Zbigniew Czarnuch, Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan (3). Wiosna w Amrozach / Radosna nowina

Zbieramy chętnych na wyjazd na Kozaki – by zobaczyć okolice opisane w książce. Na zgłoszenia czekamy do końca stycznia 2020 r.: Bogusław Mykietów: aka@mykietow.pl

Nota wydawnicza wersji internetowej: Zbigniew Czarnuch,”Opowieść o dwóch ziemiach mieszkańców Pyrzan”, www.archiwumkresowe.pl 2020, Podstawą tekstu jest wydanie pierwsze z roku 1991, które zostało przez autora przejrzane, poprawione i uzupełnione. Tekst © Zbigniew Czarnuch 2020, ilustracje oznaczone znakiem wodnym © www.archiwumkresowe.pl . Dopiski (dop.): Bogusław Mykietów – w treści: BM. Uprasza się przy cytowaniu fragmentów, o podanie źródła jak wyżej.

Po zakończeniu cyklu umieścimy na naszej stronie, w zakładce ZAZULE KOZAKI KOŁO ZŁOCZOWA, WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE całą treść publikacji w jednym pliku, by można było tekst pobrać i wydrukować.

Dziś prezentujemy kolejną część prologu pt. Wiosna w Amrozach / Radosna nowina

Fotografię wykonał w 2011 roku Henryk Stojanowski z przysiółka Amrozy. Widać wieś Kozaki i Kozakową Górę

WIOSNA W AMROZACH


Zima tego roku ciągnęła się długo,

i zwaliska śniegu leżały nad strugą.

Słońce już na niebie coraz wyżej stało,

ciepłe swe promienie wciąż na ziemię słało.


Lecz uparta zima ustąpić nie chciała

i gęstymi chmurami niebo zasłaniała.

Chociaż czasem na chwilę słońce zabłysnęło,

już zaraz z chmur szarych krupami sypnęło.


Jeszcze wiatr północny siłę swoją wzmaga,

jeszcze ostrym szronem po obliczu smaga,

ale właśnie z pomocą spieszy już duch nowy,

na swych zwinnych skrzydłach zefir południowy,


a z nim to po błękicie, niby owiec runo,

powoli i łagodnie białe chmurki suną.

Przestał wiatr północny targać badylami

i śnieg brudny zniknął między opłotkami.


Strumyki i kałuże, co z śniegu powstały,

w rozmarzniętą ziemię powoli wsiąkały.

Resztki zaś kałuż, co w krąg jeszcze lśniły,

promienie słoneczne do szczętu wypiły.


Już skowronek pod miedzą trzepnął skrzydełkami,

spoziera na słońce małymi oczkami,

frunął wysoko, nad rolą jeszcze zimną

i tam wyśpiewywał swoją pieśń dziękczynną.


A szare wróbelki, co tu zimowały

i co się we wsi działo, o wszystkim wiedziały,

teraz bzy obsiadły dużymi gromady,

i z wielkim hałasem wiodą swoje rady.


Cieszy je widocznie ta chwila radosna,

że po ciężkiej zimie powróciła wiosna.

Ale jastrząb – niecnota – nie w porę przybywa

i wrzaskliwe zebranie brutalnie przerywa.


Tam znów szpaki jabłoń obsiadły wokoło

i trzepiąc skrzydełkami, gwiżdżą wesoło.

Czasem któryś sfrunie w zeschnięte maliny

gdzie na nowe gniazdo szuka podwaliny.


A górą, w powietrzu w dnie ciepłe, pogodne,

ciągnie w dużych kluczach różne ptactwo wodne.

Lasy dotąd senne – już się ożywiły –

z pąków przyszłych liści łupiny zrzuciły,


teraz w blasku słońca barwnie się mienią,

białe brzozy złotem, a buki czerwienią.

Ciepły deszczyk umył matki – ziemi lica,

więc się w kwiaty stroi jakoby dziewica.


Życiodajne słońce te cuda sprawiło,

że wszystko, co żyć miało, ze snu się zbudziło.

Tu i ówdzie chłopi pola swe obchodzą

i bystrym wzrokiem po zasiewach wodzą.


Pięknie tego roku oziminy wyszły,

budząc w sercach nadzieje na ich plony przyszłe.

Zmarszczone trudami to chłopskie oblicze,

już kmieć naprzód w myślach przyszłe kopy liczy.


Jeśli Bóg zachowa te śliczne zasiewy,

grad ich nie wybije, nie zniszczą ulewy,

będzie tego roku pod dostatkiem chleba

i na pańskim dorabiać już nie będzie trzeba.


A gosposie tymczasem swe kłopoty miały,

Wielki post się kończył – święta się zbliżały.

Ileż muszą się natroskać, ciężko napracować,

by na święta wielkanocne wszystko przygotować.


Zniknęły już niepotrzebne zimowe zahaty,

z dala widać pośród sadów pobielone chaty.

Z przyodziewkiem dla rodziny kłopotów niemało,

coś dla siebie i dla dzieci kupić by się zdało.


Z tych kłopotów przedświątecznych ten największy miały,

by się baby wielkanocne najpiękniej udały.

Te bogatsze gospodynie jaj nie żałowały,

biedniejsze zaś, jaj nie mając, szafranu dawały.


Chociaż biedne, honor miały, trzeba o tym wiedzieć,

przed bogatszą przy święceniu nie chciały się wstydzić.

A pieczono wówczas baby jak u wozu koła,

nim chłop doniósł do święcenia, pot mu kapał z czoła


Nie dziwota – do Złoczowa była mila drogi,

zmęczyły się silnie plecy, umęczyły nogi.

Aż tu nagle dnia jednego lotem błyskawicy,

rozniosła się wieść radosna w całej okolicy.


W dworku Lisińskiej – głosił Szyzdyk stary –

arcybiskup będzie święcił ludziom Boże dary.

Na Wielkanoc niech się zejdą, gdy ranek nastanie,

bo mszę świętą odprawi, wygłosi kazanie.


Byłem wtedy dzieckiem – miałem cztery lata,

za własnym podwórkiem nie widziałem świata,

lecz niektóre zdarzenia i ten nastrój miły

w mej dziecięcej pamięci na zawsze utkwiły.


Za mało mam dziś talentu, bym uczynił zadość

i opisał w tych wspomnieniach swą dziecinną radość.


Już przed Wielkanocą spokoju nie miałem

i swoją matulkę tak molestowałem,

prosiłem, płakałem, by się zlitowała

i Wielkanocną Paschę święcić mnie z sobą zabrała.


Wpierw było straszenie, a później łajanie,

lecz skoro nadeszło Pańskie Zmartwychwstanie,

zbudziła mnie o świcie, odświętnie ubrała

i dawszy mi babeczkę z sobą iść kazała.


Uczepiwszy się kurczowo maminej spódnicy,

pierwszy raz wyruszyłem zza swojej granicy.

A czarownym ten świat nowy wtedy mi się zdawał,

budził we mnie podziw wielki i strachem napawał.


Skoro tylko minęliśmy wioszczynę Amrozy,

zobaczyłem tuż przed sobą głębokie wąwozy.

Ogarnął mnie lęk niemały – wstyd powiedzieć komu,

byłbym chętnie wtedy czmychnął z powrotem do domu.


Starzy nieraz opowiadali – oni o tym wiedzą –

że w tych jarach i zaroślach same diabły siedzą.

Gdy tak o tym rozmyślałem, nie wiem, jak się stało,

bo to nagle w mej chusteczce babeczki nie stało.


Pociągnęło mą babeczkę w wąwóz coś uparcie,

pewnie diabli ją porwali sobie na pożarcie.

Tu już dłużej nie strzymałem, usiadłem na drodze

i łzom swoim, jak groch wielkim, popuściłem wodze.


Lecz płacz rzewny i żal srogi na nic się nie zdały,

z mej babeczki w tym wąwozie okruchy zostały.

Podchlipując jeszcze ciągle, choć drżały mi nogi,

trzeba było po tej stracie ruszać dalej w drogę.


RADOSNA NOWINA


Już słońce swym różem niebo zabarwiło,

jakieś ranne ptaszę ze snu się zbudziło,

wzbiło się wysoko, że go wzrok nie chwyta,

zwiastując stworzeniu, że dzień nowy świta.


Jeszcze mrok ponury w wąwozach się kryje,

jednak i tam słońce swoje światło sieje.

Już bór się napełnia ptasząt szczebiotaniem,

którym kosy wtórują wesołym gwizdaniem.


I serce człowieka pełne jest radości.

gdy patrzy na tę walkę światła i ciemności.

Kropli rannej rosy niezliczone krocie

lśnią tak jak brylanty w jasnym słońca złocie.


Tymczasem dziedziniec i dworska polana

zapełniła się ludźmi od wczesnego rana.

I chociaż tych ludzi zebrało się wiele,

panował tam nastrój jakoby w kościele.


Z dala widać w ganku ołtarz już gotowy,

przed którym się modlą i chylą swe głowy,

nie tylko ci starzy, siwizną okryci,

korzą się młodzi, modlą się też dzieci.


Korzą się przed Matką, co zna dzieci głos,

Ona od nich odwróci niejeden ciężki cios.


Gdy lud rozmodlony na murawie klęczał,

nagle w głębi ganku dzwoneczek zadźwięczał

trzykrotnie. Ucichło pobożne modlitw odmawianie,

tylko w jarze słychać strumyka szemranie.


Leśnych ptasząt śpiewy i nieba lazur czysty

tworzyły jakiś dziwny nastrój uroczysty.

Już na ołtarzu dwanaście świec płonie

przed obrazem Matki w złocistej koronie.


1920, około, obrazek. Matka Boska Ostrobramska. Wincenty Kuczabiński Lwów. Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

Zaszumiały w zachwycie nawet buki stare,

że dziś będą świadkami Bezkrwawej Ofiary.

Oto się przed ołtarzem arcybiskup zjawił

i świętym znakiem krzyża ludzi błogosławił.


A nim zaczął sprawować Najświętszą Ofiarę,

zaintonował pieśń piękną, radosną i starą:

„Wesoły nam dzień dziś nastał” – lud melodię chwycił

i w jednej chwili cały bór pieśnią się nasycił.


Podają ją buki bukom, echo brzmi w wąwozach,

wiatr ją niesie na Kozaki, słychać ją w Amrozach,

wzbija się pod błękit, gdzie skowronek buja,

tam się łączy z jego pieniem głośne „Alleluja”.


Coraz dalej, coraz wyżej pieśń radośnie płynie,

może gdzieś tam tego ranka – u bram nieba zginie.

Zniknęły już leśne mroki, skurczyły się cienie,

przy ołtarzu dźwięczy dzwonek na Przeistoczenie.


1966, 16 czerwiec, obrazek prymicyjny ks. Józef Kłak. Częstochowa – Pyrzany. 2 sztuki. Zbiory Marii Pańczyszyn z Pyrzan.

Pięciokrotny znak krzyża Arcypasterz czyni,

nad Chlebem i winem, które się zamieni

w Ciało i Krew Pańską. Cud to niepojęty,

gdy z nieba zstępuje Pan po trzykroć Święty!


Uroczysta cisza. Lud oczyma wiary

wielbi swego Pana – szumią buki stare.

Spoza lasu słońce ciekawie wyjrzało

i hołd Stwórcy należny także oddać chciało.


Oto w jego blasku na ołtarzu tonie

obraz Matki Bożej w złocistej koronie.

Do tych kornych modłów, hołdu, uwielbienia,

różne ptactwo leśne łączyło swe pienia.


I ten mały potok, co z grobli w jaz spada,

szemrząc po opokach – dziwy opowiada

w tym wspaniałym świetle wiosennego słońca.

Pamiętna msza w dworku dobiegła już końca.


Odtąd nowych dziejów zaczyna się wątek,

którym ta Wielkanoc nadała początek.

Już w kilka dni po tym, nie pamiętam daty,

biegła wieść radosna od chaty do chaty,


całą okolicę obiegła dokoła:

Kościół będzie na Kozakach, probostwo i szkoła!


Widok z Kozakowej Góry na kościół parafialny i szkołę (na prawo od kościoła) na Kozakach (2010 rok)

Jutro kolejna część: Jak to na Zazulach przed laty bywało