Zbigniew Czarnuch, Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan  (2). Opowieści dziadów naszych

Zbieramy chętnych na wyjazd na Kozaki – by zobaczyć okolice opisane w książce. Na zgłoszenia czekamy do końca stycznia 2020 r.: Bogusław Mykietów: aka@mykietow.pl

Nota wydawnicza wersji internetowej: Zbigniew Czarnuch,”Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan”, www.archiwumkresowe.pl 2020, Podstawą tekstu jest wydanie pierwsze z roku 1991, które zostało przez autora przejrzane, poprawione i uzupełnione. Tekst © Zbigniew Czarnuch 2020, ilustracje oznaczone znakiem wodnym © www.archiwumkresowe.pl . Dopiski (dop.): Bogusław Mykietów – w treści: BM. Uprasza się przy cytowaniu fragmentów, o podanie źródła jak wyżej.

Po zakończeniu cyklu umieścimy na naszej stronie, w zakładce ZAZULE KOZAKI KOŁO ZŁOCZOWA, WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE całą treść publikacji w jednym pliku, by można było tekst pobrać i wydrukować.

Dziś prezentujemy kolejną część prologu pt. OPOWIEŚCI DZIADÓW NASZYCH

Przenieśmy się myślą w te odległe czasy,

gdy w miejscu Kozaków rosły bujne lasy,

Duży one wówczas obszar zajmowały,

bo gdzieś poza Wołyń daleko sięgały.


Piękno naszych borów wsławiano już wszędy,

więc ja opisywał go dalej nie będę.

Rzadko kiedy człowiek do boru wstępował,

chyba, że na grubszą zwierzynę polował.


Gdy jednak nadciągały zagony Tatarów,

szukał lud schronienia wśród głębokich jarów

i w gęstwinie borów walki się toczyły,

o czym świadczą licznie rozsiane mogiły.


Gdzie dawniej pola zbożem falowały,

później dzikie, bezludne, pustkowiami stały.

A bór smutnie szumiał, jakoby się żalił,

że niecny pohaniec mordował i palił.


Wówczas to przesławny właściciel Złoczowa,

Oleska, Podhorec, Brodów i Zborowa,

Zwycięzca spod Wiednia i obrońca wiary

zaludnił na nowo te puste obszary:


1933, około, Olesko. Zamek w Olesku. Miejsce urodzenia króla Jana III. Fot. Poddębski. Wydawnictwo Komitetu Obchodu 250-lecia Odsieczy Wiednia. Zbiory Bogusław Mykietów, Zielona Góra.

Ormian osadził w górach Woroniakach,

a wiernych Kozaków – w dzisiejszych Kozakach.

Jako król możny wszelkim prawem władał,

więc i osiedleńcom przywileje nadał.


Pod opieką króla bezpiecznymi byli,

sady zakładali, łowami trudnili.

Tak to nazwa wioski Kozaki powstała,

która ze swym rodem do dzisiaj przetrwała.


Fotografię wykonał Henryk Stojanowski w 2011 roku z przysiółka Amrozy. Widać wieś Kozaki i Kozakową Górę

Wobec dziejów wioski wiele bym zawinił,

gdybym też i innych rodów nie wymienił.

Spójrzmy najpierw na dół, gdzie kotlina owa,

tam swe gniazda uwiła szlachta zagrodowa.


Tu się rozmnożyły Stojanowskich rody,

Wilkowie, Szafrańcy wznieśli swe zagrody,

przybyli Suchińscy, Wydrowie i Kłaki,

stąd też nazwa wioski: „Wilki” i „Kozaki”


Otaczały ją lasy i przepiękne knieje,

wśród których ona różne przeżywała dzieje.

A smutne one były, gdy Ojczyzna cała

rozdarta przez zaborcę w niewoli jęczała.


Zaborca kosztem ujarzmionych ludów

w swoim własnym kraju dokonywał cudów.

Wznosił piękne gmachy, pałace bogate,

budował też górskie kolejki zębate.


Fabryki liczne tu się znajdowały,

które stały zarobek ludziom zapewniały.

Z podziwem patrzyłeś na ten kraj bogaty,

tu nigdzie kurnej nie spotkałeś chaty.


Twarde, gładkie drogi wszędzie się w nim wiły,

a na naszych – w błocie wozy się topiły.

Taka oto droga, w dodatku „traktowa”,

wiodła przez Kozaki do miasta Złoczowa.


Tam się co tygodnia targi odbywały,

na które licznie wozy zewsząd podążały.

A kiedy po targu do domu wracały,

już na nie w Kozakach trzy karczmy czekały.


1917, Złoczów, Rynek. Zbiory: Bogusław Mykietów Zielona Góra.

A że szczęście zawsze tylko temu sprzyja,

kto z targu wracając karczmy nie omija,

więc się kmiecie tłumnie do tych karczem pchali,

gdzie chytrzy szynkarze gorzałkę stawiali.


Pił więc Kuba do Jakuba, Jakub do Michała

Hryćko, Wasyl i Mykieta – kompanija cała.

Pił tam Polak do Rusina, zwał go czule bratem,

nie przewidział, że ten Rusin będzie jego katem.


Picie przysłowiowy smutny koniec miało;

wielu kmieciów do domu bez grosza wracało.

Szczęściem się tylko szynkarze cieszyli,

kiedy swe utargi nocami liczyli.


Tak się działo na Kozakach przed dawnymi laty,

gdy nie było tam kościoła, nie było oświaty.

Do Złoczowa zbyt daleko, zimą było ślisko

gdzież niedzielę spędzić miło? Karczmy są tak blisko.


Więc się tedy ludzie chętnie do karczmy schodzili,

gdzie wśród gwaru kieliszkami cały dzień dzwonili.

Na frasunek dobry trunek – powiada przysłowie –

zapomina człek o biedzie, gdy mu szumi w głowie.


Nie miał chłop pieniędzy? nie myślał on o tym,

byle tylko dzisiaj wypić, zapłaci się potem.

Skoro duży dług już urósł za wypity trunek,

miał ci wtedy chłop dopiero nie lada frasunek.


Szynkarz wódki nie żałował i na kredyt dawał,

wiedząc dobrze, że chłop na dług sprzeda pola kawał.

Nie do jednej chaty bieda zaglądała,

i niejednej rodzinie sen z oczu spędzała.


Chłop miał mało pola, za to sporo dziatek,

częstym był tam gościem głód i niedostatek.

Jak to bywa na przednówku, braknie chłopu chleba:

gdzież zarobić? za co kupić? – do pana iść trzeba.


Pan litował się nad chłopem w jego ciężkiej doli,

bo mu płacił za dzień pracy aż trzy kilo soli!

Pod złym okiem ekonoma od wczesnego rana,

za sześćdziesiąt groszy dziennie pracował dla pana.


Przez dnie całe w letnim skwarze o wodzie i chlebie

kóp czternaście żął dla pana, piętnastą dla siebie.

Zraszał więc chłop pańskie łany swoim krwawym potem,

a pan jeździł za granicę, sypiąc hojnie złotem.


Chłopu także za granicę jechać było trzeba,

by wśród innych – obcych ludzi szukać dla się chleba.

Dolaż moja nieszczęśliwa – wzdychał chłop z rozpaczą

czy też kiedy lepsze czasy me oczy zobaczą?


Czy me dzieci dzisiaj głodne, przy tym bose, gołe,

będą miały chleba dosyć, chodziły do szkoły.

Czy będą one kiedyś czytały, pisały,

czy też będą – jak ja dzisiaj – krzyżyki stawiały?


O wiele weselsze byłoby me życie,

gdybym się podpisać umiał należycie.

Gdy więc zimą spoczywały pługi, brony, radła,

chciał się wtedy chłop nauczyć chociaż abecadła.


Czekał tylko ostrych mrozów, przy tym zawieruchy,

wtedy szedł on na naukę na Łęg do Rzeruchy.

O Rzerusze w okolicy dawniej każdy słyszał,

bo na bydło i na trzodę świadectwa on pisał.


Okolice Złoczowa w 1939 roku. Łęg – na górze mapy, na lewo od Amrozów.

Skoro chłop pod okiem mistrza abecadłem władał,

to już wtedy bez kłopotu całe słowa składał.

A radości, nawet dumy było przy tym wiele,

gdy z książeczki pośród ludzi modlił się w kościele.


Także Rzerucha stary w duszy się radował,

gdy zebrane za naukę pieniądze rachował.

Wśród tego ucisku, smutku, utrapienia,

szukali ludzie w modłach ukojenia.


Bywało nieraz w zimowe wieczory,

poschodzą się ludzie na rozhowory

do jednej chaty. Radzą o wszystkim, co boli,

jakby tu zaradzić swej nieszczęsnej doli.


Jak zdobyć chleba, pieniędzy, odzieży,

pospłacać długi – komu się należy,

jak wygnać z domu biedę, niedostatek,

światlejszą przyszłość zdobyć dla swych dziatek.


O! żeby tu w miejscu była kiedyś szkoła

i by tak daleko nie iść do kościoła.

Odezwie się któryś: Dumaj do północy –

nic tutaj nie zrobimy bez Boskiej pomocy.


Na to pod piecem jakaś starowina

półgłosem odmawiać różaniec zaczyna.

Milkną rozhowory, ustają biadania,

a w kornych „zdrowaśkach” niosą swe błaganie,


do Tej, co ma serce otwarte każdemu,

a przede wszystkim nędzą strapionemu!

Gdy późną nocą już się rozchodzili,

na pożegnanie taką pieśń nucili:


„Dobranoc! Kwiecie lelija

Jezus, Józef i Maryja – Dobranoc!”

Ta najczulsza z matek, nadzieja jedyna,

zaniosła te skargi przed tron Swego Syna.


1937, Lwów – Kozłów. Obrazek prymicyjny. ks. Jan Schiller. Na odwrocie napis: pamiątka z Rykowa od Jana Schillera. Maria Kłak rok 194(1)? Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

Synu mój, Ty widzisz ucisk Twego ludu –

więc jak kiedyś na puszczy – dokonaj tu cudu!

Niechaj im dłużej łzy z oczu nie płyną,

bo kiedy ich opuścisz, to marnie poginą”.


„Poślę ja im, Matko, swojego wybrańca,

męczennika za wiarę, carskiego skazańca,

dobrego pasterza – nieustraszonego

księdza arcybiskupa Hryniewieckiego.


1940, 2 czerwiec, Kozaki, Arcybiskup Karol Hryniewicki. Na odwrocie dopisek Marii Kłak (później po mężu Pańczyszyn): „Dostałam go 2 czerwca 1940 r.” Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

Trzy lata minęło, jak z praw swych wyzuty,

wywieziony na Sybir – do taczek przykuty

w kopalni węgla, w mroźnym Jarosławiu,

gdyż nie dał swej owczarni carskiemu prawosławiu.


Trzy lata cierpienia – dosyć dlań tej próby,

on to wieś Kozaki uchroni od zguby.


STRUDZONY WĘDROWIEC


Zbliżają się święta radości, wesela,

Dzień pamiątki przyjścia na świat Zbawiciela,

tego, co ród ludzki wyzwalał z czarta mocy,

o którym przez wieki głosili prorocy.


O Dniu ty święty! O Dniu szczęśliwy,

ty we snach dzieciom niesiesz różne dziwy.

We łzach starzy Ciebie wspominają,

gdy myślą w dziecinne lata swe wracają.


Do tych świąt zawczasu wszyscy się sposobią,

dusze oczyszczają, mieszkania swe zdobią,

A te nasze drogie Matki zawsze o to dbały,

by ich dzieci na to święto przyodziewek miały.


Tylko lasy w mgłach jesiennych jakoby płakały,

że na przyjście święta okrycia nie ubrały.

Ale zima, chociaż sroga – czułe serce miała,

i tą nagość pól i lasów w szatę swą odziała.


Jak pod różdżką czarodziejską zmieniła swe lica

w wigilijną przystrojona szatę okolica.

Więc wachlarzowate jodły, co wzdłuż drogi stały,

w uroczyste świeczniki jakby się zmieniały,


tylko, że swe świece zwieszają ku dołowi,

chcąc niejako oświecać drogę człowiekowi.

Jak cudnie w blasku słońca białe brzozy lśniły,

które kryształowych pereł tysiące zdobiły.


A puszki przyszłych listków otula szron biały,

by wśród ostrych mrozów wiosny doczekały.

Ustroił się krzak głogu, jakoby pan młody,

w oszronionych gałązkach w czerwone jagody.


Nawet suchy oset w swej srebrnej koronie,

delikatny, wytworny – oko ludzkie chłonie.

Każde drzewko w lesie uroku tyle miało.

Jakoby swe Srebrne Gody odbywało.


Cisza uroczysta, jak w dużej świątyni.

Tylko czasem słychać głębokie westchnienie

To drzewa konary w ciszy wyprężają,

gdy ciężar szronu ze siebie zrzucają.


Tuż opodal drogi grube buki stoją,

w szlachetną się biel srebra i kryształu stroją.

Przez gałęzie wdarł się promyk przenikliwy,

wywołując w kryształach kolorowe dziwy.


Na zboczu leszczyna – jak srebrnymi wstęgami

łączy swe gałązki dziwnymi łukami.

Poszukajmy tutaj cudów tych przyczyny –

są nią oszroniałe nici pajęczyny.


Czasem ptak zimowy trzepnie gałązkami,

obsypując czerń ziemi srebrnymi gwiazdkami.

A promień słońca, co za lasem ginie,

arcydzieło elfów oświeca w tarninie.


A oto za jodłami słychać czyjeś kroki,

wyłania się na drodze mężczyzna wysoki,

w grubej, szarej opończy, z różańcem u pasa,

okrycie głowy dziwne – postać to nie nasza.


Wygląda na wędrowca, który w owe strony

jakimś zrządzeniem losu został przywiedziony.

W pierwszej chwili uderza mężczyzny wzrost wysoki

a potem jego oczy – jego wzrok głęboki.


Są to oczy człowieka, co patrzeć umieją,

fałszu nie znają, dobrocią się śmieją.

Chód jego powolny – widać, że strudzony,

srogim losem gnany, życiem umęczony.


Idzie tą leśną, nieznaną mu drożyną ,

z kolumnadą buków srebrnych przetkanych leszczyną.

Za zakrętem drogi las nieco rzednieje,

a na obszernej polanie dworek już widnieje.


Z niedowierzaniem wędrowiec oczy swe przeciera,

myśląc, że to złuda widok ten wywiera.

Z piersi jego głębokie dobywa się westchnienie,

chciałby w tym zakątku znaleźć odpocznienie.


Przyśpiesza więc kroku – jest już na polanie,

z dala go wita czujnych psów szczekanie.

Tym oto wędrowcem nie był człowiek świecki,

był nim arcybiskup, Karol Hryniewiecki.


Niegdyś arcykapłan wileńskiej owczarni,

po latach zesłania, katuszach, męczarni,

w drodze łaski cara z katorgi zwolniony,

z granic cesarstwa został wydalony.


Odczytano mu przy tym nakaz cara srogi,

powrotnej do Wilna wzbraniający drogi.

Przez eskortę żandarmów, by z drogi nie zboczył,

w Podwołczyskach nareszcie granicę przekroczył.


Nie miał kęsa chleba, złota ani srebra,

tylko od kolb żandarmów połamane żebra.

Wycieńczony, chory, na nogach się słania

i w tej cichej modlitwie żebrze zmiłowania


tej Matuchny, co w Ostrej świeci Bramie,

by strudzonemu słudze podała swe ramię.

Matuchna niebiańska wołanie to słyszy,

wiedzie go powoli w to leśne zacisze.


1920, około, obrazek. Matka Boska Ostrobramska. Wincenty Kuczabiński Lwów. Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

Tu kres twoich cierpień – kres twoich męczarni,

tu rozpoczniesz pracę dla nowej owczarni.

Tymczasem ze dworu na odgłos psiej wrzawy –

wychodzi naprzeciw ekonom ciekawy.


Poczciwy człeczyna, wiele w świecie bywał,

a stary już był, Szyzdyk się nazywał.

Widząc, że człek obcy – tak z wyglądu sądził –

pyta go, czy czasem w tym lesie nie zbłądził.


„Miarkuję, żeś zmęczony – dokąd Bóg prowadzi,

może ci w potrzebie stary coś poradzi?”

Na to drżącym głosem obcy odpowiada:

„Niewiele mi pomoże tutaj twoja rada;


droga moja z daleka, idę w świat nieznany,

niebo jest mi dachem – ja jestem wygnany.

Czy deszcz lica chłoszcze, czy wiatr śniegiem miecie,

idę wciąż przed siebie – tułam się po świecie.


Tylko dobrzy ludzie chętnie wspomagają,

gościnnego dachu czasem użyczają”.

Rozczulił ekonoma los człeka złowieszczy

i łza współczucia w oczach jego błyszczy.


A że słońce się chyli już za ścianę boru,

więc zaprasza wędrowca w gościnę do dworu.

Chociaż sam jest sługą, rządy tu nie jego,

musi poratować w potrzebie obcego.


Właścicielka dworku, staruszka poczciwa,

na ludzką niedolę zawsze litościwa,

strawy nie poskąpi – groszem też wspomoże,

pod dach swój przygarnie i radą pomoże.


Gdy wędrowiec staruszce dzieje swe wyjawił,

skąd przybywa, kim jest i jak się tu zjawił,

ciężka jego dola tak ją rozczuliła,

że już go z dworku dalej nie puściła.


„Ekscelencjo! – rzecze – grzech ciężki bym miała,

gdybym ci schronienia w swym domu nie dała.

Chociaż nam Ojczyznę zaborcy rozdarli,

Jeszcze z naszych piersi serca nie wydarli.


Skoro wrócić nie możesz do swojej owczarni,

dom mój niechaj będzie kresem twych męczarni”.

Tak skończył się wędrowca okres cierpień długi,

teraz nowych dziejów rozpocznie się drugi.


Jutro zaprezentujemy kolejną część prologu zatytułowaną: Wiosna w Amrozach / Radosna nowina