Kozaki koło Złoczowa i okolice. Relacja z wyjazdu. 01.08.2019-04.08.2019

Na początku sierpnia 2019 roku miałam niekłamaną przyjemność uczestniczyć w niezwykłej wyprawie – na ostatnią chwilę i… trochę na wariackich papierach zdecydowałyśmy się z mamą dołączyć do grupy wybierającej się na Ukrainę.

Ekipa skompletowana przez Bogusława na drugi już w tym roku wyjazd była niewielka, za to zgrana i zdyscyplinowana, co potwierdziło powszechnie znaną zasadę, że nie liczy się ilość – ważna jest jakość 😊

Jako że podróż samolotem okazała się najszybszą i najwygodniejszą opcją, spotkaliśmy się na wrocławskim lotnisku Strachowice, skąd o 11:30 wyruszyliśmy w krótką podniebną podróż do świata, za którym tak tęsknili nasi bliscy…

Mniej więcej po godzinie wylądowaliśmy we Lwowie.

Z lotniska busikiem odebrał nas nasz wyjazdowy gospodarz, Michał. Dzięki temu podróż do samych Jelechowic okazała się szybka i bezproblemowa, a że ani samolot, ani samochód nie nadszarpnęły zbyt mocno naszych sił, byliśmy w stanie wykorzystać maksymalnie nawet ten pierwszy dzień.

Po drodze zatrzymaliśmy się, by zobaczyć krzyż upamiętniający żołnierzy ukraińskich oraz innych narodowości, którzy zginęli na tym terenie w lipcu 1944 roku. Ten metalowy pomnik, stworzony w 2012 r. z autentycznych elementów uzbrojenia oraz wyposażenia żołnierzy walczących w tych okolicach, jest trochę jednak symbolem obecnych czasów – jednoznacznie wskazuje Ukraińców jako ofiary wojny niemiecko-radzieckiej.

Tuż obok znajduje się tablica informacyjna oraz monument wskazujący pobliski cmentarz żołnierzy ukraińskiej dywizji Galicja (Halychyna), którzy w lipcu 1944 r. zginęli pod Brodami pokonani przez wojska radzieckie.

W Jelechowicach wybraliśmy się w miejsce poświęcone pamięci tysięcy Żydów pochodzących ze Złoczowa i okolic, którzy w latach 1943-1944 zostali wymordowani w okolicznych lasach.

Jakież było nasze zdumienie, kiedy w odległości zaledwie kilku metrów od pamiątkowych tablic zobaczyliśmy przerażający efekt poszukiwań żydowskich kosztowności – świeżo rozkopaną niewielką polankę i leżące na wierzchu ludzkie szczątki. Niestety, dla niektórych nie istnieją świętości…

Podczas dalszego spaceru po okolicy cieszyliśmy oczy widokiem sielankowych Jelechowic, ale gdzieś w tyle głowy ciągle pojawiała się myśl, że musimy tam wrócić, że nie wolno nam tak tego zostawić…

Będąc na Ukrainie nie sposób było nie myśleć o ludziach, którzy wiele lat temu z różnych względów zdecydowali się pozostać na Kresach. Ci, którzy podejmowali te trudne decyzje w większości niestety już nie żyją, jednak ich potomkowie to członkowie naszych rodzin.

Następnego dnia rano z myślą właśnie o nich zajrzeliśmy najpierw do Monastyrka, a następnie na Amrozy. To były cudowne chwile pełne dobrych emocji, które dały nam energetycznego kopa na kolejne intensywne dni.

Głównym celem podróży były Kozaki – wieś, z której 74 lata temu wyjechali nasi dziadkowie, a która zawsze żyła w ich wspomnieniach. Ze łzami w oczach wyruszali wówczas w nieznane. Ich powojenne „nieznane”, my znamy bardzo dobrze – to nasza codzienność. Na Ukrainę wyruszyliśmy, by szukać śladów ich codzienności. Pomimo bardzo napiętego harmonogramu, nie omieszkaliśmy zatrzymać się po drodze by pozachwycać się przepiękną panoramą okolicy.

Świadomość, że dotarliśmy na miejsce wzbudziła w nas radość – podekscytowani czekaliśmy na to, co wyłoni się zza zakrętu.

Widok tak dobrze znanej nam sylwetki kościoła sprawił, że poczuliśmy, iż jesteśmy na miejscu. Z żalem konstatowaliśmy różnicę pomiędzy rzeczywistością a obrazem, jaki pamiętaliśmy choćby z fotografii. Z wieży „naszego” kościoła zniknął krzyż…

Co istotne, obok kościoła wyrosła cerkiew. Przez jakiś czas stary kościół służył także aktualnym mieszkańcom Kozaków – nie miał znaczenia obrządek greckokatolicki. Cerkiew wybudowano ze względu na to, że kościół, który w latach Związku Radzieckiego używany był jako magazyn nawozów sztucznych, doszczętnie przesiąkł ich trującym zapachem.

Pierwsze kroki skierowaliśmy jednak nie do kościoła, a na kozaczański cmentarz, miejsce spoczynku wielu naszych przodków.

Widok, jaki ukazał się naszym oczom jest ewidentnym dowodem na to, iż zainicjowana przez Bogusława akcja porządkowania cmentarzy na Kozakach oraz w Łuce ma sens. Wykarczowana i wykoszona część była łatwo dostępna – bez problemu można było się po niej poruszać, czy też odczytać napisy na nagrobkach. Na przyszłość warto rozważyć możliwość wyprostowania chylących się ku ziemi pomników. (zob. Cmentarz Kozaki i Łuka – prace porządkowe)

Po części, która jeszcze nie została uporządkowana poruszaliśmy się z trudem. Nieuważny krok groził skręceniem nogi, a – ze względu na niewidoczne tablice z napisami – poszukiwanie konkretnych grobów było zdecydowanie trudniejsze. Chwile zadumy podczas spaceru po cmentarzu oraz zapalone symboliczne znicze były jedynym hołdem, jaki mogliśmy złożyć wszystkim naszym bliskim, choć nieznanym – zarówno tym, których groby udało nam się zlokalizować, jak i tym, którzy spoczywają tam w bezimiennych mogiłach…

Zrobiliśmy to w imieniu własnym oraz w imieniu naszych dziadków, którzy wyjeżdżając zostawili tu swoich rodziców i rodziców swoich rodziców, zaś sami nie są w stanie tego zrobić, ponieważ im także zapalamy dziś znicze – tyle, że na innych cmentarzach…

Po drodze z cmentarza spacerek po klucz od kościoła i chwila relaksu z zagonem kukurydzy oraz okolicznymi wzgórzami w tle.

Rzut oka na cerkiew.

I ciąg dalszy naszej podróży sentymentalnej…

Obok kościoła widoczna murowana dzwonnica – bez dzwonów. Dzwony zostały w czasie wojny zarekwirowane przez Niemców. Jeden, największy, ukryty został gdzieś na Kozakach. Może kiedyś, następnym razem uda nam się go odnaleźć?…

Oglądając kościół z bliska, zauważamy nie tylko brak krzyża, który rzucał się w oczy od samego początku. Widoczne są kępy zielska, które porastać zaczynają krawędzie dachu. Niestety, pozostawienie ich tam spowoduje niszczenie murów przez system korzeni.

Tablica upamiętniająca arcybiskupa Hryniewickiego wmurowana w bocznej ścianie kościoła.

Wnętrze kościoła.

Budynek dawnej szkoły.

Tuż przy szkole znajduje się gospodarstwo. Ukraińscy mieszkańcy nie używają już studni, ale na jednym z kamieni tworzących jej konstrukcję wypatrzyliśmy polski napis „Jan Wojtyło”.

Niszczejący budynek dawnego kozaczańskiego domu ludowego, ufundowanego m.in. przez Kazimierza Romańskiego – dziedzica Łuki.

Przemierzaliśmy kolejne metry kozaczańskiej drogi ze świadomością, że wprawdzie są one niewidoczne, jednak depczemy ślady pozostawione tu wiele lat temu przez naszych najbliższych, stąpamy po kamieniach ułożonych podczas wojny przez Żydów pracujących w lokalnej kopalni…

Droga wiodąca do kopalni.

Miejsce, w którym znajdowała się sztolnia.

Gospodarstwo mieszczące się w zabudowaniach, w których znajdowały się biura kopalni węgla brunatnego.

Gospodarstwo Tkaczyków – Michała i Anny ze Stojanowskich z dziećmi Józefem, Marią i Stefanią.

W drodze do Jelechowic zatrzymaliśmy się na chwilę w Złoczowie, by rzucić okiem na fragment murów oraz basztę narożną zamku złoczowskiego. Widoczne na niej litery IS KK SK upamiętniają inicjatora budowy zamku oraz umocnień, Jakuba Sobieskiego krajczego koronnego, starostę krasnystawskiego (ojca króla Jana III Sobieskiego). Zwiedzanie samego zamku zaplanowane było na kolejny dzień.

Kolejnym etapem naszej wyprawy była, znajdująca się nieopodal Kozaków, Łuka. Przed laty mieszkał tu Kazimierz Romański – wspominany przez naszych bliskich właściciel dworu, w którym niejednokrotnie pracowali. Zatrzymaliśmy się w pobliżu cerkwi.

Następnie odwiedziliśmy cmentarz, na którym spoczywają między innymi wcześniejsi dziedzice majątku w Łuce. Cmentarz zarośnięty był niestety podobnie, jak kozaczański…

Podczas poprzedniego wyjazdu zauważono, że na wielu nagrobkach napisy są tak nieczytelne, iż warto byłoby spróbować nieco je odnowić. Bogusław był zatem perfekcyjnie przygotowany i do tego – przetestował odświeżanie napisów czarnym i białym kolorem. Efekty widoczne są na zdjęciach.

Droga z cmentarza w Łuce w kierunku wsi. W dole widoczne odnawiane właśnie budynki stanowiące część dawnego folwarku.

Gdzieś pomiędzy cerkwią a cmentarzem znajdował się ponoć przed laty stary dwór. Może stał w tym miejscu?…

A może nieco wyżej?…

Stawy w Łuce należące do 1939 roku do majątku Romańskich.

W międzyczasie – nadkładając kilka kilometrów podczas zwiedzania Łuki – zajrzeliśmy na cmentarz i do cerkwi w Trościańcu Małym…

… podziwiając przy okazji piękny widok, jaki roztacza się z cerkiewnego wzgórza oraz obiecując sobie solennie, że podczas następnego wyjazdu musimy znaleźć więcej czasu na wizytę tutaj.

Przejeżdżając przez Zarwanicę ciepło myśleliśmy o państwu Kutnych, którzy stąd właśnie pochodzą.

Na sobotę zaplanowaną mieliśmy tzw. Złotą Podkowę, czyli trzy najpiękniejsze okoliczne zamki. Dzień rozpoczęliśmy jednak od tego, co najważniejsze – wróciliśmy do jelechowickiego lasu, by pochować walające się w krzakach ludzkie szczątki…

W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku mogliśmy kontynuować zwiedzanie. Po drodze do Oleska wstąpiliśmy jeszcze do przysiółka Owsiska, starając się uchwycić na zdjęciach cień przeszłości…

Następnie odwiedziliśmy miejsce poświęcone pamięci ukraińskich bohaterów walk narodowo-wyzwoleńczych w latach 1914-1918.

W dalszej trasie obejrzeliśmy kościół w Sasowie.

W końcu dotarliśmy do jednego z głównych punktów planu na sobotę, do Oleska.

W oleskim zamku przyszedł na świat król Jan III Sobieski.

Zamek robi spore wrażenie, ale widok roztaczający się z krużganków zapiera dech w piersi…

… że nie wspomnę o widokach na dziedzińcu 😊

Tablica poświęcona królowi Janowi III Sobieskiemu, ufundowana dla uczczenia 250 rocznicy zwycięstwa pod Wiedniem, w 1933 r. Po przeciwnej stronie dziedzińca umieszczona została „dla równowagi” tablica upamiętniająca marsz hetmana Bohdana Chmielnickiego na Moskwę.

Odrobina smaczków z zamkowych wnętrz.

Wszystko, co oglądaliśmy, sprawiało naprawdę fajne wrażenie, jednak część eksponatów minęlibyśmy bez wielkich emocji, gdyby nie nasz Przewodnik, niezmordowany w „niesieniu kaganka oświaty” 😊 Poniżej lekcja z baroku.

Chwila relaksu w ogrodach zamkowych.

Kolejnym etapem wyprawy były Podhorce – zatrzymaliśmy się w pobliżu kościoła, a następnie przespacerowaliśmy się piękną aleją w kierunku zamku.

Zamek w Podhorcach jest w kiepskim stanie technicznym – trwa w nim remont, który prawdopodobnie nieprędko się skończy.

Wnętrza są prawie puste, a ściany zdobią jedynie reprodukcje obrazów (niektóre z nich mieliśmy okazję widzieć wcześniej w Olesku).

Odwiedziliśmy także pobliski monastyr. Tam w cerkwi z XVIII w. oprócz pięknych ikon nasz zachwyt wzbudził także ogromny żyrandol z masą chińskich świetlówek typu twister.

Ostatnim zamkiem na naszej trasie był zamek w Złoczowie.

Zaraz za bramą znajdują się kamienie z tajemniczymi inskrypcjami. Lubimy łamigłówki, ale szanse na odczytanie zaszyfrowanej wiadomości oceniamy, delikatnie rzecz ujmując, na niewielkie.

Pawilon chiński wybudowany został w XVII w. na życzenie Sobieskiego dla jego ukochanej Marysieńki.

W podziemiach zamku zobaczyć można fragmenty dawnych elementów architektonicznych.

Z tyłu zamku prawdopodobnie znajdowały się niegdyś kładki, podobne do zrekonstruowanej, dzięki którym obrońcy fortecy w razie potrzeby mogli się szybko przedostać na mury obronne…

… a nimi na bastiony, gdzie znajdowały się działa.

W Złoczowie zajrzeliśmy na ulicę Szaszkiewicza, by przekonać się, jaki koszmarek architektoniczny stworzyć można z pięknej przedwojennej willi (zob. wpis: Złoczów, 4 luty 1918. Na pamiątkę wesoło spędzonych godzin… Karta-dokument skomplikowanej historii dwudziestowiecznego Złoczowa)

Ostatnim punktem sobotniej eskapady był cmentarz w Złoczowie.

Będąc na złoczowskim cmentarzu nie można było nie odwiedzić grobu księdza Jana Cieńskiego – jedynego łacińskiego biskupa na Ukrainie (tajnego) za czasów sowieckich.

Złoczów cmentarz, grób biskupa Jana Cieńskiego

Na cmentarzu w oczy bije historia – kawał dawnej Polski. Nie sposób ustawić się w taki sposób, by nie widzieć polskich nagrobków, ale niesamowite wrażenie robi to, że tuż obok widać stare i nowe groby ukraińskie. Spoczęli zatem obok siebie sąsiedzi – na wieczność…

Zwróciliśmy uwagę na to, że wiele niszczejących napisów na polskich grobach zostało świeżo odnowionych (wyciągnęliśmy wnioski na przyszłoroczny wyjazd – najefektowniej wygląda barwa miedziana).

Symboliczna mogiła 611 żydowskich, polskich i ukraińskich ofiar mordu dokonanego przez NKWD w złoczowskim zamku, w którym podczas wojny mieściło się więzienie. Upalne lato roku 1941 sprawiło, że ich ciał nie można było zidentyfikować…

Z uporem poszukiwaliśmy grobu księdza Jana Szewczyka i nielicznych ofiar, które udało się zidentyfikować. Zajęło nam to trochę czasu, ponieważ okazało się, że nie znajduje się on tam, gdzie rzeczywiście zostali oni pochowani. Prawdziwa mogiła znajdująca się tuż przy rotundzie uległa zniszczeniu i w jej miejscu znajdują się teraz inne groby. W pewnym oddaleniu od rotundy ustawiona została symboliczna mogiła upamiętniająca zamordowanych rodaków.

Po drodze do naszej tymczasowej „bazy” mieliśmy okazję zobaczyć kolejne ciekawe miejsca – kościół oraz jedną z nielicznych już przedwojenną chatę w Jelechowicach.

Niedziela była niestety ostatnim dniem naszej wyprawy. Na zakończenie wybraliśmy się na polską mszę do złoczowskiego kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Podróż busem do Lwowa i samolot ze Lwowa do Wrocławia zakończył naszą sentymentalną przygodę. Jednoznacznie stwierdzić należy, że opcja czterodniowego wyjazdu jest zdecydowanie za krótka. Wprawdzie, dzięki naszemu Przewodnikowi, zobaczyliśmy mnóstwo niezwykłych miejsc i usłyszeliśmy masę intrygujących historii, ale tym większy niedosyt pozostał…

Jestem przekonana, że muszę jeszcze tam pojechać i jestem pewna, że nie tylko ja tak myślę…

Lidia Opaczewska, Piła, e-mail: lidia.opaczewska@gmail.com

Zdjęcia w lepszej jakości są tu: KOZAKI KOŁO ZŁOCZOWA I OKOLICE. RELACJA Z WYJAZDU. 01.08.2019-04.08.2019 – FOTORELACJA