


Magdalena Pochrząszcz

kontakt: magda.pe@poczta.onet.pl

Absolwentka kulturoznawstwa, graficzka i pasjonatka genealogii, niestrudzenie badająca historię swojej rodziny.


Inne opowieści Magdaleny znajdą Państwo tu: Mikrohistorie – rodzina Winiarz i Makara.

Jedna odpowiedź do “Z Włodzimierza Wołyńskiego przez Kostrzyn nad Odrą do Witnicy. Historia podróży Feliksy i Michała Makarów na “Ziemie Odzyskane”.”

Możliwość komentowania została wyłączona.