CZĘŚĆ II. Ubezpieczona rodzina dziadka ze Strutynia
Podczas gdy w Złoczowie młoda Zosia Zarembianka nieświadomie trafiła w sam środek przedwojennej afery sensacyjno-miłosnej z ulicy Chodkiewicza, a bracia Zarembowie w pocie czoła pracowali na kolei, w niedalekim Strutyniu w oficjalnych kartach ubezpieczeniowych odnajduję ich szwagra, a mojego dziadka Antoniego.
Trochę jestem zawiedziona, że nie znajduję babci, bo wiem, że moja babcia Stefania z domu Zaremba, przed ślubem, czy po, tego dokładnie nie ma mi już kto doprecyzować, pracowała przy zszywaniu książek w legendarnym złoczowskim wydawnictwie Zukerkandla.
Miała tam nawet niewielki wypadek, igła trafiła w palec, przeszywając paznokieć i potrzebna była pomoc lekarska. Liczyłam na jakiś ślad tego wydarzenia, zwłaszcza, że babcia dostała z tego tytułu ponoć jakieś odszkodowanie, które potem spożytkowała na dokupienie ziemi, ale nie wiedzieć czemu, ani razu nie trafiłam na listę ich pracowników.
Wydawnictwo, Księgarnia i Drukarnia Wilhelma Zukerkandla mieściło się w samym sercu miasta, przy ulicy Sobieskiego 24 w Złoczowie i była to jedna z najsłynniejszych i największych prywatnych oficyn wydawniczych w przedwojennej Polsce, znana w całym kraju z wydawania tanich arcydzieł literatury światowej w serii „Biblioteka Powszechna” oraz słynnych „bryków” szkolnych.
Myślę, że brak śladów wypadku babci Stefanii oraz innych pracowników Zukerkandla w bazie Kas Chorych USHMM z Waszyngtonu nie jest dziełem przypadku. Jak wyczytałam, wynika to z trzech konkretnych, historyczno-urzędowych powodów.
Po pierwsze, w strukturze wydawnictwa Zukerkandla introligatorzy, korektorzy oraz osoby składające czy zszywające książki byli często klasyfikowani przez polskie prawo jako pracownicy umysłowi lub uprzywilejowani rzemieślnicy, a nie typowi robotnicy fizyczni jak ceglarze czy kolejarze. Podlegali oni pod zupełnie inne rejestry i fundusze ubezpieczeniowe, np. pod Zakład Ubezpieczeń Pracowników Umysłowych – ZUPU, których akta mogły trafić do innych zespołów archiwalnych lub ulec zniszczeniu.
Po drugie, choć wydawnictwo miało ogromną sławę, to w latach 30. po śmierci Wilhelma, gdy firmą rządzili jego spadkobiercy, Maria i Hilary Zwerdling, sam zakład zatrudniał na stałe zaledwie około 6-10 stałych robotników warsztatowych. Reszta, w tym prawdopodobnie moja babcia, mogła pracować na umowach sezonowych, akordowych lub jako wolni praktykanci, co w ówczesnej biurokracji Kas Chorych nie zawsze skutkowało założeniem osobnej, trwałej karty zgłoszeniowej, która przetrwałaby w tym konkretnym zbiorze do dziś.
I po trzecie, wydawnictwo Zukerkandlów było firmą żydowską. Po wkroczeniu Niemców do Złoczowa w 1941 roku, cały majątek przy ul. Sobieskiego 24 został natychmiast zlikwidowany, splądrowany, a właściciele zamordowani. Niemiecka administracja Kas Chorych (AOK), przejmując akta robotników ze Złoczowa, traktowała dokumentację dawnych przedsiębiorstw żydowskich wybiórczo. Kartoteki ich pracowników były masowo niszczone lub wyrzucane, ponieważ zakłady te przestały dla Rzeszy formalnie istnieć. Do bazy USHMM trafiły tylko te strzępy dokumentów, które Niemcy uznali za przydatne lub które w jakiś sposób przetrwały chaos likwidacyjny.
Tym samym, skoro firmowa dokumentacja Zukerkandlów i ich pracowników została w większości zniszczona i bezpowrotnie przepadła, nie trafiając do wojennych rejestrów, zostawiam sprawę babci i przechodzę do Strutynia, do dziadka Antoniego, bo na jego kartę i owszem, natrafiłam. Jest dziwna, przekreślona, ale wpisana jest tam moja babcia i dwaj synowie i ten widok mnie niezmiernie rozczula.
Ta niemiecka karta zgłoszeniowa do ubezpieczenia społecznego z grudnia 1942 roku, mimo urzędowych skreśleń, pozwala mi prześledzić wojenne losy rodziny.
Wyraziste, czerwone przekreślenie i fioletowy dopisek o omyłkowym zgłoszeniu do Lwowa w czerwcu 1943 roku nie unieważniają karty, ani nie oznaczają tego, że dziadek coś złego zrobił, lecz korektę kategorii ubezpieczenia przez ówczesną administrację. To oficjalna metoda urzędowa na zarchiwizowanie zamkniętej sprawy.
Gdy urzędnik w Złoczowie wprowadził do głównych kartotek informację, że Antoni z dniem 1 maja przestał tam pracować, kreślił dokument na ukos. Miało to cel czysto praktyczny i policyjny, mianowicie anulowało moc ochronną dokumentu. Gdyby po 1 maja dziadek Antoni został zatrzymany podczas łapanki i pokazał tę kartę, niemiecki żandarm od razu by widział, po tych skreśleniach, że ten człowiek nie ma już ważnego zatrudnienia, czyli jego Ausweis stracił ważność i kwalifikuje się do wywózki.
Najważniejszy i najbardziej poruszający jest jednak rewers tej karty, na którym dziadek Antoni własnoręcznie się podpisał, deklarując, że mieszkają z nim i pozostają na jego całkowitym utrzymaniu członkowie najbliższej rodziny. Urzędnik wpisał tam jego żonę, babcię Stefanię oraz dwóch synów, czteroletniego Władysława i mojego tatę Józefa, który miał wówczas zaledwie dwa lata.
Z zestawienia tych danych z posiadanym przeze mnie cywilnym aktem urodzenia mojego taty dostrzegam ważną zależność. Akt ten potwierdza, że przed wojną, lub w jej trakcie, Antoni posiadał własną ziemię i był niezależnym gospodarzem utrzymującym się z własnej roli, podczas gdy karta ubezpieczeniowa dokumentuje jego pięciomiesięczną pracę jako robotnika u niemieckiego pracodawcy w Liegenschaftsverwaltung – Betrieb Strutyn, Zarządzie Nieruchomości Ziemskich w Strutyniu od grudnia 1942 do maja 1943 roku. Zarabiał tam dziewięćdziesiąt złotych miesięcznie w gotówce oraz otrzymywał deputat w naturze o wartości dziesięciu złotych.
Podejrzewam, że podjęcie takiego zatrudnienia było w tamtym czasie powszechną na Kresach strategią przetrwania, mającą na celu zdobycie oficjalnej Arbeitskarte, karty pracy, która chroniła polskich rolników przed wywózką na przymusowe roboty do Trzeciej Rzeszy oraz przed bezprawnymi rekwizycjami prywatnego inwentarza przez okupanta. Dziadek najprawdopodobniej na wzór innych podjął tę pracę formalnie, by zabezpieczyć siebie i rodzinę, podczas gdy ich realnym źródłem utrzymania i tak pozostawała własna ziemia.
Oficjalne wyrejestrowano dziadka z tej pracy pierwszego maja 1943 roku. Na górnym marginesie tego wyrejestrowania znajduje się tajemnicza adnotacja oznaczająca, że zwolnienie i wyrejestrowanie nastąpiło nagle, bez urzędowego poświadczenia zameldowania, co myślę, że odzwierciedla biurokratyczne zamieszanie panujące w tym czasie w powiecie złoczowskim. Administracja pewnie nie nadążała z wydawaniem papierowych zaświadczeń, bo tuż obok w tym samym dokumencie czarno na białym zaznaczono, że dziadek po zakończeniu pracy nadal pozostaje na miejscu w Strutyniu. Po prostu po pięciu miesiącach z jakiejś przyczyny przestał pracować dla Niemców i skupił się wyłącznie na prowadzeniu własnego gospodarstwa, starając się cały czas utrzymać rodzinę.
Ustalenie jak i z czego dokładnie żyli po maju 1943 roku jest średnio możliwe. Mogę się tylko domyślać, jakim problemem były obowiązki narzucane na tamtejszą ludność przez okupanta. Polscy rolnicy na Kresach musieli oddawać Niemcom rygorystyczne kontyngenty żywnościowe, ale może chociaż nadwyżki produkcji ukrywane przed urzędnikami pozwalały rodzinie fizycznie przeżyć i handlować nimi wymiennie na czarnym rynku.
Gdy latem 1944 roku przez te tereny przeszedł front wschodni, wkroczenie nowej, radzieckiej administracji przyniosło kolejny etap chaosu. Własna rola pozwalała im wprawdzie na zabezpieczenie żywności, jednak na co dzień musieli mierzyć się z wiszącymi nad nimi kolejnymi zagrożeniami, przymusowym poborem mężczyzn do wojska oraz nałożonymi, ogromnymi podatkami w naturze. Wkrótce też poznali nieustający, śmiertelny strach przed napadami ze strony ukraińskich nacjonalistów. Życie w ciągłym zagrożeniu, gdzie nikt nie mógł być pewny kolejnego dnia, ostatecznie zmusiło ich do podjęcia bolesnej decyzji o porzuceniu ojcowizny i ucieczce na zachód. Wszystko to doprowadziło do dramatycznego momentu we wrześniu 1945 roku, kiedy to mój dziadek Antoni, babcia Stefania, dzieci, moja prababcia Katarzyna z domu Dmytryszyn siedzieli już w wagonie repatriacyjnym gotowi do drogi w nieznane, a wraz z nimi, w tym samym transporcie, jechał też brat dziadka Władek ze swoją żoną oraz pozostali krewni, w tym dwie siostry babci ze swoimi rodzinami. Na miejscu została tylko Zofia, ta co krawcową chciała być. Zmarła we Lwowie w 2017 roku.

Zgłoszenie o wstąpieniu do pracy (Anmeldung) mojego dziadka Antoniego Mamurowicza w majątku Liegenschaftsverwaltung Strutyń z dnia 1 grudnia 1942 roku, z widocznym urzędowym przekreśleniem i adnotacją o biurokratycznej korekcie rejestru. Źródło: Ancestry, kolekcja, Poland, Social Insurance Records (Lwów and surrounding areas), 1920-1944.

Wzruszający dla mnie dokument. Deklaracja członków rodziny na rewersie zgłoszenia z dnia 7 grudnia 1942 roku z własnoręcznym podpisem dziadka Antoniego, na której widnieją zgłoszeni do ubezpieczenia babcia Stefania oraz synowie Władysław i mój tata Józef. Źródło: Ancestry, kolekcja: Poland, Social Insurance Records (Lwów and surrounding areas), 1920-1944.


Zgłoszenie o wystąpieniu z pracy (Abmeldung) mojego dziadka Antoniego Marmurowicza z dnia 1 maja 1943 roku (awers) wraz z urzędowymi pouczeniami (rewers) i widoczną na marginesie odręczną adnotacją o braku zaświadczenia meldunkowego. Źródło: Ancestry, kolekcja, Poland, Social Insurance Records (Lwów and surrounding areas), 1920-1944.
Biedny Władek, brat dziadka nie zdołał umościć się w obiecywanej przez władze nowej krainie szczęśliwości, w trasie uległ bowiem tragicznemu wypadkowi i zginął wkrótce po przekroczeniu nowej granicy. Ale póki co, znalazłam jego przedwojenną kartę ubezpieczeniową z 22 kwietnia 1936 roku, z której wynika, że pracował wtedy w Złoczowie jako robotnik piekarski u niejakiego Leiba Pressa, którego piekarnia mieściła się przy ulicy Teatralnej numer 3.
Dokument ten, w przeciwieństwie do wojennych formularzy dziadka, jest wypełniony niezwykle czysto, starannie i co ważne w języki polskim. Widnieje na nim imię Władysława, zapisane jako Włodek Marmurowicz, syn Filipa, urodzony w 1907 roku w Strutyniu.
Jako jego miejsce zamieszkania urzędnik wpisał podzłoczowskie Folwarki, co idealnie spina się z kolejną rodzinną tajemnicą. Dwaj bracia, mój dziadek Antoni i Władek, pojęli za żony dwie siostry, Stefcię i Marynię Zarembówny właśnie z Folwarków pod Złoczowem. Trafiłam tym samym na kolejny, rodzinny dublet, bo przecież dokładnie taką samą sytuację miałam już wcześniej z braćmi babci Franciszkiem i Władysławem Zarembami, którzy również wzięli za żony dwie siostry Annę i Michalinę Zagórskie, mieszkające w tej samej okolicy.
Zaś przedwojenna karta ubezpieczeniowa Władka staje się jeszcze bardziej poruszająca, gdy odwróci się ją na drugą stronę. Zobaczcie tylko, jak słodko zapisana jest tam jego żona, Marynia. W rubryce dla członków rodziny, pod nazwiskiem Władka, urzędnik wpisał po prostu jej imię Marynia, nie Maria, stawiając obok jednoznaczny urzędowy cudzysłów, oznaczający, że stała się już pełnoprawną Marynią Marmurowicz. Choć pan biurokrata pominął dalsze szczegóły, takie jak jej data urodzenia czy stopień pokrewieństwa, to sam zapis i widniejący na dole, zamaszysty podpis Władka mówią same za siebie. Pokazują młode, dopiero co startujące w życie małżeństwo, pełne planów na przyszłość, które w 1936 roku nie mogło jeszcze przypuszczać, jak tragiczny los za kilka lat spotka Władysława w drodze na zachód. Oboje nie doczekali się dzieci, a po jego nagłej śmierci Marynia poczuła się samotna i… no cóż, na nowym miejscu powtórnie wyszła za mąż, bo życie przecież nie znosi pustki i toczy się dalej, mimo wojennych ran. Babcia Stefania zyskała zatem nowego szwagra. Nie był już nasz, ale też Kresowianin, Władek Kajder z Jaworowa.

Zgłoszenie o wstąpieniu do pracy brata mojego dziadka, Władysława Marmurowicza w piekarni Leiba Pressa w Złoczowie przy ulicy Teatralnej 3, z dnia 22 kwietnia 1936 roku. Źródło: Ancestry, kolekcja, Poland, Social Insurance Records (Lwów and surrounding areas), 1920-1944.

Rewers zgłoszenia ubezpieczeniowego z odręcznym wpisem żony Maryni, rodzonej siostry mojej babci i własnoręcznym, zbyt zamaszystym podpisem Władysława Marmurowicza, bo zabrakło mu już miejsca na długie nazwisko, z 1936 roku. Źródło: Ancestry, kolekcja, Poland, Social Insurance Records (Lwów and surrounding areas), 1920-1944.
W tych przedwojennych i wojennych dokumentach moich najbliższych, uderzyła mnie pewna maniera. Zastanawiałam się, dlaczego w oficjalnych, urzędowych przecież kartach ubezpieczeniowych, zamiast pełnych imion takich jak Antoni, Władysław czy Maria, pojawiają się formy Anton, Władek i Marynia.
Okazuje się, że kryją się za tym bardzo konkretne realia tamtych epok. W przypadku dziadka, sprawa jest najprostsza. Był to dokument wystawiony pod okupacją niemiecką w Dystrykcie Galicja. Niemieccy urzędnicy, a także polscy pracownicy ubezpieczalni działający pod ich dyktando, mieli odgórny nakaz germanizowania polskich imion w oficjalnych rejestrach. Dlatego urzędowy Antoni automatycznie stawał się w dokumentach Antonem, tak samo jak Jan stawał się Johannem, a Franciszek Franzem.
Z kolei w latach trzydziestych, w przedwojennej jeszcze Polsce podejście do oficjalnych imion bywało znacznie luźniejsze niż dzisiaj. Urzędnicy w lokalnych ubezpieczalniach społecznych w mniejszych miastach, takich właśnie jak Złoczów, bardzo często wypełniali dokumenty „ze słuchu”. Gdy Władysław przychodził zgłosić się do pracy i na pytanie o imię odpowiadał, że mówią na niego Władek, urzędnik bez głębszego zastanowienia wpisywał taką formę w rubrykę. Sama to zauważyłam, że w tamtych rejestrach ubezpieczeniowych formy zdrobniałe lub skrócone, np. Józek, Staszek, Mania pojawiały się masowo, ponieważ dla ubezpieczalni kluczowe było nazwisko, data urodzenia i adres, a samo imię miało tylko charakter identyfikacyjny.
To samo dotyczyło rewersu karty, na którym wpisywało się rodzinę. I właśnie takim sposobem, gdy dziadek lub jego brat Władysław podawali dane żon i dzieci ustnie, urzędnik nanosił je na papier dokładnie tak, jak usłyszał od dumnego męża czy ojca. Skoro w domu na Folwarkach pod Złoczowem na żonę mówiło się czule Marynia, to dokładnie tak została wpisana do ubezpieczenia. Dla lokalnej społeczności i urzędników była to postać całkowicie jednoznaczna.
Dzięki temu te dokumenty, choć oficjalne, mają dziś dla mnie tak niezwykły, ludzki i ciepły charakter, bo przecież zachowały autentyczny sposób, w jaki moi bliscy zwracali się do siebie na co dzień. Bardzo to urocze.
W kolejnej części opuścimy na chwilę rodzinne gniazdo i ruszymy tropem kuzynostwa z Jelechowic. Dowiecie się, jak młoda dziewczyna przetrwała piekło w niemieckiej fabryce amunicji i jaki niezwykły znak zostawiło mi legendarne wydawnictwo Zukerkandla.
Zapraszam do części III

Renata Orzech
Adres do kontaktu: naciao@op.pl
Wszystkie moje wpisy pod linkiem: Z kresowego albumu dziadka. Złoczów, Lwów, Jarosław...

